– Maggie – odezwał się nagłe.
– Słucham?
Nie chciał za żadne skarby psuć jej humoru, ale niestety za dwadzieścia cztery godziny wracała do Filadelfii, chyba że udałoby mu się jej w tym przeszkodzić.
– Zastanawiałem się nad całą sytuacją – powiedział.
– Nad tym, komu można by sprzedać taki duży dom. Dla przeciętnej rodziny jest on naprawdę za wielki. Chyba że ktoś zdecydowałby się go zburzyć i zbudować w tym pięknym miejscu blok mieszkalny.
Maggie zadrżała.
– Nawet gdyby znalazł się indywidualny nabywca, musiałby przeprowadzić generalny remont, obniżyć sufity, podzielić pokoje, zdjąć wielkie żyrandole. Była by to wielka szkoda, ale cena energii elektrycznej jest zbyt wysoka, żeby ktoś mógł utrzymać to wszystko w dawnym stanie.
– Odpowiedni ludzie potrafiliby może zachować charakter domu.
– Owszem, gdybyśmy trafili na odpowiednich ludzi – zgodził się Mike. – Na przykład organizatorów kursów dla menedżerów, jak sugerowałaś. Albo dla młodych biznesmenów.
– To był utopijny pomysł, Ianelli. Dobrze wiesz.
– Czyżby?
– Trzeba być realistą.
– Czy doszłaś do wniosku, że twój pomysł był nierealny?
– Tak jest. Przede wszystkim mam dobrą posadę w Filadelfii.
– Tak mnie zapewniałaś. Jesteś asystentką szefa Firmy, prawda?
– Prawda.
– Wspominałaś coś o szefie. To podobno bardzo porządny człowiek.
– Owszem.
Mike znowu dotknął bolącego miejsca. Maggie lubiła swojego szefa. Nauczył ją wszystkiego, co trzeba znać w tej branży. Kłopot polegał jednak na tym, że miał zaledwie trzydzieści kilka lat i zajęcie stanowiska po nim było kwestią co najmniej trzech dekad. Innymi słowy, szanse awansu były odległe.
– To nie tylko kwestia mojej posady – powiedziała poważnie. – Są inne przeszkody. Nie wiem, czy dałabym sobie radę z uruchomieniem tych kursów. Jestem wprawdzie dobrą organizatorką, ale to za mało. Potrzebny jest czas i kapitał, którego nie mam. Głównie kapitał, bo remont tej rudery pochłonie spory majątek. Nie wyobrażasz sobie chyba, że ktoś przy zdrowych zmysłach zainwestowałby pieniądze w tak niepewny interes.
– Znam faceta, który nazywa się Allen Frisk. Jest bankierem. Rozmawiałem z nim przed kilkoma tygodniami, moja ty kochana, zielonooka frajerko. Porozum się z nim. Przedstaw mu swoje plany. Może nie uzna twojego projektu za niepewny interes. Przekonaj go. Sądzę, że będzie zainteresowany twoim pomysłem.
Maggie jakby wyrosły skrzydła. Poczuła przypływ energii. W jej głowie kłębiły się tysiące myśli. Była zdumiona, że Mike tak bardzo się dla niej starał. Zdumiona i przerażona zarazem.
Marzyła o tym, żeby wejść w posiadanie tego domu. Przez ostatnie dwa miesiące myślała wyłącznie o tym, jak go wyremontować, jak założyć w nim kwitnące przedsiębiorstwo. Wszystko komplikowało się jeszcze z powodu jej stosunku do Mike'a. Nie mogła myśleć o domu nie myśląc jednocześnie o nim.
Przez cały dzień nie rozstawali się ani na chwilę i było im bardzo dobrze. Głupia zabawa w poszukiwanie skarbu służyła Maggie wyłącznie jako pretekst do robienia czegoś razem z Mikiem. Pragnęła zgromadzić wspomnienia na całą długą mroźną zimę, zakodować w pamięci dźwięk jego śmiechu. Przecież nie było w tym nic złego?
A może tak, pomyślała ze smutkiem. Przyznała w duchu, że jest w nim zakochana, że jego bliskość wywoływała w niej nadzieję na wzajemność. Bo przecież lanelli był dla niej naprawdę miły. No i gotowy iść z nią do łóżka. Ale od tego do miłości było bardzo daleko.
– Flannery, czy długo będę czekał?
Maggie wyprostowała się.
– Na co?
– Na odrobinę szczerości.
Jego ciemne oczy wpatrywały się w nią przenikliwie. Co mu odpowiedzieć? Mike był z nią szczery, to pewne. Ale co mu powiedzieć? Spędzili ze sobą dwie wspaniałe noce. Ale czy to powód, żeby sobie wmawiać dozgonną miłość?
Maggie zabrała się znów do opukiwania klepek podłogi. Natrafiła na luźną deseczkę, zaraz potem na drugą. Mike błyskawicznie znalazł się przy niej.
– Nie róbmy sobie nadziei. To na pewno jeszcze jeden pusty schowek.
– Nie szkodzi.
– Zabieraj ręce. Wsunę tam łom.
– Przyciąłeś mi palec.
– Pokaż.
– Nieważne. Podważaj deskę.
Schowek miał ponad pół metra głębokości i wyłożony był, podobnie jak dwa pozostałe, miedzianą blachą. Tyle że nie był pusty. W pięć minut później Mike podał Maggie zieloną butelkę. Po chwili tuzin zielonych butelek szampana zapełniło parapet dużego okna.
– Może to i lepsze od sztab złota? – zauważyła Maggie bez większego przekonania.
– Ten szampan jest na pewno do niczego. Tyle lat pod podłogą, przy takich zmianach temperatury.
Maggie wzruszyła ramionami.
– Skrytka była dobrze izolowana, a każda butelka szczelnie zapakowana. Pamiętaj, że dziadkowie byli ekspertami od ukrywania alkoholu.
– Otwórzmy jedną i zobaczmy.
Podał jej rękę i pomógł się podnieść. Stanęła przed nim. Spojrzała mu w oczy. Poczuła na sobie jego ciepły oddech, jego dużą ciepłą rękę na plecach.
Zapanowała cisza. Przez cały dzień śmiali się i gadali, a teraz nie potrafili wymówić ani słowa.
– Wypijemy za twój skarb, Maggie – odezwał się wreszcie Mike. – A potem za to, by twoje plany się ziściły.
– Dobrze – wymknęło jej się mimo woli.
– Nie zmienisz zdania?
– Jeżeli powrócisz na ziemię w następnym wcieleniu, to na pewno w charakterze borsuka. Nie, zdania nie zmienię.
– Jesteś pewna?
– Wiem, że to szaleństwo.
Maggie zamknęła oczy.
– Mogłabym zwrócić się do banku dopiero za trzy miesiące. Muszę mieć dokładny kosztorys doprowadzenia tej posiadłości do porządku. Bank na pewno zażąda dowodów na to, ze moje przedsięwzięcie ma szansę powodzenia, więc potrzeba mi będzie trochę czasu na skontaktowanie się z wieloma organizacjami…
Mike uśmiechnął się od ucha do ucha. Było jasne, że Maggie od dawna zastanawia się nad możliwością zatrzymania tego domu dla siebie.
– Zdążysz ze wszystkim do sierpnia – zapewnił ją.
– To wykluczone – westchnęła.
Co za uparciuch z tego Mike'a. Nie warto się z nim sprzeczać. Ubzdurał sobie, że ona potrafi czynić cuda, i nie ma siły, by go przekonać, że jest w błędzie.
– Przyrzekam ci, ze kiedy będziesz miała wszystkie dane, opracuję ci kosztorys. Zastanów się po prostu dokładnie, co chcesz tu zrobić…
– Ianelli?
– Słucham?
– Czy moglibyśmy na minutę zapomnieć o tej sprawie?
– Za bardzo naciskam? – zapytał ze skruchą.
– W poprzednim wcieleniu musiałeś być walcem drogowym. Gdzie moja butelka?
Siedzieli na brzegu rzeki. Mike przyniósł pled, puszkę solonych orzeszków oraz butelkę szampana. Popijali, wpatrywali się w niebo. Byli odprężeni, weseli.
Słońce odbijało się w leniwie płynącej wodzie. Ptaki były zbyt gnuśne, by przerwać poobiednią drzemkę, tylko wiewiórki opuszczały swoje dziuple, ponieważ Mike rzucał im orzeszki. Wiał słaby, ciepły wiatr, poruszając łagodnie gałęziami drzew. Być może często bywały takie wiosenne dni, ale Maggie ich sobie nie przypominała.
Piła i przyglądała się Mike'owi spod półprzymkniętych powiek. Uśmiechał się z zadowoleniem.
– Wiesz, co ci powiem? – odezwała się w pewnym momencie Maggie. – Najlepsza rzecz w szampanie to nie jego smak ani nie żaden „bukiet" czy bąbelki, ale możliwość popijania go w pełnym świetle dnia, prosto z butelki. Czy wyobrażasz sobie większą degrengoladę?
Читать дальше