– Ale przecież nie zostaniesz tu na zawsze. Co będziesz robiła, kiedy tam wrócisz?
– To będzie zależało od nich.
Zrobiło mi się trochę żal jej rodziców. Nawet jeśli byli to rodzice, którzy wychowali tak niemiłe dziecko. Mam na myśli, czy jest coś, co chciałabyś robić? Owszem, wyjechać i żyć na własny rachunek, robić to, co zechcę. Danus, ten wspaniały chłopak, z którym chodziłam, ma kolegę, który ma pracownię ceramiki na wyspie Skye. Chciał, abym przyjechała mu tam pomagać. Wiesz, tam jest taka jakby komuna, to byłoby cudowne, z dala od wszystkich… Ale moja kochana mamuśka musiała wtrącić swoje trzy grosze i popsuła wszystko.
– Gdzie ten Danus jest teraz?
– Pojechał na tę Skye.
– Czy napisał ci o tym?
Wstrząsnęła głową, bawiąc się swoimi włosami, aby uniknąć mojego wzroku.
– O, tak, nawet długie listy. Całe stosy listów. On wciąż chciałby, żebym tam przyjechała, i zrobię to, jak tylko skończę osiemnaście lat i nie będą mogli mnie zatrzymać.
– A czemu najpierw nie wrócisz do szkoły plastycznej, żeby zdobyć jakiś zawód? Dzięki temu zyskałabyś na czasie…
Odwróciła się do mnie.
– Wiesz co? Jesteś taka sama jak oni wszyscy. Ile ty w ogóle masz lat? Bo mówisz jak wapniak!
– Uważam, że głupio jest zmarnować swoje życie, zanim się jeszcze je zaczęło.
– To moje życie, nie twoje.
– Oczywiście, jak najbardziej.
Po tej dziwnej kłótni szłyśmy do miasta w milczeniu. Pierwsza odezwała się Andrea:,, Tu jest ten sklep rybny”, z towarzyszącym temu machnięciem ręki.
– Dziękuję! – Weszłam tam, aby odebrać halibuty.
Ona ostentacyjnie została na ulicy. Kiedy wyszłam, poszła dalej, lecz tylko do najbliższego kiosku z gazetami, gdzie kupiła sensacyjne pismo pod tytułem „Prawdziwy Seks”.
– Czy już wracamy? – spytałam. – Czy chcesz jeszcze coś kupić?
– Nie mogę nic kupować, bo nie mam pieniędzy. Może najwyżej kilka pensów… Zupełnie irracjonalnie zrobiło mi się jej żal.
– Jeśli chcesz, postawię ci kawę.
Spojrzała na mnie z nagłym zachwytem i już myślałam, że z radością przyjmie moją skromną propozycję. Zamiast tego jednak sama zaproponowała:
– Chodźmy do Jossa! Zaskoczyła mnie.
– Dlaczego akurat mamy iść do niego?
– Po prostu chcę. Często go odwiedzam, gdy jestem w mieście. Zawsze się cieszy, kiedy mnie widzi. Kazał mi przyrzec, że zawsze wpadnę do niego, kiedy tu będę.
– A skąd wiesz, że on jest u siebie?
– Jeżeli dziś nie ma go w Boscarvie, to musi być w swoim sklepie. Jeszcze tam nie byłaś? On ma na pięterku urządzone śliczne mieszkanko, całkiem jak z ilustrowanego tygodnika. Jest tam takie łóżko podobne do kanapy, z masą poduszek i innych takich rzeczy, na kominku płoną kłody. A w nocy – tu jej głos stał się rozmarzony – to wszystko jest zamknięte i bardzo tajemnicze, a jedynym światłem jest płomień z kominka…
O mało co nie rozdziawiłam gęby.
– To znaczy, że ty i Joss…
Wzruszyła ramionami, wstrząsając czupryną.
– No, raz czy dwa, kto wie… Nie wiem, po co ci to mówię. Mam nadzieję, że nikomu tego nie powiesz?
– A czy nikt… czy Mollie nie pyta cię o nic?
– W takich wypadkach mówię jej, że idę do kina. Ona raczej nie ma nic przeciwko chodzeniu do kina. Chodźmy do Jossa…
Nie, po usłyszeniu tej sensacji nic nie skłoniłoby mnie choćby do przejścia obok sklepu Jossa. Próbowałam ją spławić.
– Joss będzie teraz zajęty, a on nie lubi, aby mu przeszkadzano. Zresztą nie ma czasu, a ja wcale nie chcę tam iść.
Sama mówiłaś, że mamy czas na kawę, więc dlaczego nie dla Jossa?
– Andrea, powiedziałam ci, że nie chcę tam iść. Próbowała się uśmiechać.
– A myślałam, że lubisz Jossa.
– Nie o to chodzi. On na pewno nie chce, aby pętać mu się pod nogami, gdzie tylko się ruszy.
– Masz na myśli mnie?
– Mam na myśli nas obie. – Byłam już zdesperowana.
– On zawsze chętnie mnie widzi. Jestem pewna, że zawsze.
– Z całą pewnością – uspokoiłam ją. – Jednak wracajmy już do Boscarvy.
Przypomniałam sobie, że na samym początku niezbyt lubiłam Jossa. Pomimo jego wyraźnego zainteresowania mną i widocznej sympatii budził we mnie pewien niepokój, tak jakby ktoś skradał się za moimi plecami. Jeszcze wczoraj chciałam zapomnieć o tej dziwnej antypatii, a może nawet próbowałam go polubić, ale zwierzenia Andrei obudziły moją pierwotną nieufność. On był stanowczo za przystojny i za bardzo czarujący. Andrea mogła kłamać, ale nie była głupia. Zaszufladkowała sobie całą rodzinę ze zbijającą z nóg dokładnością. Jeśli w tym, co mówiła na temat Jossa, było choć ziarno prawdy, nie chciałam mieć z tym nic wspólnego.
Gdybym go lepiej znała i była z nim w bardziej przyjaznych stosunkach, wzięłabym go na bok i skonfrontowała z nim to, czego się dowiedziałam. Ale tak jak sprawy stały, nie miało to dla mnie znaczenia. Poza tym i bez tego miałam o czym myśleć.
Grenville nie zszedł dziś na lunch.
– Jest zmęczony – objaśniła Mollie. – Spędzi ten dzień w łóżku. Może zejdzie na kolację. Na razie Pettifer zaniesie mu lunch na tacy.
Zasiadłyśmy więc do stołu we trzy. Mollie tym razem przebrała się w elegancką, wełnianą sukienkę ozdobioną podwójnym sznurem pereł. Powiedziała nam, że wybiera się na partyjkę brydża do znajomych w Fourbourne. Miała nadzieję, że sama znajdę sobie zajęcie.
Uspokoiłam ją, że oczywiście wszystko będzie w porządku. Uśmiechałyśmy się do siebie przez stół i zastanawiałam się, czy naprawdę powiedziała Andrei, że moja matka była dziwką, czy Andrea dospiewała to sobie na podstawie jej niejasnych, eufemistycznych wyjaśnień. Miałam nadzieję, że prawdziwy był ten drugi wariant. Wolałabym, aby Mollie nie dyskutowała z Andreą na temat mojej matki. W końcu ona już nie żyła, a kiedyś była czarująca, roześmiana i wesoła. Dlaczego nie miałoby się jej takiej pamiętać?
Kiedy już siadałyśmy do stołu, pogoda się pogorszyła. Wiatr zmienił kierunek na zachodni i ławica szarych chmur z wielką szybkością pędziła poprzez niebo, zasłaniając słońce. Zaczynało już padać i padało na dobre, kiedy Mollie wyjeżdżała swoim małym, samochodem na umówionego brydża. Obiecywała, że wróci około szóstej. Andrea albo zmęczona porannym wysiłkiem, albo raczej śmiertelnie znudzona moim towarzystwem, ulotniła się do swojej sypialni ze świeżo zakupionym pismem. Tym sposobem zostałam sama i zastanawiałam się, czym by tu się zająć. Ciszę tego deszczowego popołudnia przerywało tylko tykanie zegara dziadka i jakieś ciche odgłosy wskazujące na wytężoną pracę, a dochodzące od strony kuchni. Okazało się, że to Pettifer czyścił srebra.
Kiedy wsadziłam głowę w drzwi, spojrzał w górę.
– O, witam, nie słyszałem, jak panienka weszła.
– Jak się czuje dziadzio?
– Myślę, że całkiem dobrze, tylko był trochę zmęczony po wczorajszych emocjach. Sądziliśmy, że jeden dzień w łóżku dobrze mu zrobi. Czy pani Rogerowa już wyjechała?
– Tak. – Wyciągnęłam sobie krzesło i usiadłam na wprost niego.
– Wydawało mi się, że słyszałem, jak wóz ruszał. Czy mogłabym ci w czymś pomóc?
Byłoby to bardzo ładnie ze strony panienki. Te łyżki wymagają porządnego przetarcia irchą. Nie wiem, skąd wzięły się na nich te plamy. A właściwie wiem. To robi wilgotne, morskie powietrze. Jedynym, czego srebro naprawdę nie znosi, jest właśnie takie powietrze.
Zaczęłam wycierać cienki i przetarty już czerpak łyżki. Pettifer przyglądał mi się sponad okularów.
Читать дальше