Może nigdy tych uczuć nie ujawnić. Bała się zrobić z siebie idiotkę w jego oczach. Być może to szaleństwo rozważać możliwość tańczenia z wilkiem. Lecz jej serce wiedziało, że nigdy nie znajdzie nikogo takiego jak on. Bo Steve był jedynym mężczyzną, jakiego znała, który nigdy nie zawiódłby kobiety.
Pomyśli, że ją wystawił do wiatru. Steve rzucił okiem na zegar na desce rozdzielczej półciężarówki: minęła dziesiąta. Znał Mary Ellen i doskonale wiedział, jak potraktuje to spóźnienie. Spodziewała się zawodów ze strony mężczyzn. Jego nieobecność nie będzie dla niej żadną niespodzianką. Powoli zaakceptowała go jako przyjaciela, ale w żaden sposób nie potrafił jej przekonać, że może mu zaufać pod każdym innym względem.
Jeszcze mocniej wdusił pedał gazu. Noc była wietrzna, lecz asfalt na szczęście suchy. Na prostych odcinkach mógł jechać z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę, ale ta cholerna droga składała się z samych zakrętów.
Wyobraził sobie piasek przesypujący się w klepsydrze, szybciej niż przez sito. Stawką było coś więcej niż ten dzisiejszy wieczór. Na przeniesienie wilczego stada, i szczeniąt, zakończenie zadania i ruszenie w dalszą drogę miał niecałe dwa tygodnie. Tymczasem dla Mary Ellen potrzebował kilku tygodni, nie dni. Pasowała do niego niczym klucz do zamka, oszalał na jej punkcie, lecz przekonanie jej o tym było trudniejsze od jazdy na sankach pod górę.
Wpadł na podjazd z trzecią prędkością kosmiczną, gwałtownie zahamował i zgasił silnik, prawie jednocześnie wyskakując z półciężarówki. Światło na ganku paliło się – dzięki Bogu. To oznaczało, że nie spisała go jeszcze całkowicie na straty. Serce waliło mu jak młotem. Spodziewał się, że będzie wściekła. Miała do tego święte prawo. Bał się jednak, że będzie jej przykro. Zbyt przykro, żeby go wysłuchać.
Podbiegł do drzwi i zapukał, lecz nie mógł czekać i przekręcił gałkę. Natychmiast ogarnęło go ciepło, przyćmione światło, cisza. Przerażająca cisza. Starannie zamknął drzwi, recytując w duchu litanię przekleństw.
Jedno szybkie spojrzenie uświadomiło mu, jak bardzo zawalił sprawę. W kuchni ujrzał nakryty stolik, na którym dopalały się świece. Nie musiał podchodzić bliżej do wspaniałego półmiska z pieczonym kurczęciem, żeby się przekonać, że danie jest zimne, a sałata zwiędła.
Czuł zapach domowego pieczywa. Widział miskę z wyschniętymi ziemniakami. Mary Ellen zadała sobie tyle trudu.
Odszukał ją wzrokiem. Zwinęła się w bujanym fotelu w swojej ulubionej pozycji z podciągniętymi kolanami. Zasypiając, upuściła czasopismo. Miała na sobie zielony strój, upodobniający ją do leśnego duszka. Niezwykle pociągającego leśnego duszka. – Mary.
Wyszeptał tylko jej imię, lecz natychmiast otworzyła oczy. Jej uśmiech był pełen ciepła, a w zaspanych oczach nie było cienia wyrzutu czy gniewu. Powinna była solidnie mu przyłożyć za to, że się spóźnił i nie zatelefonował. Zrobiłaby to każda inna kobieta – ale czy ona kiedykolwiek zachowywała się jak którakolwiek ze znanych mu kobiet?
– Chyba w życiu nie widziałam bardziej zaniedbanego włóczęgi – mruknęła z rozbawieniem.
– Włóczęgi? – Spojrzał na siebie, zdając sobie trochę zbyt późno sprawę, że ma rozdartą kurtkę i ubłocone buty. Nie zdążył przyczesać włosów ani w inny sposób zadbać o wygląd. Cholera, czy wszystko dzisiaj musi robić źle?
– Nie chciałem nanieść ci błota. Przepraszam.
– Nikt nie umrze z powodu zabrudzonej podłogi. Siadaj. Chciałam cię nakarmić od razu, jak przyjdziesz, ale po twoich oczach widzę, że najpierw powinnam ci czegoś nalać. Wielkie nieba. Po drodze do kuchni rzuciła okiem na zegar.
On też. W ustach poczuł gorycz.
– Mary, nie spóźniłem się celowo.
– Oczywiście, że nie.
– Zepsułem ci kolację. Kurczak wygląda tak apetycznie. Zadałaś sobie wiele trudu… – Zanim mógł zebrać myśli, trzymał już w ręku szklaneczkę z bursztynowym płynem. Domyślił się, że to whisky.
– Wypij – rozkazała. – Co ci się stało w czoło? – Dotknęła koniuszkami palców jego skroni. – Wygląda na potężnego siniaka. Masz jeszcze jakieś inne obrażenia?
– Nic mi nie jest – odparł niecierpliwie.
– Wypij – łagodnie powtórzyła rozkaz.
Whisky spłynęła mu do żołądka niczym płynny ogień i uderzyła jak błyskawica, popychając do gorączkowych wyjaśnień.
– Kiedy skończyłem karmić szczenięta było jeszcze wcześnie. Wszedłem do lasu i znalazłem jeszcze dwa po trzaski. Dopiero co założone. Tego samego typu jak ten, który zranił Białego Wilka. Unieszkodliwiłem je, zaniosłem do półciężarówki, ale nie mogłem tak po prostu odjechać. Miałem nadzieję, że ten, kto je założył, wróci. Będzie chciał sprawdzić, czy coś się złapało, a wtedy miałbym szansę go nakryć. Nie mogłem do ciebie zadzwonić i powiedzieć, że się spóźnię. Zwykle wrzucam do półciężarówki telefon komórkowy, ale tym razem zostawiłem go w przyczepie. Słowo honoru, nie sądziłem, że minie więcej niż dwie godziny…
– Rozumiem. Nie ma sprawy, Steve. Wiem, że wykonując taką prace, nie zawsze masz dostęp do telefonu. Złapałeś go?
– Nie. – Potarł niespokojnie kark, nie wiedząc, dlaczego jest taki wzburzony, skoro Mary Ellen nie mogłaby być spokojniejsza. – Zobaczyłem światła samochodu. Myślałem, że to kłusownik, ale to był miejscowy policjant, Wooley Harris. Znasz go?
– Jasne. Jest po naszej stronie.
– Tak. Dałem mu potrzaski i powiedziałem, gdzie je znalazłem. Oświadczył, że nie ma nic do roboty, bo w mieście jest spokojniej niż w grobie, i że z chęcią pokręci się po bocznych drogach przez resztę nocy. Wrócimy tam jutro za dnia, żeby zobaczyć, czy da się zidentyfikować jakieś ślady.
– Wiedziałam, że musi być jakaś korzyść z tego wiosennego michigańskiego błota. Chyba łatwiej w nim znaleźć wyraźny ślad opony czy buta, nie? Nalać ci jeszcze trochę?
Nie, nie chciał więcej alkoholu. Ujął ją za przegub dłoni, nie wiedząc, dlaczego – może pragnął jej bliskości i chciał wyraźniej zobaczyć jej oczy. Nie wydawała się wściekła, mimo zmarnowania wspaniałej kolacji. Po prostu przyjęła do wiadomości fakt, że miał uzasadniony powód spóźnienia i to wszystko. Która kobieta potrafiłaby być tak tolerancyjna?
Właśnie Mary Ellen, pomyślał. Porzuciła temat jego spóźnienia, jakby nic się nie stało.
– Jesteś głodny? Nie wiem, co się da uratować z pierwotnego jadłospisu, ale mogę błyskawicznie zrobić zupę i kanapki…
– Nie jestem głodny. – Przynajmniej jeśli chodzi o jedzenie. Nie uwolniła przegubu. Czuł jej przyśpieszone tętno. Tak jak przyjęła jego wyjaśnienie dotyczące spóźnienia, przyjęła też fakt, że jest wykończony i że trzeba się nim zająć.
– Bałem się, że pomyślisz, iż wystawiłem cię do wiatru – powiedział otwarcie.
Uniosła w zdumieniu brwi.
– To mi wcale nie przyszło do głowy. Powiedziałeś, że przyjdziesz, założyłam więc, że coś cię zatrzymało. Myślałeś, iż nie zrozumiem, że możesz mieć ważniejsze sprawy?
No właśnie. Tego się spodziewał. Tej pewności w jej oczach, że ona nie jest dla niego najważniejsza. Nigdy nie zrobił niczego, co przekonałoby tę bezrozumną kobietę, że jest dla niego kimś wyjątkowym. Pociągającym, niezapomnianym, najważniejszym.
Delikatnie chwycił ją za przegub. Prędzej by się zastrzelił, niż skrzywdziłby Mary Ellen, lecz uchwyt był na tyle mocny, że postąpiła krok w jego kierunku. Uniosła twarz. Aż do tej chwili nie wiedział, że ją pocałuje, ale gdy to zrobił, poczuł oblewającą go falę gorąca.
Читать дальше