— W większości przypadków dobrze, ojcze. Straż okazała się niezwykłym sukcesem. Akty grabieży ustały i do pewnego czasu wszyscy, których spotykaliśmy, byli po naszej strome.
Sithel położył berło na zgięciu ramienia.
— Do pewnego czasu? — spytał, marszcząc brew.
— Tak. Mieszkańcy lasów nie są chętni naszej pomocy. Wierzę jednak, że w końcu oni także przejdą na naszą stronę.
Rumak Mówcy potrząsnął głową i tańcząc powoli, zatoczył półkole. Natychmiast u boku Sithela pojawił się stajenny, który przytrzymał uzdę, podczas gdy Sithel pieszczotliwie poklepał śnieżnobiałą szyję zwierzęcia.
— Chciałbym usłyszeć o tym nieco więcej — rzekł z powagą, Kith-Kanan odebrał uzdę z rąk stajennego i poprowadził ojcowskiego rumaka w kierunku niedokończonej fortecy.
Ogromna formacja żołnierzy i dworzan rozproszyła się i na równinie, a także wokół palisady Sithelbec, wyrosło prawdziwe miasto namiotów. Mówca przeniósł do ukończonej części wieży, podobnie jak Sithas. Tam na chropowatym stole z zielonych dębowych desek. Kith-Kanan podał obiad i opowiedział o problemach z zaufaniem ze strony leśnych elfów.
— Cóż za zuchwalstwo — narzekał zajadle Sithas. — Uważam, że powinieneś tam iść i wyciągnąć tych drani siłą.
Kith-Kanan nie mógł uwierzyć własnym uszom. — I na zawsze uczynić z nich śmiertelnych wrogów, Sith? Znam Kagonesti. Ponad wszystko cenią sobie wolność i nie poddadzą się, nawet gdyby przyłożyć do ich gardła miecz. Dopóki nic zechcemy spalić całego lasu, nigdy nie zdołamy ich wypłoszyć. To ich żywioł; znają każdy jego zakątek. Jednak przede wszystkim to ich dom.
Nastała chwila ciszy, którą niebawem przerwał Sithel. — Jak polowania? — spytał uprzejmie.
— Znakomicie — odparł Kith-Kanan, zadowolony ze zmiany tematu. — Lasy aż roją się od zwierzyny, ojcze.
Przez chwilę dyskutowali o życiu w mieście. Lady Nirakina i Tamanier Ambrodel wciąż wkładali wiele wysiłku w pomoc bezdomnym. Budowa nowego targowiska została niemalże ukończona. Biorąc pod uwagę obfitość zbliżających się zbiorów, podjęto decyzję o opodatkowani nowego, rozbudowanego targowiska, tak aby poradzić sobie z ilością towarów.
— Jak Hermathya? — spytał uprzejmie Kith-Kanan. Sithas wzruszył ramionami.
— Tak dobrze jak zawsze. Wydaje zbyt dużo pieniędzy i wciąż pragnie adoracji ze strony prostego ludu.
Następnie mężczyźni poczynili plany co do polowania na dzika, które miało się odbyć następnego dnia. Miała brać w nim udział zaledwie kilkuosobowa grupa — Mówca, Sithas. Kith-Kanan, Kencathedrus, inny członek królewskiej straży, Parnigar i pól tuzina uprzywilejowanych dworzan. Uzbrojeni w lance myśliwi mieli spotkać się o poranku i wyruszyć do lasu. Postanowiono także, że polowanie odbędzie się bez udziału naganiaczy czy też myśliwskich psów, jako że Mówca uważał takie środki za niesportowe.
Choć słońce nie wzeszło jeszcze w pełni, w powietrzu dało się wyczuć poranny żar zapowiedź kolejnego, dusznego dnia. Kith-Kanan stał przy niewielkim ognisku w towarzystwie Parnigara, posilając się chlebem i owsianką. Sithas i Sithel opuścili wieżę, obaj odziani w szarobrązowe ubrania myśliwskie.
— Dzień dobry — rzekł energicznie Kith-Kanan.
— Zapowiada się upalny dzień — ocenił pogodę Sithel. U jego boku bezgłośnie pojawił się służący, niosąc w dłoniach filiżankę chłodnego jabłecznika. Drugi służący zaoferował to samo Sithasowi.
Chwilę później pojawili się dworzanie, z których twarzy można było wyczytać, że czują się wyraźnie nieswojo w pożyczonych ubraniach łowieckich. Kencathedrus i Parnigar prezentowali się zdecydowanie lepiej. Dowódca — wyraźnie rozbudzony i przez lata przyzwyczajony do wstawania przed świtem — z wdziękiem opierał się na swej lancy. Drużyna łowiecka zjadła śniadanie w ciszy, przeżuwając chleb i ser, jedząc w pośpiechu owsiankę i przepijając wszystko jabłecznikiem.
Jako pierwszy skończył Sithel. Mówca podał służącemu pustą filiżankę i talerz, a następnie wziął lancę z prawdziwej piramidy broni, którą wystawiono tuż przed wieżą.
— Do koni — ogłosił. — Zwierzyna czeka! Mówca Z łatwością dosiadł konia i trzymając w dłoni długą, jesionową lancę, zatoczył ponad głową szeroki łuk. Kith-Kanan nie mógł zrobić nic, jak tylko uśmiechnąć się do ojca, który pomimo swego wieku i powagi miał więcej doświadczenia z koniem i bronią niż którykolwiek ze zgromadzonych, może z wyjątkiem Kencathedrusa i Parnigara.
Sithas był dobrym jeźdźcem, mimo to bezskutecznie szarpał się z lancą i wodzami. Dworzanie, bardziej nawykli do luźnych szat i surowego protokołu, z przerażeniem kiwali się w swych siodłach. Zdenerwowane zwierzęta rozsierdziły się jeszcze bardziej, widząc kiwające się i tańczące przed ich oczami lance.
Formując trójkąt z jadącym na czele Sithelem, drużyna ruszyła w kierunku oddalonego o pół mili lasu. Wysokie trawy wciął były jeszcze mokre od porannej rosy. Zewsząd dochodził dźwięk cykających świerszczy, która milkły wraz z nadejściem koni. Na zachodnim horyzoncie wciąż było jeszcze widać srebrny pierścień Solinari.
Na lewo od Sithela jechał Sithas, podczas gdy Kith-Kanan, który wetknął trzonek swej lancy w strzemię, podróżował na prawo od Mówcy. Jechali lekkim kłusem, nie chcąc przedwcześnie zmęczyć koni. Jeśli udałoby się im wypłoszyć dzika, będą potrzebowali całej siły, jaką da się wykrzesać z ich rumaków.
— Nie polowałem od sześćdziesięciu lat — rzekł Sithel, oddychając głęboko porannym powietrzem. — Kiedy byłem w waszym wieku, wszyscy młodzieńcy musieli zdobyć głowę dzika i zawiesić ją na ścianie w holu swego klanu, aby pokazać wszystkim, jak bardzo są męscy. — Sithel uśmiechnął się. — Wciąż pamiętam, jak upolowałem swego pierwszego dzika. Shenbarrus, ojciec Hermathyi, i ja zwykliśmy udawać się na moczary u ujścia Thon-Thalasu. Bagienne dziki miały reputację najgroźniejszych spośród najgroźniejszych, a my myśleliśmy, że będziemy najsłynniejszymi myśliwymi w Silvanoście, jeśli wrócimy do domu z takim trofeum. Shenbarrus był w tamtych dniach dużo szczuplejszy i aktywny. Obaj udaliśmy się w dół rzeki łodzią. Dobiliśmy do brzegów wyspy Fairgo i natychmiast zaczęliśmy tropić ogromną zwierzynę.
— Byliście pieszo? — spytał z niedowierzaniem Kith-Kanan.
Nie mogliśmy zabrać koni na wyspę, synu. Tereny był tam zbyt bagniste. Tak więc Shenbarrus i ja przemierzaliśmy najeżone kolcami zarośla, uzbrojeni we włócznie i mosiężne puklerze. W pewnej chwili straciliśmy się z oczu i zdałem sobie sprawę, że jestem sam na mokradłach, a z otaczających mnie chaszczy dobiega złowieszczy szelest Zawołałem: „Shenbarrusie! Czy to ty?" Nie było jednak odpowiedzi. Zawołałem ponownie; wciąż cisza. Do tego czasu byłem już pewien, że za cały ten hałas odpowiedzialny był dzik. Uniosłem wysoko włócznię i pchnąłem nią przez gęste zarośla. Chwilę później usłyszałem wrzask, jakiego nie słyszał nigdy żaden z żyjących elfów, a z kolczastych zarośli wypadł na otwartą przestrzeń Shenbarrus. Dziabnąłem go w, hmm, tył jego szaty.
Kith-Kanan roześmiał się. Sithas także wybuchnął śmiechem, po czym spytał:
— Czyli nigdy nie upolowałeś swego bagiennego dzika?
— Ależ upolowałem! — odparł Sithel. — Wrzaski Shenbarrusa wypłoszyły z krzaków potężnego odyńca, który ruszył wprost na nas. Pomimo bolesnej rany Shenbarrus uderzył jako pierwszy. Dzik rzucał się i szalał po polanie. Wówczas ja chwyciłem swą włócznię i wykończyłem bestię.
Читать дальше