– Znów mnie zapraszała. Mówi, że ma w domu dobre wino i ciasteczka… – A ty co na to?
– Skłamałem, że nie mogę się angażować w takie historie, bo mam narzeczoną, którą kocham, i wkrótce mamy się pobrać. Wiesz, co mi odpowiedziała? Że to jej nie przeszkadza, ona nie ma zamiaru rozbijać mojego narzeczeństwa. i wiesz, co mi jeszcze powiedziała? – powiedział z zażenowaniem. – Że jak przyjdę, to na pewno nie będę żałował: Powiedz, jak się od niej odczepić?
– Dlaczego masz się odczepić?
– A co będzie, jak pójdę, a później ona przyczepi się do mnie? – No, to ją odczepisz.
– Ale ona mi się nie podoba. – To już inna sprawa!
Na korytarzu zadzwonił telefon. Podniosła salowa i po chwili:
– Panie Rysiu, telefon do pana.
Gdy wrócił od telefonu, popatrzył na mnie, uśmiechnął się i wstydliwie powiedział: – Ona dzwoniła… ale nie pójdę.
– Wyszukaj sobie jaką babkę, która ci się podoba,- radziłem po przyjacielsku.
– Ja nie chcę tak… tylko dla rozrywki. Jeśli, to tylko wtedy, gdy mam względem kobiety poważne zamiary. Jest tu jedna taka babka, która mi się podoba – dodał po chwili – ale to pracownica. Z tą bym się chętnie zapoznał. – Która?
Określił, jak wygląda i gdzie pracuje.
– Wiem, Hania,- zawołałem. – To moja koleżanka, mogę was zapoznać ze sobą.
Po kilku dniach Rysio znowu zapytał o Hanię.
– Dowiem się, kiedy będzie jechała do Warszawy. Tego dnia poproszę o przepustkę, ty też – i pojedziemy razem. Niby przypadkowo. W Warszawie zaproponuję kawiarnię, po pewnym czasie, jak się poznacie lepiej, ja „urwę” się do domu, a ty dalej będziesz musiał radzić sobie sam. Obawiam się tylko, że jak mnie nie będzie, to ty nic nie będziesz mówił, tylko będziesz patrzył na nią jak żaba na piorun.
Tego samego dnia zapytałem Hani, kiedy wybiera się do Warszawy. – Jutro, bo mam załatwić jedną sprawę.
– Kiedy jedziesz? – Po pracy.
– To jedźmy razem – zaproponowałem. – Jutro mam dostać przepustkę. Zawiozę cię na dworzec „taryfą”, będziesz. miała cztery kilometry oszczędności w nogach.
– Dobrze – zgodziła się Hania – tylko zawiadom mnie, kiedy będzie zamówiona taksówka, wtedy pierwsza wyjdę przed bramę.
Następnego dnia spotkaliśmy się wszyscy przed bramą. Zapoznałem Rysia z Hanią, informując, że on też jedzie do Warszawy. W pociągu doszliśmy do porozumienia i prosto z dworca pojechaliśmy do kawiarni. Hania wymawiała się brakiem czasu, ale od czego dobry „bajer”.
Po godzinie pożegnałem się z nimi, twierdząc, że muszę pomieszkać kilka godzin w domu, a Rysio podjął się towarzyszyć Hani w załatwieniu jej spraw.
Polubili się wzajemnie i teraz spotykali się już i sami. Niedługo Rysio zaprosił mnie do miasta na kawę. W kawiarni już czekała Hania. W czasie poważnej rozmowy zadałem znienacka pytanie:
– Kiedy się żenicie?
Hania roześmiała się głośno, a Rysio wstydliwie spuścił oczy i wykrztusił: – Ja to bym chciał nawet zaraz, ale nie wiem, jak ona…
– Co ty, Haniu, na to?
– A ciebie co to obchodzi? – uśmiechnęła się Hania. – Czy przy tobie muszę o tych sprawach rozmawiać?
– Masz rację. Wobec tego ja uciekam, a ty, Rysiu, powiesz mi wieczorem, na kiedy ustaliliście termin ślubu.
Ustalili. Nie tylko termin ślubu, ale także ile gości, kto będzie na weselu i kto będzie świadkiem na ślubie: Jednym świadkiem będę ja, drugim – koleżanka Hani.
Wkrótce opuściłem sanatorium, a Rysio zaraz po mnie zakończył kurację.
Rychło otrzymałem oficjalne zaproszenie na ślub. Był to najdziwniejszy ślub, a my najdziwniejsi świadkowie. Już zjechali się zaproszeni goście, rodziny, koledzy i koleżanki młodych. Przyjechał zamówiony samochód, którym młodzi ze świadkami pojechali do Urzędu Stanu Cywilnego.
– Niech pan podjedzie pod kawiarnię – polecił Rysio, gdy już dojechaliśmy do miasta.
Gdy spojrzałem na niego zdziwiony, odpowiedział, że jest jeszcze trochę czasu, a on musi z nami spokojnie porozmawiać.
– Ślubu dzisiaj nie będzie – powiedział, gdy usiedliśmy przy stoliku. – Ciotka tak mnie urządziła. Nie przysłała mojej metryki urodzenia. Rodzina jest przeciwko mojemu małżeństwu. Należy mi się po rodzicach trochę majątku. Ciotki liczą na to, że ja niedługo umrę, a moją część one zagarną. A jak się ożenię, to będą miały wspólnika. Jutro jeszcze będzie u nas rodzina, więc dopiero pojutrze pojadę po metrykę. Wrócę w środę, a we czwartek robimy normalny ślub. Tylko rodzina nie ma prawa o tym wiedzieć. Goście są, zastawione stoły są, tylko metryki zabrakło.
Po wypiciu kawy wróciliśmy do domu. Rodzina, płacząc, składała życzenia „na nowej drodze życia”. Nastąpiły toasty. Wszyscy bawili się, a tylko cztery osoby wiedziały o tym, że ślubu nie było.
We czwartek odbył się formalny ślub i maleńkie przyjęcie dla czterech osób – dla „młodych” i świadków ślubu.
Po kilku miesiącach w zdrowiu Rysia nastąpiło pogorszenie. Przerwał pracę, przez pewien czas leżał w domu, później w sanatorium. Hania była dla niego wiernym przyjacielem i opiekunką. Rysio pierwszy raz od śmierci rodziców wiedział, że jest przy nim ktoś, kto się o niego troszczy i komu nie jest obojętny stan jego zdrowia.
Po dłuższym pobycie wypisany został z sanatorium, z poprawą zdrowia, lecz do pracy już nie wrócił. Poszedł na rentę inwalidzką.
Minęło kilka miesięcy. Rysio chorował na grypę, po której znów nastąpiło pogorszenie, lecz nie chciał iść na leczenie do sanatorium. Pewnego dnia wybrałem się do nich z wizytą. Rysio wyglądał blado i uśmiechał się tylko, gdy Hania skarżyła się, że nie chce się leczyć. -. Nagadaj mu – prosiła – może ciebie posłucha.
Zacząłem gadkę w poważnym tonie:
– Albo się lecz, albo umieraj prędzej, bo kobietę w lata wpędzasz. Nie śmiej się, tylko słuchaj, co ci mówię. Jak nie będziesz się leczył, to będziesz klops nie chłop, a kobieta młoda potrzebuje chłopa.
Po tygodniu dzwoni Hania i zawiadamia, że Rysio wczoraj umarł.
– Jak to się stało? – pytam i poczułem się głupio, bo pomyślałem o naszej rozmowie.
– Krwotok. Jak przyszłam z pracy, już nie żył, a był sam w mieszkaniu. Nie było nikogo, kto by dał pierwszą pomoc lub wezwał pogotowie. Jutro pogrzeb. Przyjedź.
Długi czas unikałem Hani. Bałem się spotkania z nią, z obawy, że z żalu po stracie męża może przywiązywać wagę do głupich słów, które w żartach wypowiedziałem.
Moja sytuacja,już się wyjaśniła. Wkrótce wypis do domu. Płuco się rozprężyło i… ukazała się dziura w płucu. Dawna, stara. Operacja i wszystkie z nią związane „przyjemności” nie spełniły pokładanych nadziei. W fachowym lekarskim języku mówi się: „Operacja nieskuteczna”.
Od tego czasu „ciotka”, gdy się spotkamy, a jeszcze ktoś jest z nami, pokazując na mnie, mówi:
– Oto jeden z moich nielicznych nieudanych przypadków…
Myślę wtedy, że to nie jej, a mój nieudany przypadek. Gdybym zgodził się na zabieg wtedy, gdy mi pierwszy raz proponowano, kiedy dziura była świeża i mała – wynik pewno byłby inny.
Na kilka dni przed moim wypisem przybył do pokoju nowy pacjent w ciężkim stanie.
– Marian – tak miał na imię nowy lokator – to nowa stronica tragedii ludzkiej. Był spokojny i cichy. z łóżka wychodził tylko wtedy, gdy musiał. Wystarczyło, że chodził dziesięć minut po pokoju, już miał podwyższoną temperaturę. Marian ma chyba wszystkie możliwe schorzenia płuc; marskość, zgrubienie opłucnej, nieruchoma przepona, dziury w płucach, przetoka oskrzelowa i przetoka zewnętrzna z załączonym na stałe drenem.
Читать дальше