— Wasza Wysokość, wszystko już przygotowane ogłosił.
Kith-Kanan przyjrzał się twarzy elfa. Jak wszyscy służący w królewskiej straży Kagonesti, Piradon nie malował swej skóry. Dzięki temu jego twarz zdawała się naga.
— Bardzo dobrze — odparł beznamiętnie. — Zwykłe, czteroosobowe kolumny, a do tego chcę zwiadowców z przodu, z tyłu i na obu flankach. Nikt nie zaskoczy nas po raz kolejny.
Kith-Kanan włożył stopę w strzemię i przerzucił nogę ponad końskim grzbietem. Smagnął wodzami zad Kijo i pocwałował w dół drogi. Złoty pierścień Balifa uciskał jego palec, sprawiając, że czuł dudniące w koniuszku palca oszalałe tętno. Wówczas zdecydował, że uczucie to pozostanie z nim już zawsze, aby wciąż przypominać mu o śmierci Mackeliego i jego własnej wrażliwości.
27
Środek lata, rok Barana
Pozbawiony Anayi i Mackeliego, Kith-Kanan rzucił się w wir obowiązków z pasją tak wielką, ze zadziwiłaby ona tych, którzy znali go jako niedojrzałego, egocentrycznego młodzika. Poganiał swych wojowników tak mocno, jak poganiał samego siebie, i w przeciągu tygodni sprawił, że siali się oni szybko myślącą i szybko reagującą siłą.
Minęły dwa miesiące. Na równiny dotarł środek lata, przez co dni stały się niezwykle upalne. W ciągu dnia gwałtowne burze nawiedzały rozgrzane równiny i zielone lasy, karmiąc spragnioną ziemię, która teraz tętniła życiem. Porastająca równiny trawa stała się lak wysoka, że sięgała ramion dorosłych elfów, tak więc uzbrojeni w kosy pasterze zmuszeni byli dwa razy w tygodniu torować sobie w niej drogę. Pnącza i gałęzie dławiły leśne ścieżki, utrudniając podróżowanie, jednak Dzicy Biegacze byli zbyt zajęci, aby narzekać. Wysokie, spiętrzone chmury, niczym utkane białego dymu zamki, przepływały ze spokojem nad ich głowami, podczas gdy oni wznosili kolejny obóz, który miał dać początek nowej zbrojowni, nazwanej przez Kith-Kanana Sithelbec.
W ciągu ośmiu tygodni na całej równinie powstały posterunki straży, podobne do tego, który budowano teraz, podczas gdy osadnicy rozmaitych ras przybywali tłumnie, by wstąpić w szeregi Dzikich Biegaczy. Ludzie, elfy, kenderzy, krasnoludy — wszyscy mieli już dość bycia ofiarami i przedmiotem kaprysów wędrownych rabusiów. Kapitanowie i sierżanci Dzikich Biegaczy uczyli ich, jak walczyć piką i tarczą, pokazując przy tym, jak stawić czoło konnym zbójcom. Wszędzie tam, gdzie zatrzymywały się siły Kith-Kanana, powstawały zbrojownie. Dzicy Biegacze wznosili przysadziste, kamienne budowle w których przechowywana była broń. Na dźwięk gongu wszyscy zdatni do walki okoliczni mieszkańcy spieszyli do arsenałów i zbroili się. W razie najazdu stacjonujący w pobliżu oficerowie Dzikich Biegaczy mieli poprowadzić ich do walki i pomóc w odparciu ataku.
Na kilka tygodni przed środkiem lata zaprowadzono spokój w południowej i środkowej części równin. W większości, przypadków najeźdźcy nie zostali nawet w pobliżu aby walczyć z nową strażą. Po prostu zniknęli. Mimo to Parnigar — najstarszy z sierżantów — ogłosił, iż jak do tej pory nie jest zadowolony z rezultatów kampanii.
— Jakie wady dostrzegasz? — spytał Kith-Kanan swego zaufanego współpracownika, który od śmierci Mackeliego stał mu się najbliższą osobą. Powiedziałbym, że radzimy sobie dużo lepiej, niż mogliśmy przypuszczać.
— Tak, i w tym właśnie tkwi problem, panie. Najeźdźcy poddali się zbyt łatwo. Nawet nie próbowali stawić nam czoła — odparł Parnigar.
— To tylko dowód na to, że złodzieje nie mają ochoty na uczciwą walkę.
Stary żołnierz uprzejmie pokiwał głową, jednak widać było, że słowa Kith-Kanana w ogóle go nie przekonały. Budowę Sithelbec rozpoczęto od wzniesienia wokół wewnętrznego kamiennego bunkra drewnianej palisady. To tu, na skraju zachodniego lasu, Kith-Kanan planował ustanowić prawo i porządek.
Jeśli chodzi o sam las, propozycja wyglądała znacznie inaczej. W leśnej głuszy mieszkało wielu elfów z plemienia Kagonesti, jednak byli oni śmiali, niezależni i niechętnie widzieli na swej ziemi uzbrojonych żołnierzy. Ich stosunki z ludźmi były dużo lepsze od tych, które łączyły ich z Kagonesti pod dowództwem Kith-Kanana. Co gorsza, żyjące w zachodnich lasach elfy gardziły oferowaną przez księcia pomocą.
— Przed kim potrzebujemy ochrony? — pytały pogardliwie w trakcie spotkania. — Jedynymi najeźdźcami, jakich widzimy, jesteście wy sami. Leśne elfy znieważały Dzikich Biegaczy, plując na ich widok albo ciskając w nich kamieniami i znikając pośród drzew.
Żołnierze Kith-Kanana upierali się, aby wejść do lasu i nawrócić dzikie elfy przy użyciu siły, jednak sam Kith-Kanan nie chciał nawet o tym słyszeć. Ich dotychczasowe sukcesy opierały się na zaufaniu prostych ludzi; jeśli zatem okażą się tyranami, cały wysiłek pójdzie na marne. Potrzeba było czasu, jednak książę wierzył, że w końcu uda mu się pozyskać zaufanie dzikich Kagonesti. Podczas gdy prace nad Sithelbec trwały, Kith-Kanan otrzymał depeszę od swego ojca. Mówca Gwiazd przyjął zaproszenie syna do nowego posterunku. Sithel przybywał w towarzystwie Sithasa oraz karawany strażników i dworzan.
Kith-Kanan przyglądał się depeszy napisanej ręką swego bliźniaka. Świta Sithela była wielka i poruszała się powoli, miną więc przynajmniej dwa tygodnie, zanim dotrze do Sithelbec. Nawet przy tak długim czasie budowa fortecy nie zostanie w porę ukończona. Kith-Kanan nawoływał swych żołnierzy, by robili, co tylko w ich mocy, a mimo to oszczędzali swe siły do walki; nawet jeśli bandyci stali się taką samą rzadkością, jaką był rześki wiatr w czasie parnych i upalnych letnich nocy.
Kiedy na horyzoncie pojawiły się pierwsze sztandary Sithelowej świty, praca wciąż była jeszcze niedokończona. Kith-Kanan zwołał wszystkie patrole i ustawił swych wojowników przed bramami Sithelbec.
Dzicy Biegacze patrzyli z podziwem, kiedy ich oczom ukazać się towarzysząca Mówcy eskorta. Najpierw pojawiło się czterdziestu konnych strażników, uzbrojonych w długie lance. Na szczytach lśniącej broni powiewały silvanestyjskie proporce. Za nimi szła straż honorowa i licząca sześćdziesiąt dwie osoby grupa szlachty, niosąca sztandary klanu Silvanosa, miasta Silvanost, wielkich świątyń, najważniejszych gildii, a także mniejszych silvanestyjskich miast. Szlachcice tworzyli swoisty kwadrat przed — idącymi tuż za nimi — lansjerami. Dalej szedł Sithas w towarzystwie własnej, odzianej w szkarłat i bieli świty. Na samym końcu jechał Mówca Gwiazd, otoczony setką dworzan, z których wszyscy nosili barwy królewskiego domu. Resztę eskorty stanowili pozostali strażnicy, a także załadowane bagażami wozy.
— Na Astarina — mruknął Kith-Kanan. — Czy ktokolwiek jeszcze został w Silvanoście?
Szlachta rozdzieliła swe szeregi, lansjerzy odsunęli się na jedną stronę i na przedzie eskorty pojawił się Sithas.
— Witaj bracie. Czy wszystko w porządku? — spytał następca tronu.
Kith-Kanan wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Nie wszystko — odparł, spoglądając na Sithasa. — Ale radzimy sobie wystarczająco dobrze.
Przywódca Dzikich Biegaczy przeszedł przez kolumny konnych w kierunku swego ojca. Żołnierze, szlachta i dworzanie schodzili mu z drogi, z niemalże mechaniczną precyzją. I tak oto Kith-Kanan ujrzał Sithela, siedzącego na grzbiecie wspaniałego białego rumaka, ze złotym płaszczem udrapowanym wokół końskiego zada. Na czole władcy lśniła korona Silvanosa.
Kith-Kanan złożył ojcu głęboki pokłon.
— Witaj, Wielki Mówco!
— Witaj i ty, mój synu. — Sithel machnął szmaragdowobiałym berłem Silvanosa i Kith-Kanan wyprostował się. — Jak sobie radzisz?
Читать дальше