— Kto zdobył głowę? — spytał Sithas.
Shenbarrus. To on przelał pierwszą krew, więc trofeum należało się jemu — odparł ciepło Mówca.
Kith-Kanan wielokrotnie był w domu ojca Hermathyi i widział zawieszony nad kominkiem w pokoju jadalnym łeb dzika. Teraz pomyślał o starym Shenbarrusie ukłutym W „tył swej szaty" i po raz kolejny wybuchnął donośnym śmiechem.
Zanim dotarli do pogrążonej w mroku ściany drzew, niebo nad ich głowami pojaśniało delikatnym różem. Drużyna rozciągnęła swe szyki wystarczająco szeroko, by każdy z jej uczestników miał pełną swobodę ruchów, jednak na tyle blisko, aby widzieli swych towarzyszy. Ustały wszelkie czcze rozmowy.
Za plecami myśliwych wschodziło słońce, kładąc pomiędzy drzewami długie cienie. Kith-Kanan pocił się w swej bawełnianej tunice i co rusz wycierał twarz rękawem. Z przodu, po lewej stronie jechał jego ojciec. Parnigar niedaleko za mi, po prawej.
Otaczający Kith-Kanana las przywołał wspomnienie Anayi. Książę zobaczył ją ponownie, gibką i pełną życia, przemykającą pośród drzew cicho niczym duch. Pamiętał jej szorstkie zachowanie, jej łagodny spokój i to, jaka była, kiedy trzymał ją w swych ramionach. To pamiętał najlepiej.
Ulewne letnie deszcze zmyły piaszczystą leśną ziemię, pozostawiając w niej dziury i wystające korzenie. Kith-Kanan pozwolił swemu rumakowi wybierać drogę, jednak zwierzy błędnie oceniło leśne podszycie i wpadło w dziurę. Koń potknął się i odzyskał równowagę, jednak Kith-Kanan zachwiał się w siodle i runął na ziemię. Spadając, uderzył plecami w złamany pień młodego drzewa i ogłuszony leżał przez chwilę bez tchu.
Kiedy w końcu odzyskał jasność umysłu, zobaczył pochylającego się nad nim Parnigara.
— Wszystko w porządku, panie? — zapytał z troską stary sierżant.
— Tak, jestem tylko trochę oszołomiony. Co z moim koniem?
Zwierzę siało w odległości zaledwie kilku jardów, skubiąc mech. Jego prawa przednia noga uginała się boleśnie nad ziemia.
Parnigar pomógł Kith-Kananowi stanąć na nogi, w chwili gdy obok przejeżdżał ostatni z myśliwych. Jadący na samym końcu Kencathedrus zapylał, czy mężczyźni potrzebowali pomocy.
— Nie — odparł pospiesznie Kith-Kanan. — Jedź dalej. Ja zaopiekuję się moim koniem. — Niższa część nogi zwierzęcia była posiniaczona, jednak ostrożne i delikatne traktowanie mogło ocalić rumaka przed kalectwem. Parnigar zaoferował Kith-Kananowi własnego konia, tak aby książę mógł jeszcze dogonić pozostałych uczestników polowania. — Nie, sierżancie. Dziękuję. Są już zbyt daleko. Jeśli ruszę za nimi galopem, spłoszę wszelką zwierzynę w okolicy. — Po tych słowach Kith-Kanan przytknął dłoń do obolałych pleców.
— Czy mam zostać z tobą, panie? — spytał Parnigar.
— Wołałbym, abyś został. Być może będę zmuszony wracać do Sithelbec piechotą. — Ból w plecach odezwał się ponownie i książę wykrzywił twarz.
Wieść o tym, że Kith-Kanan wycofaj się z polowania, jak burza pomknęła do przodu, docierając do wszystkich uczestników wyprawy. Mówca wyraził żal, że jego młodszy syn nie weźmie udziału w łowach. Dzień byt jednak wyjątkowy i nie można było odwołać polowania.
Sithel kluczył między drzewami, wybierając swą drogę tak, aby najlepiej odpowiadała jego rumakowi W kilku miejscach Mówca zatrzymał się, badając uważnie mech i pokrywające ścieżkę błoto. Bez wątpienia był na tropie dzikiej świni.
Było gorąco, jednak elfy z radością witały taką pogodę, jako że była ona milą odmianą od panującego w Pałacu Quinari i Wieży Gwiazd wiecznego chłodu. Podczas gdy Silvanost był bez ustanku nękany orzeźwiającymi wiatrami, panujący na równinach upał sprawił, że ciało Sithela zdawało się lżejsze, bardziej gibkie, a jego umysł jaśniejszy. Delektując się uczuciem wolności, władca popędził konia.
Chwilę później z daleka rozległ się dźwięk myśliwskiego rogu. Takie rogi oznaczały obecność ludzi, a ci oznaczali obecność psów. Jak gdyby w odpowiedzi Sithel usłyszał odległe szczekanie. Elfy nigdy nie używały psów; a ludzie rzadko zapuszczali się do lasu bez nich. Sithel przypuszczał, że czynili tak, ponieważ ich wzrok i słuch były lak skąpe, że ludzie potrzebowali psów; aby wpaść na trop jakiejkolwiek zwierzyny.
Rogi i psy z pewnością przepłoszą każdego dzika w okolicy. Prawdę powiedziawszy, psy wypłoszą z kryjówki niemalże wszystko — dzika, jelenia, zające, lisy. Sithel umocował swą lancę z powrotem w strzemieniu i zaczął węszyć w powietrzu. Ludzie byli tacy niesportowi.
W zaroślach za plecami Mówcy i po jego prawej stronie dał się słyszeć nagły hałas. Sithel zawrócił konia, pochylił koniec lancy i dźgnął nim gęste krzewy. Spoza zielonych liści wybiegł, wrzeszcząc przeraźliwie, dziki wieśniak. Śmiejąc się, Mówca uspokoił tańczącego niespokojnie konia.
Kiedy zagrał róg, Sithas i dworzanin o imieniu Timonas byli wystarczająco blisko, by widzieć siebie nawzajem. Książę, podobnie jak jego ojciec, natychmiast zrozumiał, że dźwięk ten oznaczał w lesie obecność ludzi. Myśl ta wypełniła Sithasa niepokojem. Młodzieniec ściągnął wodze i obrócił konia, wyglądając innych uczestników wyprawy. Jednak jedynym którego zdołał dostrzec, był Timonas.
— Widzisz kogoś? — zawołał Sithas. Chwilę później dworzanin odkrzyknął, że na horyzoncie nie było nikogo innego.
To spotęgowało tylko obawy Sithasa. Nie umiał tego wytłumaczyć, jednak miał przeczucie czyhającego niebezpieczeństwa. W upale letniego poranka księciem Silvanostu wstrząsnęły dreszcze.
— Ojcze! — zawołał — Mówco, gdzie jesteś?
Jadący z przodu Sithel decydował się zawrocie. Każdy dzik, który wart był zachodu, już dawno opuścił te lasy, przegnany przez ludzi. Mówca zawrócił konia i z niewielkiej odległości usłyszał kolejne wołanie Sithasa.
— Och, przestań krzyczeć — mruknął poirytowany. — Już jadę.
Doganiający go Sithas przedarł się przez plątaninę winorośli i młodych wiązów. Uczucie niepokoju nie opuszczało go nawet wówczas, gdy gnał konia w kierunku Mówcy. Wówczas, kątem oka, dostrzegł zawieszony na cedrowym drzewcu błysk metalu.
Chwilę później jego oczom ukazała się tnąca powietrze strzała.
Zanim Sithas zdołał wydać a siebie krzyk, strzała trafiła Sithela w lewy bok, tuż pod żebrami. Mówca Gwiazd upuścił lancę i wciąż siedząc w siodle, runął do przodu. Spod strzały natychmiast rozlała się plama szkarłatu, która powoli spływała po nogawce Sithelowych spodni. Z lewej strony Sithasa pojawił się Timonas. — Zaopiekuj się Mówcą! — ryknął Sithas. Sam uderzył wodzami bok konia i rzucił się w gąszcz cedrowych drzew, rozdzierając zieloną zasłonę opuszczoną do ataku lancą. Wszystkim, co zauważył, była migająca, biała twarz, po czym książę opuścił drzewce lancy na głowę łucznika. Mężczyzna natychmiast runął twarzą do przodu.
Chwilę później w pobliżu pojawił się jeden z towarzyszących myśliwym królewskich strażników.
— Tutaj! Pilnuj tego człowieka! — krzyknął do niego Sithas, wracając do miejsca, gdzie Timonas podtrzymywał w siodle rannego Mówcę. — Ojcze... — zdyszanym głosem szepnął Sithas. — Ojcze...
Mówca spojrzał na niego z wypisanym na twarzy niemym szokiem. Nie mogąc wydusić z siebie nawet słowa, wyciągnął ku synowi zakrwawioną dłoń.
Z wielką ostrożnością Sithas i Timonas położyli władcę na ziemi. Dookoła nich gromadzili się pozostali uczestnicy polowania. Dworzanie sprzeczali się, czy należy wyjąć strzałę, jednak Sithas uciszył ich wszystkich, pozwalając, by Kencathedrus przyjrzał się ranie.
Читать дальше