– Nie zdążymy. Zostawmy kartki kolacyjne, to chłopaki odbiorą i przyniosą do pokoju – i zwracając się do wszystkich zapytałem:
– Kto przyniesie kolację?
– Jeden numerek ja biorę – odezwał się Adam.
– To ja biorę drugi – rzekł Genek i odebrał numerek od nowego.
W kawiarni zaproponowałem, żeby mówić sobie po imieniu. po co gimnastykować się z „panem”, jeśli i tak po kilku dniach będziemy się „tykać”.
– Możemy, Jacek mam na imię – odpowiedział krótko. – Wypijmy na to konto po kieliszku wina.
– Po co? – zapytałem. – Ja nie piję, a ty?
– Ja też nie, ale przy takiej okazji kieliszek mógłbym wypić.
– Nie warto. Wystarczy kawa.
– Czy chłopaki z naszego pokoju piją? – zapytał Jacek.
– Nie. Patrz, jak się ciekawie dobraliśmy. Kupa równych chłopaków, a żaden nie pije. Adam mówi, że bardzo pił, ale już od pół roku, to znaczy przez. cały okres pobytu w sanatorium, nie wypił kropli alkoholu. Bronek, v ten, co przyszedł dzisiaj, chyba pije, ale przy nas też pić nie będzie. Nie pozwolimy. Patrz, Jacek, tam pod ścianą siedzą pielęgniarki. Już mnie poznały. Żeby która jutro nie wypaplała naszej oddziałowej.
– Nie przyznamy się – odpowiedział Jacek – powiemy, że im się przywidziało, a chłopaki stwierdzą, że przez cały wieczór nie wychodziliśmy z pokoju.
Następnego dnia znów wybraliśmy się do kawiarni i tak było aż do niedzieli.
– Robimy jutro skok do Warszawy? – zapytałem Jacka w sobotę. – Możemy.
– To wyrywamy przed śniadaniem, jak tylko ranna zmiana przyjdzie do pracy. Pewność, że nikogo po drodze nie spotkamy.
Jadąc do Warszawy uzgodniliśmy, którym pociągiem wracamy. O godzinie dziewiątej wieczór już byliśmy u siebie w pokoju. Po chwili przyszedł Genek. Okazało się, że też był w Warszawie. Po kilku minutach włazi do pokoju Bronek taszcząc akordeon. Genek przywiózł szarotkę, a ja swoje bandżo:
– Bronek! Gramy! – zawołałem i już po chwili pokój rozbrzmiewał wesołymi melodiami i śpiewem.
Do pokoju przyszło kilkanaście osób z innych sal, by posłuchać muzyki. Adam skoczył do kolegi na górę i po kilku minutach wrócił z gitarą. Teraz już gramy we trzech. Inni śpiewają z nami. Wesoło, humor, muzyka i śpiew; przerwaliśmy na polecenie pielęgniarki, która, zawiadomiła oficjalnie, że „już późno i czas spać!”
W rozmowie z Jackiem doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu codzienne chodzenie na kawę do Otwocka. Będziemy kupowali kawę i pili w pokoju. Taniej i bezpieczniej.
W następną niedzielę przywieźliśmy z Warszawy młynek i elektryczne grzałki. Oddziałowa zaproponowała mi przeniesienie się do pokoju dwuosobowego.
– Dziękuję, nie tańczę – odpowiedziałem. – Co ja pani zrobiłem złego, że tak mnie pani chce ukarać? Wiem, że Bolek wyjechał karnie za pijaństwo, ale ja tam wcale nie chcę iść. „Tryfne” łóżko. Już kolejno drugi z tego łóżka wyjeżdża karnie, a ja chcę i muszę się leczyć. Dziękuję, ale z wyróżnienia nie skorzystam…
Bolek długi czas nie pił wcale. Tego dnia poprosił doktora o przepustkę do fryzjera. Poszedł i wrócił późno, pijany w sztok. Po powrocie narozrabiał. Straszył swojego ciężko chorego współlokatora. Wróżył mu szybką śmierć, „widział” ducha krążącego nad łóżkiem, wydawał z siebie grobowy głos. Wystraszył faceta tak, że ten dostał ataku nerwowego, zadzwonił po lekarza i Bolek wpadł. Na drugi dzień wyjechał karnie i właśnie to miejsce po nim proponowała mi oddziałowa.
Odmówiłem. Nie chciałem miejsca z widokiem na jednego i w dodatku ciężko chorego człowieka. W naszym pokoju był humor. Towarzystwo zgrane, bez kłótni i zatargów. I ja miałbym się przenieść do innego pokoju? Nigdy.
Rozpocząłem kurację: streptomycyna, cykloseryna i Th-13-14. Wszystko antybiotyki o silnym działaniu. Jestem bez przerwy „podminowany” i każdej chwili grozi „wybuch”, który jednak nie następuje, a to z tej przyczyny, że atmosfera w naszym pokoju nie stwarza warunków do tego, a przeciwnie, działa uspokajająco. W tym klimacie nie mam czasu myśleć o swoim stanie zdrowia. Tu panuje humor i wzajemna serdeczność.
W stołówce siedzimy we czterech przy jednym stoliku: Adam, Jacek, Wańka i ja.
Adamowi w ostatnim czasie poprawił się apetyt. Może dużo jeść, przybiera na wadze, a doktor twierdzi, że w stanie jego zdrowia następuje szybka poprawa. Na obiad zjada trzy talerze zupy, do tego kilka kromek chleba, drugie danie i kompot. Śmiejemy się z niego i namawiamy, żeby jeszcze jadł. W pokoju chłopaki dają mu swoje produkty, a on zjada wszystko i woła, żeby mu dać jeszcze, bo jest głodny. To dobrze, bo do normalnej wagi brak mu jeszcze kilku kilogramów, które przy takim jedzeniu szybko wyrówna.
W pokoju nastąpiły zmiany. Wyjechał Władek i Wańka. Od jutra już „ wszyscy będą chodzili jeść do stołówki. Jurek jako ostatni z naszej grupy dostał od doktora zezwolenie na jadanie posiłków w stołówce. Cieszy się z tego, bo to mówi o poprawie zdrowia. Dotychczas, przez rok, był „stanem ciężkim” w ścisłym łóżku. Obecnie nastąpił koniec ścisłego łóżka i już będzie mógł chodzić na spacery. W stołówce Jurek zajął miejsce przy naszym stoliku – po Wańce.
Dwa łóżka wolne, więc znów zmartwienie, kogo wyznaczą do naszego pokoju. Umówiliśmy się, że jeśli trafi nieodpowiedni, to tak urządzimy, że szybko sam poprosi ordynatora o przeniesienie do innego pokoju.
– Wiecie, co zrobimy? Przez dzisiejszy dzień będziemy odstawiać „sztywniaków”. Dobierzemy sobie tytuły i wszyscy do siebie mówimy oficjalnie „proszę pana”. Zgadzacie się? – zapytałem.
– Zgadzamy się! – odpowiedzieli, zadowoleni z propozycji.
– Ty, Jurek, jaki wybierzesz tytuł? Jesteś technikiem, więc awansujemy cię na inżyniera.
– Jacek też technik – mówię – ale dwóch inżynierów to za dużo. Ty bądź „panem mecenasem”.
– Jak ochrzcimy Genka? Genek jest z zawodu ślusarzem narzędziowym, ale ma postawę burżuja. Genek będzie „prezesem spółdzielni” -zaproponował Jacek. – Zgoda?
– Zgoda. Najstarszy, siwy, dystyngowany. Na „prezesa” się nadaje.
– Ty co sobie obierasz? – zapytałem Bronka.
Czort wie, już nic nie zostało.
– Brak jeszcze doktora. Więc bądź „panem doktorem”. – A ty? – zapytali mnie koledzy. – Bądź „dyrektorem”.
– Nie chcę. Mam lepszy pomysł. W każdej większej grupie powinien być jeden głupi. Ja będę tym głupim. Wiecie, jak to jest: Czyścić innym buta, posłać łóżka, przynieść wodę do zaparzenia kawy, podlali kwiatki, to właśnie będę robił ja. Myślę, że odstawiając głupiego nie będę musiał nawet wiele udawać.
– I będziesz to robił? – wrzasnął Adam z zachwytem.
– Będę, ale tylko do godziny dziesiątej wieczór. Wtedy koniec maskarady. Ale słuchaj, Adam, ty jeszcze nie masz tytułu.
– Adam najmłodszy, jaki dać mu mądry tytuł? – zastanawiali się wszyscy.
– Zrobimy go studentem politechniki – zaproponował Jurek. – Tylko nic się nie odzywaj; bo możesz się skompromitować.
– A czy on wytrzyma tyle czasu bez przeklinania? – z powątpiewaniem powiedział Genek.
– Dobrze, będę „studentem” – zgodził się Adam – i nic nie będę gadał. Raz tylko się odezwę, wtedy, jak każę mu posłać swoje łóżko – powiedział pokazując na mnie. – O rany! On mi łóżko pościele! Ale draka! – wołał z zachwytem.
Tego dnia doktor wygnał nas wszystkich na werandę, a w pokoju pozostał tylko Genek, któremu w czasie dnia robiono różne badania, więc gdy przyszli nowi, nas nie było w pokoju. Co pewien czas jeden z nas wychodził z werandy, żeby sprawdzić, czy już są nowi.
Читать дальше