Szybko znalazłem z Marianem wspólny język. Obaj mieliśmy za sobą lata przeżyte w obozach koncentracyjnych. Marian, aresztowany w pierwszych dniach wojny, przesiedział w Sachsenhausen do 1945 roku. Historia jego życia jest krótka, lecz treściwa. Gdy go Niemcy aresztowali, brakowało mu kilka miesięcy do ukończenia siedemnastu lat. W obozie przesiedział prawie sześć lat. Jednym z pierwszych transportów wrócił do kraju i wstąpił do podchorążówki; ukończył ją w stopniu podporucznika i objął służbę w jednostce wojskowej. Wkrótce zachorował na gruźlicę. Wojsko wykazało, że Marian wstąpił do podchorążówki z początkowymi objawami gruźlicy, dlatego nie otrzymał odszkodowania, tylko niewielką rentę. Po długim pobycie w sanatorium został zdemobilizowany i natychmiast stanął do pracy w charakterze magazyniera. Nie miał przecież żadnego wyuczonego zawodu. Pracował dwa miesiące, gdy nastąpiło pogorszenie stanu zdrowia. Po czterech miesiącach chorowania został zwolniony z pracy „z powodu choroby trwającej dłużej niż trzy miesiące”. Tak w owym czasie głosił odpowiedni paragraf przepisów państwowych. Marian więcej do pracy nie wrócił. Życie dzielił między dom i sanatorium. Jak pół roku w domu – to osiem miesięcy w sanatorium. Jak cztery miesiące w domu – to znów kilka miesięcy w szpitalu i tak bez przerwy do chwili obecnej. Ożenił się po ukończeniu podchorążówki. Marian twierdzi, że tylko żona jest przyjacielem, który go nie opuszcza przez cały czas choroby. Nie ma kolegów, nie ma przyjaciół, nie ma rodziny. Wszyscy odsunęli się lub zapomnieli o nim.
– Mam dobrze sytuowanych braci – mówił Marian do mnie. – Wiesz, jak mi pomogli? Radzili, żebym na lato wynajął się do chłopa na wieś krowy paść. – „Będziesz miał czyste powietrze, nabiał – mówili – to prędzej odzyskasz zdrowie”. Od tej chwili nie znamy się. Przychodzi do nas prawie codziennie kolega żony. Razem chodzili do szkoły. Gdy leżę w szpitalu – razem mnie odwiedzają. Dobry chłopak… przecież ja już tyle lat choruję… dbają o mnie… żona naprawdę jest oddanym mi przyjacielem. Wiesz, jak pomyślę, to mam już tego wszystkiego dosyć. Chyba trzeba będzie z tym skończyć… Gdybym wiedział, że doczekam czasu, gdy wynajdą lek, który mi pomoże… ale ja już jestem w takim stanie, że nawet cudowny lek nie będzie w stanie przywrócić mi zdrowia. Gdyby taki lek wynaleziono, w najlepszym przypadku utrzymałbym się w obecnym stanie, a w takim stanie to już nie jest życie.
Innego dnia Marian poruszył w rozmowie nowy temat:
– Dostaję pięćset złotych renty inwalidzkiej. Wiesz dlaczego? Bo nie mam ustawowo przewidzianych lat pracy. A kiedy ja miałem pracować? Zrobiłem maturę i wybuchła wojna. Po miesiącu już byłem aresztowany i siedziałem całą wojnę w obozach koncentracyjnych. Do kraju wróciłem w lipcu 1945 roku i z miejsca wstąpiłem do podchorążówki. Później wojsko, choroba i demobilizacja, a po dwóch tygodniach już pracowałem. Z chorobą zaliczono mi pół roku pracy, bo okresu w wojsku mi nie zaliczono. Tak mówią ustawy i tak musi być. Pracy w obozie koncentracyjnym też nie wlicza się do renty. Wyszło na to, że całe życie byłem pasożytem. Nie miałbym żalu, gdybym w czasie wojny i po wojnie trudnił się handlem, kombinatorstwem, waluciarstwem…
Pięćset złotych miesięcznie – mówił z ironią. Na co to i za co to. Chyba życie swoje przeżyłem uczciwie. A więc za co ta kara? „Nie pracowałeś mówią – więc tylko tyle ci się należy”. Ja nie chcę wysokiej renty – mówił Marian – niech mi dadzą taką, jaką może otrzymać urzędnik średniej kategorii. Niech dadzą osiemset – dziewięćset złotych miesięcznie, tak jak powinni dać człowiekowi, który przez całe życie uczciwie żył, pracował. Mam przetoki i dreny. Do tego potrzebuję duże j ilości materiałów opatrunkowych. I tu znów wtrąca się ustawa: „Materiałów opatrunkowych nie wydaje się na recepty lekarskie”. Muszę kupować sam, z mojej renty. Zirytowało mnie to i napisałem do prasy. Napisałem między innymi: „Piszecie wciąż o dalszych, kolejnych ofiarach bomby atomowej na Hirosimę, ale słowa nigdy nie napiszecie o dalszych, kolejnych ofiarach hitlerowskich obozów koncentracyjnych”. To ich poruszyło. Przyjechało do mnie trzech. Cała komisja. Jeden z prasy, drugi z Rady Narodowej, trzeci z Wydziału Zdrowia. Naradzili się i przyznali mi pewną ilość materiałów opatrunkowych miesięcznie – bezpłatnie. Przydział nie pokrywa zapotrzebowania, ale to już jest duża ulga w moim rentowym budżecie.
– Tak, to nie jest wesoła sytuacja-powiedziałem, gdy Marian skończył i- swoje żale – ale jeśli się dobrze zastanowić… to kto tu jest właściwie winien? – Kto winien? Na pewno nie ja! – odpowiedział z gniewem.
– Więc kto?
Kto winien?
Przy tym pytaniu pomyślałem o wielu ludziach, z którymi mnie los zetknął w sanatorium. Pomyślałem o „majorze”, Antosiu, „Sierotce Marysi”, Ewie, Mietku, Stasiu – „Niemowie” – i znów nasunęło się pytanie: Kto winien?
Szaleje epidemia grypy, która w tym roku jest wyjątkowo złośliwa. Ale jak się jej ustrzec? Codziennie trzeba iść do pracy, stykać się z ludźmi chorymi na grypę. Żaden lekarz nie da zwolnienia z pracy człowiekowi choremu na gruźlicę tylko dlatego, że ten się boi grypy!
Grypa to często rozbudzenie procesu gruźliczego u człowieka zaleczonego. Grypa – to w wielu przypadkach nowe zmiany chorobowe, a nawet przesiadka na „drugi świat” w przyspieszonym tempie. Można wystrzegać się zaziębień, zapalenia płuc, lecz jak ustrzec się grypy?
Istnieje jednak jeszcze ludzki rozsądek! Tym razem zabrakło mi rozsądku.
„Złapałem” temperaturę. Trzy dni leżenia w łóżku i temperatura minęła. A więc jestem zdrowy i – zamiast do lekarza po dalsze zwolnienie, które bym na pewno otrzymał, poszedłem do pracy. Po dwóch dniach znów temperatura, wysoka, z utratą przytomności. Następne cztery dni już mniejsza, jeszcze tydzień leżenia w łóżku i… czuję się źle. Po dwóch tygodniach prześwietlenie. Diagnoza: Rozwaliło dziurę w płucu i są jakieś nowe zmiany. W poradni wystawiono wniosek i wkrótce jechałem na „stare śmiecie” – do Otwocka.
Na terenie sanatorium, zanim doszedłem do pawilonu, przypadkowo spotkani pracownicy witali mnie jak dobrego znajomego. Spotkałem też kilku znajomych z poprzednich pobytów. Zawodowi pacjenci. Po załatwieniu formalności w kancelarii poszedłem na oddział.
Oddziałowa, stara znajoma, przywitała mnie żartobliwie:
– Kogo nam tu przysłali? To już nie mogli dać pana na inny oddział? – Mogli, ale nie chciałem. Powiedziałem w kancelarii, że mogę iść tylko na pani oddział albo wracam do domu. Czy może być gdzie lepiej niż u pani? Wiem już co można, a czego nie można. Wiem, że pani dużo krzyczy, ale nie skarży lekarzom, a najważniejsze to, że pani mnie ciut-ciut lubi. Może nie?
– No, już dobrze, niech pan zostanie. Ale do którego pokoju ja pana dam? Gdyby pan przyjechał wcześniej – było miejsce w pokoju dwuosobowym, ale ten – pokazała przechodzącego mężczyznę – prosił ordynatora o przeniesienie z dużego pokoju.
– Bolek, stary, zająłeś moje miejsce! – powiedziałem, gdy podszedł, żeby się przywitać.
– To wy się znacie? – zapytała oddziałowa.
– Musowo – odpowiedział Bolek. – Jesteśmy z jednej parafii – Czerniaków. Miałem w pobliżu sklep z mięsem.
– To pogadajcie sobie, a ja za chwilę przyjdę – powiedziała oddziałowa i weszła do dyżurki.
– Co teraz robisz? – zapytałem.
Читать дальше