Po jakimś czasie chłopiec zatrzymał się.
– Jesteśmy na miejscu – powiedział.
Eliasz otworzył oczy. Nie poraził go ogień niebieski, a przed nim leżały zniszczone mury Akbaru.
Popatrzył na chłopca, który ściskał jego dłoń, jakby bał się, że mu ucieknie. Czy go kochał? Nie wiedział. Jednak te rozważania mógł zostawić sobie na później, teraz miał do wykonania, pierwsze od wielu lat nie powierzone mu przez Boga, zadanie.
Z miejsca, w którym stali, czuć było swąd spalenizny. Drapieżne ptaki krążyły po niebie, czekając tylko stosownej chwili, by rzucić się na trupy wartowników rozkładające się w słońcu. Eliasz podszedł do jednego z zabitych żołnierzy i wziął jego miecz. W nocnym zamęcie Asyryjczycy zapomnieli zabrać broń znajdującą się poza miastem.
– Po co ci to? – zapytał chłopiec.
– Do obrony.
– Tam już nie ma Asyryjczyków.
– Jeśli nawet, lepiej mieć to przy sobie. Musimy być gotowi na wszystko.
Głos mu drżał. Niepodobieństwem było przewidzieć, co się stanie w chwili, gdy miną rozwalone mury, ale gotów był zabić każdego, kto poważyłby się go upokorzyć.
– Zostałem zniszczony tak samo jak to miasto – odezwał się do chłopca. – Ale tak samo jak to miasto, jeszcze nie wypełniłem do końca swej misji.
Dziecko uśmiechnęło się.
– Mówisz jak dawniej – powiedział.
– Nie daj się oszukać słowom. Dawniej moim celem było zrzucenie Jezabel z tronu i oddanie Izraela Panu. Teraz jednak, skoro On o nas zapomniał, i my winniśmy zapomnieć o Nim. Moją misją jest wypełnienie twej prośby.
Chłopiec spojrzał na niego nieufnie.
– Bez Boga moja matka nie powróci z martwych.
Eliasz pogładził go po głowie.
– Tylko ciało twej matki odeszło. Ona jest zawsze z nami i – tak jak powiedziała – jest Akbarem. Musimy pomóc jej odzyskać dawne piękno.
Miasto było niemalże wyludnione. Starcy, kobiety i dzieci błąkali się po ulicach, tak jak poprzedniej nocy. Nie wiedzieli, co dalej począć.
Chłopiec zauważył, że za każdym razem, kiedy kogoś mijali, Eliasz chwytał za rękojeść miecza. Ale ludzie pozostawali obojętni. Większość rozpoznawała izraelskiego proroka, niektórzy witali go skinieniem głowy, ale nikt się nie odezwał.
“Zatracili nawet uczucie złości" – pomyślał, spoglądając na Piątą Górą, której szczyt pokrywały wieczne chmury. Wtedy przypomniał sobie słowa Pana:
Rzucę wasze trupy na trupy waszych bożków, będę się brzydzić wami. Ziemia wasza będzie spustoszona, miasta wasze zburzone.
Co się zaś tyczy tych, co pozostaną, ześlę do ich serc lękliwość, będzie ich ścigać szmer unoszonego wiatrem liścia. Będą padać nawet wtedy, kiedy nikt nie będzie ich ścigał.
Oto co uczyniłeś, Panie. Wypełniło się Twe słowo i żywe trupy tułają się po ziemi. A Akbar został wybrany, by dać im schronienie.
Doszli do głównego placu, usiedli na zgliszczach i rozejrzeli się wokół siebie. Zniszczenie było większe i straszniejsze, niż myślał. Dachy większości domów zawaliły się, brud i insekty zawładnęły wszystkim.
– Trzeba pochować zmarłych, bo inaczej zaraza wtargnie do miasta.
Chłopiec miał spuszczone oczy.
– Podnieś głowę – powiedział do niego Eliasz. – Musimy ciężko pracować, aby zadowolić twą matkę.
Ale syn wdowy nie słuchał. Zaczynało do niego docierać, że gdzieś w tych ruinach spoczywało ciało tej, która dała mu życie, i że to ciało musiało wyglądać tak jak wszystkie inne rozrzucone wokół.
Eliasz nie nalegał. Podniósł się, zarzucił na plecy pierwszego z brzegu trupa i zaniósł go na środek placu. Nie mógł przypomnieć sobie wskazań Pana dotyczących pochówku. Wiedział tylko, że trzeba się bronić przed zarazą, a jedynym sposobem było spalenie zwłok.
Pracował cały ranek. Chłopiec nie ruszył się z miejsca, ani na chwilę nie podniósł wzroku, za to wypełnił przyrzeczenie dane matce – żadna jego łza nie spadła na akbarską ziemię.
Jakaś kobieta przystanęła i zaczęła przyglądać się pracy Eliasza.
– Człowiek, który rozwiązywał problemy żywych, teraz uprząta ciała zabitych – skomentowała.
– Gdzie są akbarscy mężczyźni? – zapytał Eliasz.
– Odeszli, zabierając ze sobą to, co się ostało. Teraz nie ma już tutaj nic, dla czego warto byłoby zostać. W mieście są tylko ci, którzy nie mają dokąd pójść: starcy, wdowy i sieroty.
– Przecież żyli tu od wielu pokoleń. Nie można tak łatwo się poddawać.
– Spróbuj wytłumaczyć to komuś, kto wszystko stracił.
– Pomóż mi – poprosił Eliasz, zarzucając sobie na plecy kolejne zwłoki, by je zanieść na stos. – Spalimy je, aby nie nawiedził nas bóg zarazy. On ma wstręt do swądu palonych ciał.
– Niechaj przyjdzie bóg zarazy – odezwała się kobieta. – I niech zabierze nas wszystkich, byle szybko.
Eliasz pracował bez chwili wytchnienia. Kobieta usiadła obok chłopca i przyglądała mu się. Po chwili znów do niego podeszła.
– Dlaczego chcesz ocalić potępione miasto?
– Jeśli zatrzymam się, by rozmyślać, nie będę mógł działać wedle mojej woli – odpowiedział.
Stary pasterz miał rację: jedynym wyjściem było zapomnieć o przeszłości pełnej niepewności i stworzyć sobie nową historię. Dawny prorok zginął w płomieniach wraz z ukochaną kobietą. Teraz był człowiekiem pozbawionym wiary w Boga, targanym wątpliwościami. Ale wciąż żył, mimo iż przeklął swego Boga. Skoro chciał iść dalej własną drogą, musiał posłuchać rady pasterza.
Kobieta wybrała lżejsze ciało i pociągnęła je za nogi aż do stosu ułożonego przez Eliasza.
– To nie ze strachu przed bogiem zarazy – wyjaśniła. – Ani nie dla Akbaru, bo wkrótce powrócą tu Asyryjczycy, lecz przez wzgląd na tego chłopca siedzącego ze spuszczoną głową, chcę żeby zrozumiał, że przed nim jest jeszcze całe życie.
– Dziękuję ci – powiedział Eliasz.
– Nie dziękuj. Gdzieś tu, w gruzach, znajdziemy zwłoki mego syna. Miał mniej więcej tyle lat, co ten chłopiec.
Zakryła twarz dłońmi i zapłakała. Eliasz delikatnie wziął ją za ramię.
– Ból, który nęka ciebie i mnie, nie przeminie nigdy, ale ta praca pomoże nam go znieść. Cierpienie nie ima się zmęczonego ciała.
Poświęcili cały dzień temu makabrycznemu zajęciu – znosili na stos trupy, w większości młodych ludzi, których Asyryjczycy uznali za żołnierzy Akbaru. Pośród nich rozpoznał kilku przyjaciół i zapłakał – lecz ani na chwilę nie przerwał pracy.
Pod wieczór byli wyczerpani do cna. A choć końca tej roboty nie było widać, nikt z mieszkańców Akbaru nie przyszedł im z pomocą.
Wrócili do chłopca. Po raz pierwszy podniósł głowę.
– Jestem głodny – powiedział.
– Pójdę czegoś poszukać – odparła kobieta. – Wszędzie jest pod dostatkiem ukrytej żywności, ludzie przygotowywali się do długiego oblężenia.
– Przynieś jedzenie dla mnie i dla siebie, bo pracowaliśmy dla miasta w pocie czoła – odezwał się Eliasz. – Jeśli ten mały chce jeść, musi sam zadbać o siebie.
Kobieta zrozumiała, postąpiłaby tak samo z własnym synem. Udała się tam, gdzie kiedyś stał jej dom. Rabusie przewrócili wszystko do góry nogami w poszukiwaniu drogocennych przedmiotów. Cała jej kolekcja dzbanów, wykonana przez najwspanialszych mistrzów szkła w Akbarze, leżała potłuczona na ziemi. Jednak znalazła suszone owoce i zapas mąki.
Wróciła na plac i podzieliła się żywnością z Eliaszem. Chłopiec nie odezwał się ani słowem.
Читать дальше