– Niby przed czym?
– Zobaczy pan. Proszę mi opowiedzieć o swojej żonie.
– Skąd pan wie, że jestem żonaty? Przecież nie noszę obrączki.
– Właśnie się tego od pana dowiedziałem. Proszę mi więc opowiedzieć o swojej żonie.
– Ani mi się śni.
– A to czemu?
– Bo nie mam najmniejszej ochoty rozmawiać o niej z panem.
– Z czego wnioskuję, że już jej pan nie kocha.
– Kocham!
– Nie. Ludzie, którzy kochają, potrafią bez końca rozprawiać o swojej miłości.
– Co pan może o tym wiedzieć? Pan, nie mam co do tego wątpliwości, nikogo nie kocha.
; – Kocham.
– Więc proszę, niech mi pan opowie o obiekcie swojej miłości.
– Kocham kobietę niezwykłą.
– W takim razie co pan tutaj robi? To niewybaczalne, że nie jest pan przy niej. Traci pan czas na naprzykrzanie się obcym ludziom, zamiast być z nią?
– Ona mnie nie kocha.
– Więc traci pan czas na naprzykrzanie się obcym ludziom, zamiast próbować ją zdobyć?
– Próbowałem.
– Niech pan nie daje za wygraną!
– To wszystko na nic.
– Tchórz!
– Wiem dobrze, że nic to nie da.
– I pan śmie twierdzić, że ją kocha?
– Ona nie żyje.
– Och!
Jérôme zmienił się na twarzy. Umilkł.
– Kiedy ją poznałem, żyła. Mówię to, ponieważ niektórzy mężczyźni potrafią kochać tylko nieboszczki. O ileż wygodniej jest kochać kobietę, której nie znało się w codziennym życiu. Lecz ja kochałem ją właśnie dlatego, że była żywa. Żywsza niż inne. Do dziś zresztą pozostaje dla mnie żywsza od innych.
Cisza.
– Niech pan nie robi takiej spłoszonej miny, Jérôme.
– Pewnie. W końcu czy to ważne, że pańska żona nie żyje.
– Nie mówiłem, że była moją żoną.
– Więc tym bardziej nie ma powodu do dramatyzowania.
– Uważa pan, że to śmieszne?
– Sam pan przecież mówił, żebym nie robił spłoszonej miny.
– Trzeba się bardziej wczuwać w niuanse.
– Więc już nic nie mówię.
– Pańska strata. Spotkałem tę kobietę dwadzieścia lat temu. Oboje mieliśmy po dwadzieścia lat. Była pierwszą dziewczyną, która wydała mi się pociągająca. Wcześniej mój kompleks winy całkowicie zaćmiewał mi trzeźwość umysłu. Żyłem bez reszty skoncentrowany na własnej osobie, cierpiąc, analizując swoje postępowanie, opychając się różnymi świństwami, śledząc, jak to wpływa na moją anatomię; coraz mniej przejmowałem się światem zewnętrznym. Dziadkowie zmarli, zostawiając mi trochę grosza; za mało, żebym stał się bogaty, dość, bym mógł fatalnie odżywiać się przez długie lata. Coraz bardziej odsuwałem się od ludzi. Całymi dniami czytałem Pascala i oddawałem się poszukiwaniom różnych obrzydliwych wiktuałów.
– A koty?
– Zeszły bezpotomnie. Przez kilka miesięcy wyjadałem konserwy rybne, które zmagazynowali dla nich dziadkowie. Kiedy szafy zostały opróżnione ze swej zawartości, kiedy Holandia do reszty mnie znudziła, przeniosłem się gdzie indziej. Zamieszkałem w Paryżu, nieopodal stacji Port-Royal.
– Czy francuskie pożywienie było dla pana wystarczająco obrzydliwe?
– O, tak. W Paryżu jada się fatalnie. Frykasów dla siebie znalazłem tu pod dostatkiem. Tutaj też spotkałem najpiękniejszą dziewczynę świata.
– Zaczyna to być banalne. Pozwoli pan, że zgadnę: spotkał ją pan w Ogrodzie Luksemburskim.
– Nie. Na cmentarzu.
– Na Pere-Lachaise. Klasyka.
– Nie! Na cmentarzu Montmartre. To, że spotkałem ją pośród nieboszczyków, wydaje mi się znamienne.
– Nie znam tego cmentarza.
– Najpiękniejszy w Paryżu. O wiele rzadziej uczęszczany niż Pere-Lachaise. Jeden z tamtejszych grobów wzrusza mnie szczególnie. Nie pamiętam już, kto jest w nim pochowany. Kamień nagrobny przedstawia młodą dziewczynę spoczywającą twarzą do ziemi. Twarz jej na zawsze pozostanie nieznana. Widać tylko jej półnagą, choć pełną skromności sylwetkę, wdzięczną linię pleców, drobną stopę, delikatny karczek. Szarozielony marmur zawłaszczył ją niczym suplement śmierci.
– Ponure.
– Odwrotnie, urocze. Tym bardziej, że gdy ujrzałem ją po raz pierwszy, obok grobu stała już wpatrzona w nią żywa istota o podobnej sylwetce. Widząc ją z tyłu, przysiągłbym, że to jedna i ta sama osoba; tak jakby młoda dziewczyna przeczuwała czekającą ją rychłą śmierć i przyszła popatrzeć na własny pomnik na swym przyszłym grobie. Zaczepiłem ją, pytając, czy to ona do niego pozowała. Od razu poczuła do mnie niechęć.
– Wcale jej się nie dziwię.
– A to czemu?
– Bo ja też od razu poczułem do pana niechęć. A poza tym, co za nietaktowne pytanie.
– Dlaczego? Uwieczniona w szarozielonym marmurze dziewczyna była prześliczna.
– Tak, ale ten grób.
– I co z tego? W śmierci nie ma nic nieprzyzwoitego. Co nie zmienia faktu, że dziewczyna żywa uznała moje zachowanie za niewłaściwe i nie raczyła odpowiedzieć. Ja tymczasem wpatrywałem się w jej twarz; do dziś nie mogę się z tego otrząsnąć. Twarze, czy raczej niektóre twarze, są czymś w najwyższym stopniu niepojętym; to połączenie spojrzenia i rysów stające się nagle jedyną rzeczywistością, najbardziej ważką zagadką świata, które wzrok chłonie zachłannie i chciwie, zupełnie jakby wypisane było na nich jakieś boskie posłannictwo. Nie będę jej panu szczegółowo opisywał; powiem tylko, że miała kasztanowe włosy i niebieskie oczy. Czyż jest coś bardziej denerwującego od tych wszystkich obowiązkowych opisów bohaterek powieści, nieoszczędzających czytelnikowi ani jednego szczegółu, tak jakby to mogło cokolwiek zmienić. Właściwie równie dobrze mogła być blondynką o brązowych oczach. Opisywanie piękna takiej twarzy jest równie głupie i daremne, jak próba przekazania za pomocą słów niewymownego piękna sonaty lub kantaty. Choć być może właśnie sonata lub kantata mogłyby opisać jej twarz. Nieszczęściem ludzi, którzy stanęli w obliczu podobnej tajemnicy, jest to, iż potem nie są już zdolni zainteresować się czymkolwiek innym.
– Przynajmniej raz pana rozumiem.
– I na tym porozumienie między nami się kończy, gdyż z całą pewnością nie jest pan w stanie pojąć, co czuje człowiek odrzucony przez kobietę swojego życia. Pan przynajmniej ma, jak to się mówi, atrakcyjną powierzchowność. Nie wie pan, co znaczy być bardzo spragnionym, a nie mieć prawa się napić, mimo że woda znajduje się tuż-tuż, cudowna, zbawienna, w zasięgu warg. Choć ma pan za sobą długą wędrówkę przez pustynię, woda nie chce, żeby pan ją wypił z powodu tak niedorzecznego jak ten, że nie jest pan w jej guście. Tak jakby wolno jej było nie chcieć! Cóż za arogancja! Przecież to do pana należy bycie spragnionym, a nie odwrotnie!
– To argument gwałciciela.
– Nawet pan nie przypuszcza, jak trafne są te słowa.
– Co takiego?
– Na początku naszej rozmowy uprzedziłem, że zawsze spełniam swoje zachcianki. Już dwadzieścia lat temu tak było.
– Na cmentarzu?
– Szokuje pana miejsce czy czyn?
– Wszystko.
– Po raz pierwszy w życiu kogoś pożądałem. Nie zamierzałem przepuścić tej okazji. Wolałbym był oczywiście, żeby to nie był gwałt.
– Gwałt w trybie niedokonanym jest czymś jeszcze gorszym.
– Ma pan rację. Bardzo się cieszę, że ją zgwałciłem.
– Prosiłem, żeby pan zmienił tryb, a nie sens.
– Nie można zmienić trybu, nie zmieniając jednocześnie sensu. A zresztą to prawda; niczego nie żałuję.
– Ma pan kompleks winy z powodu obżerania się kocim pożywieniem, a nie czuje pan żadnych wyrzutów sumienia z powodu zgwałcenia kobiety?
Читать дальше