— W jakiś sposób zostali sparaliżowani — rzekł z trwogą Kith-Kanan. — To działanie złej magii!
— Dlaczego więc my również nie jesteśmy sparaliżowani? — spytał Mackeli, jednak Kith-Kanan nie znał odpowiedzi na jego pytanie.
Pomiędzy rzędem namiotów poruszyły się cieniste sylwetki, a na obnażonych ostrzach mieczy zalśniło krwistoczerwone światło. Kith-Kanan i Mackeli przykucnęli z tyłu namiotu. Ukryte w cieniu postaci podeszły bliżej. Było ich pięć. Patrząc na ich ubrania, rysy twarzy i kolor skóry, Kith-Kanan zgadywał, że są to Kagonesti. Chwilę później przyłożył palec do ust, ostrzegając Mackeliego, by ten zachował spokój.
Kagonesti zbliżyli się do namiotu, w którym jeszcze kilka minut temu spali obaj mężczyźni, — To ten namiot? — syknął jeden z nich.
— Tak — odparł ten, który stał na czele grupy. Jego twarz naznaczona była licznymi bliznami, a w miejscu lewej dłoni tkwił upiornie wyglądający metalowy hak.
— Zakończmy to i wynośmy się stąd — odezwał się trzeci Kagonesti. Ten z hakiem zamiast ręki warknął gardłowo.
— Nie spiesz się tak — poradził. — Mamy mnóstwo czasu na zabijanie i wypełnienie naszych kieszeni.
Na migi Kith-Kanan nakazał Mackeliemu okrążyć obóz i zajść zabójców od tyłu. Bosy i odziany jedynie w spodnie chłopiec zniknął niczym duch. Wówczas Kith-Kanan stanął na równe nogi.
Hakowata Ręka rozkazał właśnie swym ludziom otoczyć namiot księcia. Chwilę później zabójcy przecięli liny i kiedy płócienny stożek bezszelestnie runął na ziemię, pięciu z nich rzuciło się ku niemu, tnąc i dźgając zwiotczały materiał.
Nagle z donośnym krzykiem Mackeli niczym burza wybiegł ze swej kryjówki, brawurowo atakując przeciwników. Pierwszego z nich przeszył na wylot w chwili, gdy Kagonesti odwracał się, by stanąć z nim twarzą w twarz. Widząc to, Kith-Kanan zacisnął zęby. Mackeli zaatakował za szybko, tak wiec książę musiał również przystąpić do walki. Krzycząc, Kith-Kanan wdarł się na pole bitwy i już przy pierwszym starciu pokonał uzbrojonego w maczugę zabójcę. Hakowata Ręka kopnął rozerwane płótno namiotu, aby wyswobodzić nogi.
— To on, chłopcy! — bzyknął, wycofując się. — wykończcie ich!
Z pięciu zbirów zostało już teraz tylko trzech. Dwóch z nich ruszyło ku Mackeliemu, zostawiając Kith-Kanana Hakowatej Ręce. Poznaczony bliznami elf ciął i atakował ze śmiertelną zręcznością. Chwyciwszy swym hakiem kawałek liny, smagnął nim w kierunku księcia i zawiązana na supeł końcówka smagnęła policzek Kith-Kanana. Mackeli nie radził sobie najlepiej z dwoma przeciwnikami, którzy już dwukrotnie zdołali ranić jego lewe kolano i prawe ramię. W upiornym, karmazynowym blasku widać było lśniący na czole chłopca pot. Kiedy stojący po lewej stronie zabójca pchnął mieczem prosto w Mackeliego, chłopiec wyrzucił do przodu własne ostrze, wbijając je w pierś przeciwnika. Uczucie triumfu trwało jednak krótką chwilę i zanim młodzieniec zdołał uwolnić swą broń, drogi z zabójców zadał śmiertelny cios. Zimna stal dotknęła serca Mackeliego i chłopiec osunął się na ziemię.
— Mam go! — wrzasnął zwycięsko zabójca. Jasne, głupcze, ale to nie jest książę.
Oto on! Pomóż odkrzyknął bez tchu Hakowata Ręka. Jednak Mackeli ostatkiem sił zdołał podźwignąć się z ziemi i ugodził swego przeciwnika w nogę. Krzycząc, Kagonesti runął na ziemię. Upadając, wpadł na plecy swego dowódcy, przez co Hakowata Ręka stracił równowagę, chwila nieuwagi była wszystkim czego potrzebował Kith-Kanan. Ignorując tnącą powietrze linę, książę zbliżył się do przeciwnika i wbił swoje ostrze w ciało zabójcy.
Hakowata Ręka wydał z niebie powolny, świszczący jęk i martwy runął na ziemię.
Mackeli leżał bez ruchu, twarzą do ziemi. W wyciągniętej prawej ręce chłopca wciąż spoczywał miecz. Kith-Kanan natychmiast rzucił się ku przyjacielowi, delikatnie odwrócił go na plecy i poczuł w sercu gwałtowny uścisk. Naga pierś Mackeliego umazana była krwią.
— Powiedz coś, Keli! — błagał, — Nie umieraj! Oczy Mackeliego były otwarte. Chłopiec spojrzał na Kith-Kanana i przedziwny grymas pojawił się w kąciku jego ust.
— Tym razem... nie mogę cię posłuchać, Kith — odparł słabym głosem. Życie opuściło ciało chłopca wraz z ostatnim, drżącym westchnieniem, podczas gdy oczy Mackeliego wciąż wpatrywały się w przyjaciela niewidzącym wzrokiem.
Ciałem Kith-Kanana wstrząsnęło bolesne łkanie. Książę przytulił do siebie Mackeliego i zapłakał. Jakaż to klątwa ciążyła nad jego życiem? W jaki sposób obraził bogów? Teraz odeszła cała jego leśna rodzina. Wszyscy odeszli. Książęce łzy zmieszały się z krwią Mackeliego.
Rozpacz Kith-Kanana przerwał nagły dźwięk; jęk zabójcy, którego Mackeli ugodził w nogę. Kith-Kanan złożył ciało chłopca na ziemi i delikatnym muśnięciem dłoni zamknął jego oczy. Chwilę później z dzikim warknięciem chwycił rannego najemnika za tunikę i brutalnym szarpnięciem postawił go na nogi.
— Kto was wysłał? — warknął. — Kto wysłał was, abyście mnie zabili?
— Nie wiem — wydyszał elf, z drżeniem opierając się na rannej nodze. — Litości, wielki panie! Jestem tylko zwykłym najemnikiem!
Słysząc to, Kith-Kanan potrząsnął mordercą. Jego twarz przypominała teraz odrażającą, pełną gniewu maską.
— Chcesz litości? Oto litość: — powiedz mi, kto was wynajął, a podetnę ci gardło. Nie mów nic, a umieranie zabierze ci dużo więcej czasu!
— Powiem, powiem! — bełkotał przerażony elf. Kith-Kanan cisnął go na ziemie. Emanujące z ognistej światło gwałtownie przybrało na sile i elf, krzycząc, zasłonił twarz ramieniem. Kith-Kanan odwrócił się w samą norę, aby zauważyć pędzącą w ich stronę kulę ognia. Z chwilą gdy książę umknął w bok, płomienny pocisk rozbił się o ciało rannego elfa. W nocnej ciszy dało się słyszeć donośny trzask pioruna i płomienna kula eksplodowała.
Wzrok i słuch powoli wróciły Kith-Kananowi, podczas gdy obozem po raz kolejny zawładnął nieprzenikniony mrok. Książę uniósł głowę i zauważył, że siła ognistego wybuchu przypaliła jego prawe ramię i nogę. Ranny elf zniknął, jak gdyby nigdy nie istniał.
Mackeli został pochowany w prostym grobie nad brzegami rzeki Khalkist. Zwyczajem elfich wojowników Dzicy Biegacze złożyli na piersi chłopca jego miecz. Zamiast tabliczki Kith-Kanan zasadził u wezgłowia mogiły pęd dębu, który odciął niegdyś z drzewa Anayi. Przez cały ten czas gałązka zachowywała swą soczystą zieleń i książę był pewien, że wyrośnie z niej piękne drzewo, a Mackeli i Anaya jeszcze raz zostaną połączeni w innym życiu.
Kiedy zwijano obóz. Kith-Kanan musnął palcami ozdabiający mały palce jego lewej reki niewielki pierścień. Był to pierścień, który Silvanos podarował swemu wielkiemu generałowi Balifowi w czasie Smoczej Wojny. Sithel przekazał go synowi jako pożegnalny prezent, owijając swój dar w jedwabną, czerwoną chustkę. Kith-Kanan z dumą nosił ów podarunek, choć teraz zastanawiał się, czy to nie on stał się niezamierzoną zapowiedzią tragedii. Koniec końców, Balif został zamordowany przez swych rywali, wysoko postawionych elfów, którym z całą pewnością nie podobał się wpływ, jaki kenderzy wywierali na Silvanosa. Teraz podobna zdrada dotknęła Kith-Kanana, odbierając mu młodego przyjaciela.
W ponurych nastrojach Dzicy Biegacze starannie zwinęli swe namioty. Kiedy przygotowania do wymarszu dobiegły już końca, starszy kapitan — Kagonesti o imieniu Piradon — przyszedł do Kith-Kanana.
Читать дальше