– Zabawne, że po tylu latach panienka siedzi na tym miejscu. Twoja mamusia chyba pół życia spędziła w tej kuchni… Kiedy Roger wyjechał do szkoły z internatem, nie miała z kim zamienić słowa. Przychodziła więc tu do nas i spędzała czas z moją starą i ze mną. Moja uczyła ją piec „ciastka wróżek” i grać w wista we dwójkę. Świetnieśmy się bawili. A w taki dzień jak dziś robiła zwykle grzanki na starym ruszcie… Panienka zobaczy, teraz jest już nowy, ale ten stary miał w sobie coś przytulnego. Tak przyjemnie płonął ogień pod jego prętami i miał tak pięknie wyczyszczone mosiężne gałki…
– Pettifer, od jak dawna jesteś już w Boscarvie?
– Od kiedy pan komandor ją kupił, jeszcze w roku 1922. To był rok, w którym wystąpił z Marynarki Wojennej, aby poświęcić się malarstwu. Starszej pani Bayliss to się nie podobało. Przez pierwsze trzy miesiące lub dłużej nawet nie rozmawiali ze sobą.
– Dlaczego to jej aż tak przeszkadzało?
– Całe jej życie miało związek z marynarką. Jej ojciec był kapitanem okrętu „Imperious”, na którym pan komandor był porucznikiem. Wtedy właśnie się poznali. Ślub brali na Malcie. To był taki piękny, marynarski ślub, z przechodzeniem pod szpalerem z kordów i wszystkim, co do tego należało. Życie w cieniu Marynarki Wojennej miało dla pani Bayliss duże znaczenie. Kiedy pan komandor oświadczył, że ma zamiar wystąpić, porządnie się wtedy pokłócili, ale żona nie potrafiła skłonić go do zmiany zdania. Opuściliśmy więc Maltę na zawsze i kiedy pan komandor kupił ten dom, wszyscy się tu przenieśliśmy.
– I ty tu mieszkałeś od początku?
– Mniej więcej. Kiedy pan komandor wstąpił do Akademii Sztuk Pięknych, co łączyło się z pracą w Londynie, miał wtedy takie małe piedaterre koło kościoła św. Jakuba, i kiedy jeździł do Londynu, ja jeździłem tam z nim, aby dbać o niego. Moja żona zostawała wtedy tutaj z panią komandorową i Rogerem. Twojej mamusi jeszcze nie było na świecie.
– A kiedy już skończył tę szkołę?
– Wtedy sprowadził się tu już na stałe i zbudował tę pracownię. To był najlepszy okres jego twórczości. Powstało wtedy wiele pięknych obrazów, zwłaszcza pejzaży morskich, z których prawie czuć było chłód wiatru i smak soli na wargach.
– Czy w tym domu jest dużo jego obrazów?
– Nie tak znów dużo. Nad kominkiem w stołowym pokoju wisi jego „Łódź rybacka”, a w korytarzu na górze jeden lub dwa czarnobiałe rysunki. Ze trzy lub cztery są w jego gabinecie, a dwa w sypialni pani Rogerowej.
– A ten w saloniku?
– Racja, oczywiście jeszcze „Dama z różą”.
– Kim ona była?
Nie odpowiedział, może dlatego, że był tak zajęty srebrem. Tarł widelec, jakby chciał zetrzeć jego wzór do czysta.
– Kto to był? – powtórzyłam. – Ta dziewczyna z portretu?
– Ach, ona! – odpowiedział w końcu Pettifer. – To była Zofia.
Znów ta Zofia. Odkąd matka przelotnie o niej wspomniała, chciałam dowiedzieć się czegoś więcej. Teraz znów Pettifer przywołał z pamięci jej imię, jakby to było coś najbardziej naturalnego pod słońcem.
– To była dziewczyna, która służyła panu komandorowi jako modelka. Wydaje się, że pracowała dla niego, jeszcze kiedy studiował w Londynie. Czasem przyjeżdżała tu w lecie, wynajmowała sobie mieszkanie w Porthkerris i pozowała każdemu malarzowi, który mógł jej za to płacić.
Czy była bardzo piękna? Raczej nie w moim typie. W każdym razie była pełna życia, a jaka rozmowna! Była Irlandką, pochodziła 7, hrabstwa Cork.
– A co sądziła o niej moja babcia?
– One się nigdy nie spotykały. Babcię panienki łączyło z nią nie więcej niż z rzeźnikiem lub fryzjerką.
– Więc Zofia nigdy tu nie przychodziła?
– Dlaczego, nieraz tu bywała. Siedziała z panem komandorem w pracowni. Kiedy był zmęczony albo nie miał do niej więcej cierpliwości, ona wychodziła do ogrodu lub wołała przez tylne drzwi: „Czy można by dostać filiżankę herbaty?” Z myślą o niej moja stara zawsze trzymała czajnik na ogniu.
– Wróżyła także z filiżanek od herbaty?
– Kto panience o tym powiedział?
– Moja matka.
– Rzeczywiście, i przepowiadała nam cudowne rzeczy, które miały się zdarzyć. Jasne, że nic takiego się nie zdarzyło, ale już samo słuchanie tego było świetną zabawą. Żona bardzo przyjaźniła się z twoją mamusią, a Zofia często zabierała ją z sobą na plażę. Wtedy moja pakowała im wałówkę, żeby mogły zrobić sobie piknik. A w sztormową pogodę urządzały długie spacery aż na wrzosowiska.
– A co w tym czasie robiła moja babcia?
– Przez całe popołudnia grywała w brydża lub mahdżonga w ciasnym kręgu swoich przyjaciół. To była całkiem miła pani, ale nie interesowała się swoimi dziećmi. Może gdyby więcej czasu poświęcała Lizie w dzieciństwie, prędzej mogłyby się porozumieć, gdy dorosła.
I może wtedy twoja mamusia nie musiałaby tak uciekać z domu, raniąc serce nam wszystkim.
– Co się później stało z Zofią?
– Myślę, że wróciła do Londynu, wyszła za mąż i miała dziecko. W 1942 została zabita podczas niemieckiego nalotu. Dziecko było wtedy na wsi, a mąż za granicą, natomiast Zofia została w Londynie dlatego, że pracowała w szpitalu. Dopiero długo po jej śmierci dowiedzieliśmy się o tym. My z żoną poczuliśmy się wtedy tak, jakby światło uszło z naszego życia.
– A jak zareagował mój dziadek?
– No cóż, pewnie, że było mu przykro. Ale już od dawna jej nie widział, zresztą dla niego była tylko dziewczyną, którą kiedyś zatrudniał.
– Czy istnieją jeszcze inne jej portrety?
– Obrazy z nią wiszą w różnych galeriach sztuki rozsianych po całym kraju. Także w Porthkerris jest jeden, jeśli panienka chce go zobaczyć. A dwa są na górze w sypialni pani Rogerowej.
– Czy moglibyśmy teraz pójść je zobaczyć? – W moim głosie zabrzmiało tak gorące pragnienie, że Pettifer był wręcz zaskoczony, jakbym zaproponowała coś nieprzyzwoitego. – Myślę, że pani Bayliss nie miałaby nic przeciwko temu.
– Nie, nie wydaje mi się. Zresztą, dlaczego nie? Chodźmy.
Z wysiłkiem wstał i poszliśmy razem na górę przez korytarz na pierwszym piętrze do sypialni leżącej nad salonikiem. Sypialnia była duża i urządzona w bardzo kobiecym stylu, ze staroświeckimi, wiktoriańskimi meblami i bladoróżowo-kremowym dywanem. Mollie utrzymywała ją aż w przesadnym porządku. Między oknami wisiały obok siebie dwa małe olejne obrazki. Jeden przedstawiał kasztanowiec i leżącą w jego cieniu dziewczynę, a drugi tę samą dziewczynę rozwieszającą bieliznę w wietrzny dzień. Rozczarowałam się, bo postać dziewczyny była ledwie widoczna.
– Nadal nie wiem, jak ona wyglądała – poskarżyłam się.
Pettifer już chciał odpowiedzieć, gdy w głębi domu dał się słyszeć dźwięk dzwonka. Pettifer nadstawił uszu jak czujny pies.
– To pan komandor dzwoni, usłyszał nasze głosy przez ścianę. Przepraszam panienkę na chwilę.
Wyszłam za nim z pokoju Mollie i zamknęłam drzwi za sobą. Pettifer przeszedł kawałek korytarza i otworzył znajdujące się tam drzwi. Usłyszałam głos Grenville’a.
– Co wy tam szepczecie po cichu?
– Pokazywałem Rebece te dwa obrazki w pokoju pani Rogerowej.
– To Rebeka też tam jest? Poproś ją tutaj.
Weszłam za Pettiferem. Grenville nie leżał już w łóżku, tylko siedział w głębokim fotelu, opierając nogi na stołeczku. Był ubrany, tylko nogi miał przykryte kocem, a na kominku migotał ogień. Wszędzie panował wzorowy porządek i czuć było zapach wody fryzjerskiej, której starszy pan używał do pielęgnacji włosów.
Читать дальше