Pafnucy bardzo ostrożnie i powoli podniósł się, przeszedł kilka kroków i znów usiadł. Równocześnie poruszyła się Perełka, a po pniu drzewa zbiegła wiewiórka. Dziewczynka je dostrzegła.
– Bambi, jesteś! – ucieszyła się. – I wiewiórka! I Puchatek! Pomóżcie mi! Zgubiłam się w lesie! I jeść mi się chce i nóżki mnie bolą, i nie wiem, gdzie jest moja mamusia! Pomóżcie mi!
– Jest głodna, zmęczona i żąda od was pomocy – przetłumaczył z satysfakcją Remigiusz.
– Przede wszystkim trzeba ją odciągnąć z tego miejsca – oznajmiła stanowczo Marianna. – Jeśli życzy sobie piesków, kotków i prosiaczków, niech tu ktoś przyprowadzi jakieś dziecko dzika, możliwie najmniejsze, i któreś z małych wilcząt. Perełko, odejdź kawałek, może ona pójdzie za tobą!
Marianna również nie bała się wcale i nie zwracała nawet uwagi na to, że może być widoczna. Wydając polecenia, uniosła się nieco i dziewczynka ją zobaczyła. Nie miała najmniejszego pojęcia, że Marianna jest wydrą, ale zachwyciła się nią niezmiernie.
– Jamniczek! – zawołała, uszczęśliwiona. – Jaki śliczny! Remigiusz zachichotał.
– Gratulacje! – prychnął do Marianny. – Ona uważa cię za rodzaj psa. Ale twierdzi, że jesteś prześliczna.
– Bardzo słusznie – pochwaliła Marianna. – Co do psa, nie bądźmy drobiazgowi. To jest bardzo inteligentne dziecko i bezwzględnie uważam, że należy ją uratować.
W krzakach rozległo się kwiknięcie i wszyscy ujrzeli małe dziecko dzika, tym się tylko różniące od prawdziwego prosiaczka, że było czarne i troszeczkę bardziej kudłate. Dziewczynce nie robiło to różnicy.
– O, jest Prosiaczek! – ucieszyła się. – Proszę, zaprowadźcie mnie do Krzysia!
Remigiusz aż zgrzytnął zębami.
– Już mi się zdawało, że można ją zrozumieć – rzeki gniewnie. – Coś nowego, jakiegoś Krzysia jej się zachciało! Pojęcia nie mam, co to jest!
Dziewczynka nie bała się już wcale. Przyzwyczaiła się do zwierząt, które nie robiły jej nic złego, a prosię dzika ogromnie ją rozśmieszało. Wciąż tylko wzywała do siebie Pafnucego i Perełkę i szła za nimi w głąb lasu, coraz wolniej i z coraz większym wysiłkiem, bo była bardzo zmęczona. Dotarła wreszcie do jednego z licznych miejsc, na których rosły poziomki, usiadła i zaczęła je zbierać i zjadać.
– Puchatku, są poziomki! – zawołała do Pafnucego. – Chodź prędko, bardzo dobre!
– Zdaje się, że po raz pierwszy widzę ludzką istotę, która ma dość rozumu, żeby się nie bać Pafnucego – rzekł w zadumie Remigiusz z krzaków. – Szczerze wam powiem, że nie mam pojęcia, co zrobić. Jak znam ludzi, nie zostawią tej sprawy w spokoju.
– Zięba mówi, że odjechali – zwróciła uwagę kuna, przyczepiona do kolejnej gałęzi i z wielkim zainteresowaniem wpatrzona w polankę. – Została tylko jedna osoba, zdaje się, że matka tej dziewczynki. Siedzi na skraju lasu i płacze.
– To znaczy, że wrócą w większej gromadzie – przepowiedział ponuro Remigiusz. – Poza tym, oni obydwoje jedzą z takim apetytem, że sam zaczynam być głodny. Nie wymagacie, mam nadzieję, żebym się zaczai odżywiać poziomkami?
– Dam ci rybę – obiecała gniewnie Marianna.
– Nie przepadam – skrzywił się Remigiusz. – Poza tym nie o mnie idzie. Ostrzegam was, że tu wejdą dzikie tabuny. W poszukiwaniu tego dziecka rozdepczą las! Zastanówcie się nad tym!
Remigiusz miał rację. Wszyscy byli tak zajęci dziewczynką, że prawie zapomnieli o największym niebezpieczeństwie. Pafnucy, który miał popędzić do Pucka, razem z ludzkim dzieckiem zjadał poziomki na polance i wydawał się zupełnie zadowolony. Perełka i borsuczęta bawiły się beztrosko. Słowa Remigiusza przypomniały, że to wcale nie koniec kłopotów.
– Pafnucy, zostaw te poziomki! – zawołała Marianna. – Trzeba się porozumieć z psem! Wieczór się zbliża!
– Myją tu zabawimy, a ty pędź – powiedziała na nowo zatroskana Klementyna.
Pafnucy uświadomił sobie, że spoczywają na nim ciężkie obowiązki. Oderwał się od doskonałego podwieczorku, odszedł z polanki i ruszył pędem.
*
Słońce zaczynało zachodzić, kiedy zdyszany i sapiący niedźwiedź dotarł do wielkiej łąki za lasem. Swojego przyjaciela, psa Pucka, dostrzegł z daleka. Pucek był bardzo zajęty, bo musiał zagonić do domu wszystkie krowy i owce. Obiegał je dookoła, obszczekując i popędzając, a krowy maszerowały powolnym i majestatycznym krokiem. Pafnucy wyszedł z lasu, żeby się Puckowi pokazać.
– Cześć, Pafnucy! – zawołał Pucek, przebiegając w pędzie obok niego. – Za chwilę przyjdę, tylko muszę tu spełnić obowiązki! Czy coś się stało?
Pafnucy zaczekał, aż Pucek znów będzie przebiegał obok niego, i obmyślił sobie przez ten czas, co powinien powiedzieć.
– Ludzkie dziecko jest w lesie! – krzyknął głośno. Pucek zahamował tak gwałtownie, że poślizgnęły mu się wszystkie cztery łapy. Odwrócił się do Pafnucego.
– Co mówisz? – spytał, zaskoczony. – Czy ja dobrze słyszę?
– Ludzkie dziecko – powtórzył pośpiesznie Pafnucy. – Siedzi w lesie. Zabłądziło.
– O rany boskie! – zdenerwował się Pucek i odwrócił się do krów. – Jazda do domu! Wiecie, gdzie mieszkacie, możecie iść same! Nie czekajcie na mnie!
Szczeknął jeszcze dwa razy i podbiegł do Pafnucego.
– Mów prędko! – zażądał. – One są beznadziejne, będę musiał je trochę pogonić. Co z tym dzieckiem? Skąd się wzięło w lesie?
Pafnucy chciał powiedzieć wszystko równocześnie i wyszło mu bardzo dziwne zdanie.
– Spało i biegło dziki wilki dzieci borsuka, pieski kotki o mało nie utopiło się w bagnie Marianna zjada poziomki i nie chcemy wielkiego stada! – oznajmił jednym ciągiem.
Pucek przez chwilę wyglądał jak osłupiały.
– Nie, czekaj – powiedział po chwili. – To było chyba zbyt prędko. Niemożliwe, żeby Marianna jadła poziomki i skąd się wam wzięły pieski i kotki?
– To były dzieci borsuka – wyjaśnił Pafnucy. – To dziecko uważa, że to są pieski i kotki. Remigiusz mówi, że nie wszystko umie przetłumaczyć. Może ja ci to opowiem od początku?
Pucek usiadł obok niego, nie zwracając już uwagi na krowy.
– Tak – powiedział stanowczo. – Powiedz od początku.
Pafnucy porządnie i po kolei wyjaśnił mu całą sprawę. Pucek słuchał w milczeniu i robił się coraz bardziej zdenerwowany.
– Okropne – powiedział. – Dlaczego tak późno przychodzisz? Zaraz się zacznie robić ciemno!
Pafnucy wyjaśnił, że nie mógł przyjść wcześniej, bo ludzkie dziecko poszło do bagna, a potem rozmawiało z nim, więc nie chciał być niegrzeczny. W dodatku znajduje się bardzo daleko, po drugiej stronie jeziorka. Pucek zdenerwował się bardziej.
– Czekaj – powiedział. – Niech się przez chwilę zastanowię. Mógłbym tam iść, oczywiście, ale to będzie trwało. Nie znam lasu tak jak wy i musiałbym wszystko wywęszać. Mogę wywęszyć ścieżkę dzików i ścieżkę saren, mieszkanie wilków i twoje ślady, ale nie wiem, co komu z tego przyjdzie. Gdyby to chociaż było w dzień!
– To co byś zrobił? – spytał z nadzieją Pafnucy. Pucek rozważał sprawę.
– Jedno z dwojga – rzekł. – Mógłbym prowadzić tę dziewczynkę… Czy ona się bardzo boi?
– Nie – odparł Pafnucy. – Najpierw bała się po prostu okropnie, a potem zupełnie przestała się bać. Teraz już nie boi się wcale.
– Jeżeli się nie boi, mógłbym ją pociągnąć za sukienkę – powiedział Pucek. – Ale przecież nie w ciemnościach! Wasz las jest gęsty i nierówny, nie mogłaby iść po ciemku. Albo mógłbym przyprowadzić do niej tamtych ludzi, którzy będą szukali, gdyby mi ktoś pokazywał, gdzie ona jest. Ale znów to samo, nie w ciemnościach!
Читать дальше