Wystarczyło mu pięć minut, żeby się zorientować, że Maggie go do niczego nie potrzebuje. Świetnie dawała sobie ze wszystkim radę. Nawet z najbardziej wstawionymi z jego kuzynów. Spojrzała na niego tylko raz, uśmiechnęła się i pobiegła dalej.
Około dziewiątej tak rozbolała go głowa, że dal za wygraną i wyszedł na powietrze. Nie mógł dłużej wdychać dymu z papierosów i znosić hałasu, jaki panował w całym domu.
Ruszył po ciemku ku rzece. Wieczór był ciepły, powietrze przesiąknięte zapachem mokrej trawy, krzaków i drzew. Wiał lekki wietrzyk, rzeka cicho szumiała. Ogarnęła go błogosławiona cisza.
Oparł się o pień starego drzewa hikorowego, nabrał powietrza w płuca i już chciał zamknąć oczy, kiedy zobaczył naprzeciwko siebie siedzącą pod drzewem postać.
– Nie uciekaj – poprosił cicho.
– Wcale nie mam takiego zamiaru – odparła równie cicho Maggie. – Och, Mike, chciałam ci zrobić niespodziankę, ale zrobiłam tylko głupstwo.
– Kochanie, powiedz mi, co miałaś na myśli, zapraszając tych wszystkich ludzi? Zupełnie tego nie rozumiem.
– Zrobiłam to z wielu powodów. Twoja rodzina podobno urządza co roku taki spęd. Moja także. Więc pomyślałam sobie, że ta posiadłość jest wspaniałym miejscem na coś takiego, że pewnie ubawi ich zwiedzenie domu, w którym rozrabiali ich dziadkowie.
Zamilkła.
– A jakie jeszcze miałaś powody? – zapytał po chwili Mike.
– Może myśl o naszych dziadkach. Byli tacy różni, a potrafili ze sobą pracować, przyjaźnić się. Stworzyli swój własny, magiczny świat. Nie dam się nikomu przekonać, że było w tym coś niemoralnego…
– Nie mam zamiaru próbować.
– Wyobraziłam sobie, że jeżeli sprowadzę tu nasze rodziny, magiczny świat Ianellich i Flannerych jakoś się odrodzi. I że jak zobaczysz ich wszystkich razem, to i mnie wśród nich…
– Maggie, mnie na nich nic a nic nie zależy. Moja rodzina to banda nicponi. Nie musisz wcale starać się o to, żeby im się podobać. A teraz chodź tu do mnie.
– O, nie.
– Moje drzewo jest lepsze od twojego.
– Moje jest całkiem dobre.
– Stąd lepiej widać księżyc.
– Nie ma żadnego księżyca.
– Kocham cię, Maggie.
Wiatr zaniósł ku niej jego słowa. Za nimi poszedł Mike. Kucnął przed nią. Przeczesał palcami jej mieniące się złotymi błyskami kasztanowe włosy.
– Uwielbiam cię, mała – szepnął. – Niepotrzebny mi jest spęd Ianellich i Flannerych, żeby sobie uzmysłowić, że te dwa nazwiska powinny się połączyć.
Patrzyła na niego i milczała. Bała się, że jeżeli się odezwie, czar pryśnie.
– Ja też wierzę w magię tego miejsca, Maggie. Ale jestem człowiekiem z krwi i kości, toteż robię błędy. Zbyt wiele błędów.
– Och, Mike – szepnęła. – Zakochałam się w tobie, gdy tylko cię poznałem. Jesteś pierwszym człowiekiem, jakiego znam, który pozwala mi być sobą. Kiedy wróciłam do Filadelfii i przez kilka tygodni nie miałam z tobą kontaktu, umierałam z tęsknoty.
– Nie mogłem się z tobą kontaktować. Przecież ci to tłumaczyłem. Byłem bez pracy i miałem opinię złodzieja. Nie mogłem ci nic ofiarować, a poza tym zdawało mi się, że nie szukasz mężczyzny na stałe, tylko kochanka.
Położył ją na trawie. Nie opierała się. Zachwycił się widokiem jej włosów, odcinających się ostro od zieleni trawy, napawał zapachem wilgotnej ziemi, wiatru i rzeki.
– Wiedziałam o tobie wszystko. Co robisz, jak żyjesz – mówiła Maggie. – Ale nie chciałam ci się narzucać. Nie wierzyłam, że może ci na mnie zależeć, że ci się podobam.
– Jakże mogłabyś mi się nie podobać ty, dziewczyna, która wypychała sobie biustonosz papierem, która przywlokła ze sobą w worku cały sklepik spożywczy, która sklęła mnie za to, że nie chcę brać się ze światem za bary… Zbliżył twarz do jej policzka.
– Jak mogłaś myśleć, że mi się nie podobasz! Pokochałem cię od pierwszego wejrzenia. Byłaś taka autentyczna! Całkiem zawróciłaś mi w głowie!
Umilkł i uśmiechnął się szelmowsko.
– Ale przyznaj się, że rzuciłaś się na mnie. Będę musiał powiedzieć naszym dzieciom, jaka była z ciebie bezwstydna dziewczyna. I naszym wnukom także. I dzieciom naszych wnuków…
– Tylko wobec ciebie tak się zachowałam. Od razu zrozumiałam, że jesteś dla mnie stworzony. Ty jeden jedyny.
– 1 to mimo że popełniałem tyle błędów. Że uchodziłem za złodzieja. Jeżeli ci się wydaje, że dostajesz świętego, to…
– Słuchaj, Ianelli, przez całe moje dzieciństwo miałam do czynienia ze świętymi. Na świętego Patryka, czy pocałujesz mnie wreszcie, czy każesz mi czekać do rana?
Więc pocałował ją, a to doskonale umiał. Wziął ją w ramiona i przytulił. Świat zawirował. Jakże cudowny był jej Mike, jaka wspaniała rzeczywistość.
– Kochanie.
– Słucham?
– Wydaje mi się, że czuję zapach dymu.
– Mnie też -mruknęła i mocniej do niego przylgnęła.
Mike odsunął się łagodnie i wstał. Po sekundzie pociągnął ją, a ręką wskazywał w kierunku domu.
Swąd stawał się coraz silniejszy. Spojrzeli na siebie i puścili się biegiem.
Wpadli do domu jak szaleni. W środku dym gęstniał z sekundy na sekundę. Obydwa klany schroniły się do najdalszego z pokojów.
– Maggie! Michael! Gdzie byliście? – krzyknęła Barbara na ich widok. – Gordon próbował rozpalić ogień w kominku, no i…
Zrobił to w jedynym kominku, którego drożności Mike nie sprawdził. Mike przyklęknął i szybko zgasił tlące się w nim szczapy. Maggie przyniosła z kuchni wiadro wody. Po chwili było po wszystkim.
– Komin jest zatkany – oświadczył Mike. – No, ale jest już po strachu.
– Nietoperze? – zaniepokoiła się Maggie,
– Chyba nie. Pewnie przesunęły się cegły.
Maggie zbladła na myśl o tym, że niewiele brakowało, by spłonął cały dom.
Mike wyciągnął rękę, sięgnął w głąb komina i wyciągnął spory przedmiot. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na przypaloną cegłę, na drugi na bryłę złota.
Po raz pierwszy od kilku godzin zapanowała w domu chwila ciszy. Trzydzieści osób tłoczyło się w milczeniu, by obejrzeć zdobycz Mike'a. Tylko Maggie wolała jej nie widzieć.
– Skarb Dziadziusia? – szepnęła.
Milczenie ustąpiło okrzykom radości. Ktoś otworzył butelkę szampana. Mike położył bryłę kruszcu na podłodze i szepnął coś matce Maggie do ucha.
– Wychodzimy stąd – powiedział do Maggie.
– Teraz?
– Teraz.
Zaprowadził ją na werandę, podniósł i posadził na parapecie okna. Szybko zeskoczyła i chciała uciec, ale Mike złapał ją i zaczął ściągać z niej sukienkę. Wsunęli się przez okno do błękitnej sypialni.
– Czy drzwi na korytarz są zamknięte? – zapytał Mike.
– Tak, nie chciałam, żeby tu ktoś wchodził.
Przytłumione głosy i śmiechy dochodziły z salonu.
Ale tu, w błękitnej sypialni, było cicho i przytulnie. Pokój jak gdyby na nich czekał.
– Wiec Dziadziuś nie kłamał – szepnęła Maggie.
– Myślę, że żaden z naszych dziadków specjalnie nie dbał o złoto. Może to skarb Dillingera.
– Być może.
Mike zdjął z siebie ubranie, razem osunęli się na wielkie łoże. Zasunął błękitną kotarę. Znaleźli się w magicznym świecie.
Maggie uśmiechnęła się. Uśmiechem śmiałym, wróżącym wiele dobrego, pomyślał Mike, uśmiechem obiecującym więcej miłości i rozkoszy, niż należało się jakiemukolwiek mężczyźnie.
– Nasi dziadkowie – powiedział cicho – byli wspaniali.
Читать дальше