– Na czymżeśmy to stanęli? – spytała Bona.
– Czytałam wczoraj, jako Rugier zwyciężył Eryfilę dziewięsiłkę i szedł do pałacu Alcyny – odpowiedziała Laura.
– Ariosto? – spytał król.
– Tak jest, proszę waszej królewskiej mości, Orland szalony .
– A Jadwisia rozumie do tyla włoską mowę?
– Przysłuchuję się ciekawie i rozumiem bez mała, najmiłościwszy ojcze – odpowiedziała dziewczynka, całując króla w rękę.
– Zacznijcie, proszę, słuchamy.
Laura szukała chwilę po strofach oczami i tak zaczęła:
Zbiwszy bohatyr z konia sprosną białogłowę
Dobył miecza…
– To już było… – przerwała czytanie królowa.
Mrucząc półgłosem, lektorka przebiegła parę strof i czytała dalej:
Sama tylko Alcyna wszystkich zaś pięknością
Przechodzi, jako słońce, gwiazdy swą jasnością.
Stan tak piękny i tak ma dobrze pomierzony,
Jaki tylko zmaluje malarz nauczony;
U długiej i na węzły powiązanej kosy 72 72 kosa (tu daw.) – warkocz. [przypis edytorski]
Lśniły się jako złoto jej żółtawe włosy.
Róże się, wychowane w sabejskich ogrodach,
Z fijołkami rozeszły po gładkich jagodach;
Z gładzonych alabarstrów ma wyniosłe czoło,
Którem po wszystkich stronach obraca wesoło.
Pode dwiema cienkiemi, czarnemi łukami
Są dwie oczy 73 73 dwie oczy – dziś: dwoje oczu. [przypis edytorski]
, ale je lepiej zwać gwiazdami,
Oczy, pełne litości, samy w się ubrane,
W których skrzydlata Miłość gniazdo ma usłane,
I widać prawie dobrze, kiedy z nich wychodzi
I łuk ciągnie, i w serce widomie ugodzi.
Twarz dzieli nos tak piękny – wolę was nie bawić —
Że sama Zazdrość nie wie, gdzie by go poprawić.
Pod niem wdzięczne, w nie mniejszej zostawując chwale,
Są usta, w przyrodzone ubrane korale.
W nie dwa rzędy wybranych pereł… 74 74 Sama tylko Alcyna wszystkich zaś pięknością (…) – przekład Piotra Kochanowskiego. [przypis autorski]
– Morisco!… Dio mio… sono morta! 75 75 Morisco!… Dio mio… sono morta (wł.) – umieram, o mój Boże, nie żyję. [przypis edytorski]
… – przeraźliwy pisk Lukrecji Caldorry przerwał czytanie.
Najmłodsza z panien dworskich tak się czegoś przelękła, że nie bacząc na majestat i osoby królewskie, wskoczyła na ławkę i drżąc na całym ciele, krzyczała wniebogłosy. Wszyscy patrzyli na nią ze zdumieniem; biedactwo było tak nieprzytomne, że nawet Bona nie poczuła się obrażoną jej niesfornym zachowaniem.
– Czego krzyczysz?
– Co ci się stało? Czy cię żmija ugryzła? – pytały towarzyszki przestraszone.
– Tam… tam… potwór… ach! sunie ku nam… Santa Margueritta! San Giorgio! Diffendete mi! 76 76 Santa Margueritta! San Giorgio! Diffendete mi! (wł.) – święta Małgorzato, święty Jerzy, ratujcie mnie. [przypis edytorski]
– wzywała świętych skutecznych przeciw smokom.
Inne panny, spojrzawszy w kierunku jej oczu osłupiale zapatrzonych, zerwały się jak oparzone i chórem zawiodły wrzask nieludzki.
A na samym końcu ścieżki, tuż za wirydarzykiem królewny Jadwigi, poruszało się ciężko jakieś istotnie niesamowite stworzenie…
Mała księżniczka przytuliła się do ojca, który ją objął ramieniem i patrzał ze śmiechem na dziwaczne miny i konwulsyjne podskoki panien dworskich.
– Idźże waść, zobacz, co tam takiego! – krzyknął na Stańczyka.
Ale ten padł na trawnik i tarzał się ze śmiechu, wierzgając nogami jak źróbek, rozhukany w szale wesołości.
– Co za uszy kłapciaste! – wołała jedna.
– Czerwone jak płomień! – wrzeszczała druga.
– Pysk biały, ślepia w krwawych orbitach!
– Cielsko obmierzłe!
– Pręgi jak u tygrysa!
– Co za sierść niewidzianej maści!
– Zielona niczym trawa, a smugi po niej ceglaste!
– Ogon ptasi!
– Na nogach guzy jakieś czy narośle!
Potwór, co z początku wlókł się ociężale i wahająco, nagle spuścił łeb ku ziemi, a uszy olbrzymie opadając łeb mu cały zasłoniły i biegł… pędził… leciał… aż… skoczył w objęcia na wpół omdlałej signory Izabeli Papacody. Nie ma na świecie pióra, które by zdolne było odtworzyć martwymi literami skrzypienie ochrypłe, jakie wydała z siebie nieszczęsna dziewica.
Znalazłszy się w bezpiecznej przystani straszydło wspięło się na tylne łapy, przednie oparło na szyi donny Izabeli i jęło ją lizać po twarzy różowym języczkiem.
– Kupido!… Poverino mio 77 77 poverino mio (wł.) – mój biedaku. [przypis edytorski]
! Carissima bellezza mia 78 78 carissima bellezza mia (wł.) – moje najdroższe śliczności. [przypis edytorski]
! – oblewając pieska strumieniami łez gorących, wołała dama.
A łzy te serdeczne zmywały po części farbę z sierści Kupidynka, przenosząc ją na stanik, spódnicę, rękawy, a nawet, o zgrozo, na wygorsowaną szyję i wąsate oblicze signory.
– Jedno urodne i drugie niczego – dziwował się Stańczyk, potrząsając dzwonkami.
A król Zygmunt rozbawiony, jak może od młodości mu się nie przytrafiło, śmiał się, śmiał, śmiał do rozpuku.
– Guardate che disgrazia 79 79 guardate che disgrazia (wł.) – spójrzcie, co za nieszczęście. [przypis edytorski]
! Pomalowali cudni Kupidu! Uszy doprawili… do śliczny ogonek pióry kogutu… la mia povera bestiolina 80 80 la mia povera bestiolina (wł.) – moje biedne zwierzątko. [przypis edytorski]
! Lapeczki mala owiązali con conce … Briganti 81 81 briganti (z wł. brigante ) – bandyci, łobuzy, zbóje. [przypis edytorski]
! Lazzaroni ! Maladetti 82 82 maladetti (z wł. maledetto ) – przeklęci. [przypis edytorski]
!
– Nie domyślasz się, wasza miłość, kto może być sprawcą tak niecnego figla? – spytała królowa ochmistrzynię.
Lecz nim signora Arcamone zdołała zebrać rozpierzchłe myśli, Papacoda krzyknęła łkając:
– Kto? Ja przysięgała na główka mój piesek, co to pazie uczynili… nie kogo innemu, ino pazie! A nawet powiedziała który: questa canaglia di Cristophoro, il piccolo barbaro 83 83 questa canaglia di Cristophoro, il piccolo barbaro (wł.) – ten łobuz Krzysztof, ten mały barbarzyńca. [przypis edytorski]
Czi… Cza… mi ramento giá 84 84 mi rammento giá (wł.) – już sobie przypominam. [przypis edytorski]
! Czema! Certissimo 85 85 certissimo (wł.) – na pewno. [przypis edytorski]
!
– Zaraz się to wyśledzi i bądź wasza miłość przekonaną, że z całą surowością wymierzymy karę – uspokajała rozszlochaną Włoszkę królowa – mocno mię ino dziwi, że wam, najmiłościwszy panie, ucieszną i śmiechu godną widzi się psota, która dokuczyła aż do rzewnych łez osobie tak zacnej i tak bardzo mi bliskiej, jak signora Papacoda. Gdyby coś podobnego Polkę spotkało, znalazłaby się sprawiedliwość.
Król spojrzał surowo na żonę, lecz nie odpowiadając wprost na niesłuszny zarzut, dał znak ręką jednemu z paziów:
– Hej, Zbylitowski! Biegaj co żywo do pana ochmistrza Strasza, powiedz, że go prosimy tutaj w bardzo ważnej sprawie. Z nikim po drodze nie mówić słowa! Rozumiesz?
– Słucham, najmiłościwszy panie!
Pobiegł paź, sprowadził ochmistrza i wytoczono przed jego trybunał całe zajście z Kupidynkiem. Jegomość pan Strasz, zarówno jak i Papacoda, sumiennie był przeświadczony, że to zemsta Krystka Czemy za pokąsaną łydkę; lecz na żądanie króla, który nie poszlak i podejrzeń, ale niezbitej pewności się domagał, postanowiono zwołać wszystkich dwustu paziów do ogrodu i badać jednego po drugim. Który by nie umiał się wytłumaczyć, co robił od godziny obiadowej do tej pory, będzie prawdopodobnie winowajcą. Przy obiedzie bowiem najmilejszy Kupidło kręcił się jeszcze po pokojach fraucymeru, we własnej swej, nie zmienionej postaci.
Читать дальше