– Analogia z komarem jest trafna. Pozostawię panu po sobie coś w rodzaju świądu.
– Dowiaduję się więc, że mnie pan zostawi; zawsze to jakieś słowo otuchy. A czy mógłbym się dowiedzieć, kiedy zamierza mnie pan opuścić?
– Kiedy wypełnię moją misję przy panu.
– O, w dodatku ma pan misję do spełnienia! Powinno istnieć specjalne prawo chroniące człowieka przed mesjaszami. Nie potrzebuję pańskich nauk, drogi panie.
– W rzeczy samej, nie. Potrzebuje pan tylko tego, żeby się przeze mnie rozchorować.
– Od kiedy to człowiekowi, który czuje się dobrze, potrzebna jest choroba?
– Po pierwsze, wcale nie czuje się pan dobrze. Doskonale pan wie, że to i owo u pana szwankuje. Dlatego potrzebna jest panu choroba. Pascal napisał tekst wzniośle zatytułowany: Modlitwa o dobry użytek chorób. Gdyż choroby rzeczywiście można dobrze wykorzystać. Ale do tego trzeba być chorym. Jestem tu po to, by oddać panu tę przysługę.
– Zbytek łaski. Niech pan ten dar zachowa dla siebie; jestem niewdzięcznikiem.
– Beze mnie nie ma pan żadnych szans wyleczyć się ze swoich bolączek, a to z powodu owego niezrównanego aksjomatu, który mówi, że bez choroby nie ma ozdrowienia.
– Ale z czego, pana zdaniem, powinienem się wyleczyć?
– Czemu pan sam siebie okłamuje? Czuje się pan fatalnie, panie Jérôme Angust.
– Niby skąd pan to może wiedzieć?
– Wiem o tylu rzeczach.
– Czyżby był pan agentem tajnych służb?
– Moja służba jest zbyt tajna jak na tajne służby.
– Więc kim pan jest?
– Nazywam się Texel. Textor Texel.
– No nie, tylko nie to!
– Jestem Holendrem.
Jérôme Angust zakrył uszy rękami. Teraz dochodził do niego jedynie szmer z wnętrza własnej czaszki; przypominało to nieokreślone, dalekie dudnienie, jakie słyszy się na stacji metra, kiedy nie przejeżdża żaden pociąg. Nie było to nieprzyjemne. Przez cały ten czas wargi intruza nie przestawały się poruszać. To jakiś wariat, pomyślała jego ofiara. Mówi, choć wie, że nie mogę go usłyszeć. Istny słowotok. I czemu uśmiecha się tak, jakby uważał się za zwycięzcę? To ja jestem zwycięzcą, bo go już nie słyszę. To ja powinienem się uśmiechać. Tymczasem ja się nie uśmiecham, a on tak. Dlaczego?
Mijały minuty. Niebawem Angust zrozumiał, czemu Texel się uśmiecha; zaczęły go boleć ręce, najpierw trochę, potem coraz bardziej, wreszcie nie do wytrzymania. Nigdy jeszcze nie zatykał uszu na tyle długo, by poznać ten ból. Natomiast oprawca z pewnością był świadom tego narastającego skurczu u swoich ofiar. Nie mnie pierwszemu tak truje godzinami. Nie ja pierwszy zatykam rękami uszy pod jego rozbawionym spojrzeniem. Uśmiecha się, bo do tego przywykł; wie, że długo nie wytrzymam. Kanalia! Świat jest pełen psychopatów!
Po kilku minutach poczuł, że jeszcze chwila, a odpadną mu ręce. Zniechęcony, z grymasem ulgi opuścił ramiona.
– No właśnie – powiedział tylko Holender.
– Pana ofiary zawsze tak robią, prawda?
– I bez tego wiedziałem o tym, nawet gdyby pan był pierwszy. Nie słyszał pan o męce krzyża? Jak pan myśli, dlaczego ukrzyżowany cierpi i umiera? Z powodu niewinnych gwoździ w dłoniach i stopach? Nie, z powodu uniesionych ramion. W odróżnieniu od niektórych ssaków, na przykład leniwca, człowiek nie jest stworzony do pozostawania przez dłuższy czas w takiej pozycji; zmuszony trzymać zbyt długo ramiona w górze, umrze. No, może trochę przesadziłem; zwisając zbyt długo na rękach, można się udusić. Więc pan nie umrze. Niemniej w końcu poczuł pan dyskomfort. Sam pan teraz widzi, że mi się nie wymknie.
Nic nie jest pozostawione na łasce przypadku. Jak pan sądzi, dlaczego atakuję pański słuch? Nie tylko dlatego, że jest to dozwolone; przede wszystkim dlatego, że słuch jest tym ze zmysłów, który posiada najmniej możliwości obrony. Oko chroni powieka. Obroną przed smrodem jest zatkanie nosa, gest, nawet na dłuższą metę, bezbolesny. Obroną przed smakiem jest głodówka i wstrzemięźliwość, co nie jest zabronione. Z kolei przed dotykiem broni prawo; jeśli zostanie pan dotknięty wbrew swojej woli, może pan wezwać policję. Istota ludzka ma tylko jeden słaby punkt: ucho.
– Nieprawda. Istnieją przecież stopery do uszu.
– Tak, istnieją stopery; najpiękniejszy wynalazek człowieka. Ale nie ma ich pan w swoim bagażu, prawda?
– Na lotnisku jest apteka. Już po nie biegnę.
– Biedny mój przyjacielu, zanim do pana podszedłem, wykupiłem cały zapas stoperów, jakie w niej mieli. Przecież mówiłem, że nic nie pozostawiłem na łasce przypadku! Chce pan wiedzieć, co mówiłem, kiedy zatykał pan sobie uszy?
– Nie.
– Nieważne, i tak panu powiem. Mówiłem, że człowiek jest twierdzą, a jego zmysły są bramami do niej. Słuch jest bramą najsłabiej strzeżoną; stąd pana porażka.
– Zatem porażka, ale bez zwycięstwa przeciwnika. Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem, co pan na tym zyskuje.
– Zyskuję. Co panu tak spieszno. Mamy mnóstwo czasu. Spóźnienia samolotów potrafią przeciągać się w nieskończoność. Gdyby nie ja, nadal udawałby pan, że czyta książkę. A mam panu tyle do zaoferowania.
– Pseudomorderstwo kolegi z klasy, karma dla kotów… Myśli pan, że podobne bzdury mogą kogokolwiek zainteresować?
– Opowiadanie najlepiej zacząć od początku, prawda? Tak więc wskutek niestrawności po zjedzeniu pokarmu dla kotów w wieku lat dwunastu i pól utraciłem wiarę i zyskałem wewnętrznego wroga: siebie samego, a konkretnie tego nieznanego przeciwnika, którego wszyscy gościmy w swoich trzewiach. To całkowicie odmieniło mój świat. Wcześniej byłem wątłym, bladym sierotą wiodącym spokojne życie u boku dziadków. Odtąd żyłem w ciągłej udręce, stałem się niespokojny, zacząłem objadać się jak szalony.
– Kocią karmą?
– Nie tylko. Również jedzeniem dziadków. Gdy tylko jakaś potrawa budziła we mnie wstręt, natychmiast rzucałem się na nią i pożerałem ją.
– W Holandii nie brak obrzydliwego jedzenia.
– Fakt. Więc się objadałem.
– Nie jest pan wcale gruby.
– Moja nerwowość powoduje, że wszystko spalam. Od wczesnej młodości się nie zmieniłem; nadal dźwigam brzemię tego poczucia winy, które wówczas w sobie odkryłem.
– Skąd się ono bierze?
– Myśli pan, że ludzie obarczeni poczuciem winy potrzebują jakiegoś ważkiego powodu? Mój wróg wewnętrzny zawdzięczał swoje narodziny karmie dla kotów, lecz równie dobry byłby każdy inny pretekst. Człowiek, którego przeznaczeniem jest czuć się winnym, wcale niekoniecznie musi mieć sobie coś konkretnego do zarzucenia. Poczucie winy i tak, w ten czy w inny sposób, w końcu go dopadnie.
– To kwestia predestynacji. Jansenizm; jeszcze jeden holenderski wynalazek.
– Tak. Podobnie jak masło orzechowe oraz inne świństwa.
– Lubię masło orzechowe.
– Wcale mnie to nie dziwi.
– Jansenizm też lubię. Doktryna tak niesprawiedliwa siłą rzeczy musiała mi się spodobać. Nareszcie jakaś teoria zdolna do szczerego okrucieństwa, jak miłość.
– I pomyśleć, że pastwi się teraz nade mną na lotnisku jakiś jansenista.
– Kto wie? Może to też sprawa przeznaczenia? Całkiem możliwe, że jedynym celem pańskiego dotychczasowego życia było… spotkanie któregoś dnia mnie.
– Zapewniam, że nie.
– Nie panu o tym decydować.
– Bywały w moim życiu istotniejsze sprawy.
– Na przykład?
– Nie zamierzam panu o nich opowiadać.
– Błąd. Nauczę pana pewnej ważnej reguły, panie Jérôme Angust. Istnieje tylko jeden prawnie dozwolony sposób, by mnie uciszyć: mówić samemu. Niech pan o tym pamięta. To mogłoby pana uratować.
Читать дальше