Kule nadlatywały ze wszystkich stron. Ale Ta-Kumsaw wciąż stał wyprostowany, wołał do swoich ludzi, nakazywał walczyć muszkietami zabranymi Amerykanom poległym w pierwszym ataku. Przez piętnaście minut, które wydawały się wiecznością, Ta-Kumsaw walczył jak szaleniec, a jego Shaw-Nee bili się i padali dookoła. Na jego ciele wykwitały szkarłatne plamy, krew spływała po plecach i brzuchu, ręka zwisała bezwładnie u boku. Nikt nie wiedział, skąd jeszcze bierze siły, tak ciężko był poraniony. Ale ciało miał takie jak inni ludzie i w końcu padł wśród dymów i mroku. Miał wiele ran, a każda z osobna byłaby śmiertelna.
A kiedy padł Ta-Kumsaw, ucichły strzały. Jakby Amerykanie wiedzieli, że muszą zabić tylko jednego człowieka, a złamią ducha Czerwonych — teraz i na zawsze. Kilkunastu ocalałych wojowników Shaw-Nee odczołgało się pod osłoną dymu, by gorzką wieść o śmierci Ta-Kumsawa zanieść do wszystkich wiosek Shaw-Nee, a potem do każdej chaty, gdzie żyli Czerwoni, mężczyźni i kobiety. Wielka bitwa została przegrana. Nie można zaufać Białym, Francuzom czy Amerykanom, i dlatego wspaniały plan Ta-Kumsawa był z góry skazany na kieskę. A jednak Czerwoni mieli pamiętać, że przynajmniej na pewien czas zjednoczyli się pod dowództwem wielkiego człowieka, stali się jednym ludem, śnili o zwycięstwie. Dlatego wspominano Ta-Kumsawa w pieśniach, gdy całe wioski i pojedyncze rodziny wędrowały na zachód, żeby przyłączyć się do Proroka. Wspominali go w opowieściach, przy murowanych kominkach, Czerwoni, którzy ubierali się i pracowali na posadach jak Biali. Pamiętali jednak, że kiedyś żyli inaczej, a największym z Czerwonych lasu był człowiek imieniem Ta-Kumsaw, który zginął, próbując ocalić puszczę i pradawny, skazany na zagładę styl życia.
Nie tylko Czerwoni zapamiętali Ta-Kumsawa. Nawet strzelając do widmowej postaci wśród drzew, amerykańscy żołnierze podziwiali go. Był jak bohater z dawnych czasów. Wszyscy Amerykanie to w głębi serca farmerzy albo sklepikarze; Ta-Kumsaw przypominał Achillesa i Odyseusza, Cezara i Hannibala, Dawida i Machabeusza.
— Nie można go zabić — mruczeli do siebie, widząc, jak trafiają go kule, a jednak nie pada. A kiedy w końcu padł, szukali jego ciała i nie znaleźli.
— Shaw-Nee go odciągnęli — stwierdził Hickory i tym zakończył sprawę. Nie pozwolił im nawet szukać Małego Renegado. Uznał, że biały zdrajca był pewnie równie nielojalny jak Francuzi i wymknął się w czasie walki. Zostawmy ich, powiedział Hicko-ry, a kto chciałby się z nim spierać? Przecież zwyciężył. Raz na zawsze przetrącił grzbiet oporowi Czerwonych. Stary Hickory, Andy Jackson… chcieliby zrobić go królem, ale musiał im wystarczyć prezydent. Lecz i tak nie mogli zapomnieć Ta-Kumsawa. Szeptano, że żyje gdzieś okaleczony i czeka. A gdy ozdrowieje, poprowadzi wielką inwazję zza Mizzipy, z bagien południa albo z jakiejś ukrytej twierdzy w górach Appalachach.
Przez całą bitwę Alvin pracował ze wszystkich sił, żeby ratować życie Ta-Kumsawa. Kiedy kula przebijała ciało, łączył porwane arterie, nie dopuszczając do utraty krwi. Na ból nie miał już czasu, ale Ta-Kumsaw nie dbał o ból. Alvin przykucnął, ukryty pomiędzy stojącym a powalonym drzewem, zamknął oczy i obserwował wodza jedynie wzrokiem wewnętrznym, patrzył na ciało od środka. Nie widział obrazów, które miały przetrwać w legendach. Nie zauważał nawet, że kule osypują go skrawkami liści i drzazgami drewna. Raz nawet pocisk użądlił go w grzbiet lewej dłoni, ale nie spostrzegł tego, tak był skoncentrowany na Ta-Kumsawie.
Ale jednego był pewien: tuż poza polem widzenia czaił się Niszczyciel niby przejrzysty cień, a jego migotliwe palce sunęły przez las. Ta-Kumsawa Alvin potrafił uleczyć, ale kto będzie leczył puszczę? Kto zagoi wyrwę między plemieniem a plemieniem, czerwonym człowiekiem a drugim czerwonym człowiekiem? W ciągu godziny rozpadło się wszystko, co zbudował Ta-Kumsaw, Alvin zaś mógł ocalić tylko jedno życie. Wielkiego, to prawda, człowieka, który zmienił świat, który coś stworzył, nawet jeśli w końcu doprowadziło to do większych cierpień i krzywd. Ta-Kumsaw był budowniczym, ale już ratując go, Alvin wiedział, że dni budowania dobiegły końca. Całkiem możliwe, że Niszczyciel darował Alvinowi życie przyjaciela. Czym był Ta-Kumsaw w porównaniu do tej uczty? Bajarz miał rację, kiedy dawno temu powiedział, że Niszczyciel potrafi rozrywać, przegryzać, kruszyć i zgniatać szybciej, niż ktokolwiek z ludzi zdoła budować.
Przez cały czas Alvin właściwie nie wiedział, gdzie jest Ta-Kumsaw. Zajmował się tylko jego wnętrzem. Wódz okrążał jego kryjówkę jak pies przywiązany do drzewa, nawijający linę na pień, biegający coraz bliżej. I kiedy w końcu zbyt wiele trafiło go kul, kiedy krew popłynęła z dziesiątka ran i Alvin nie zdołał zabliźnić wszystkich, właśnie do jego kryjówki runął Ta-Kumsaw. Padł na chłopca i przydusił go do ziemi.
Alvin prawie nie słyszał, że wokół trwają poszukiwania. Zbyt był zajęty gojeniem ran, zespalaniem porwanych mięśni, łączeniem nerwów i nastawianiem kości. W rozpaczy otworzył oczy i zaczął rozcinać ciało wodza jego własnym krzemiennym nożem, wydłubywać kule i goić te nacięcia. A bez przerwy jakby dym zbierał się nad nimi, tak że nikt nie mógł zajrzeć do niewielkiego zagłębienia, gdzie Alvin ukrywał się przed Niszczycielem.
Chłopiec przebudził się po południu następnego dnia. Ta-Kumsaw leżał obok, słaby i wyczerpany, ale cały. Alvin był brudny, wszystko go swędziało i musiał się wypróżnić. Ostrożnie wysunął się spod Ta-Kumsawa tak lekkiego, jakby był w połowie zbudowany z powietrza. Dym się rozwiał, ale chłopiec wciąż miał wrażenie, że jest niewidzialny. Szedł przed siebie w jasny dzień, ubrany jak Czerwony. Słyszał pijackie śpiewy z amerykańskiego obozu w pobliżu ruin Detroit. Pasma dymu wciąż przesuwały się między drzewami. A wszędzie, gdzie spojrzał, leżały ciała wojowników, rzucone jak trawa na ziemię. Cuchnęło śmiercią.
Alvin znalazł strumyk i napił się, próbując nie myśleć, że jakiś trup może leżeć w wodzie powyżej. Umył twarz i ręce, zanurzył głowę i ochłodził umysł, tak jak w domu po całym dniu ciężkiej pracy. Potem wrócił, żeby obudzić Ta-Kumsawa i przyprowadzić go tutaj; niech się napije.
Ta-Kumsaw był już przytomny. Już stał nad ciałem zabitego przyjaciela. Głowę odchylił do tyłu i otworzył usta, jakby wydawał z siebie krzyk tak głęboki i głośny, że człowiek nie słyszał dźwięku, czuł tylko, jak wibruje ziemia. Alvin podbiegł i objął go, przytulił się jak dziecko, którym był przecież, ale teraz to on musiał pocieszać.
— Zrobiłeś, co tylko możliwe — szeptał. — Nic więcej nie można było zrobić.
Ta-Kumsaw milczał, lecz to milczenie też było odpowiedzią. Jakby mówił: „Żyję, a to znaczy, że mogłem zrobić więcej”.
Odeszli stamtąd tego popołudnia. Nie starali się nawet ukrywać. Niektórzy Biali budzili się potem po przepiciu i przysięgali, że widzieli duchy Ta-Kumsawa i Małego Renegado idące wśród trupów armii Czerwonych. Nikt im nie wierzył. Zresztą, czy to ważne? Ta-Kumsaw nie był już groźny. Runął na nich jak fala, ale powstrzymali ją; zamierzał ich rozbić, ale to oni go złamali, jego ludzi zmienili w wodny pył. I jeśli nawet pozostało jeszcze parę kropel, cóż z tego? Nie mieli już sił. Wszystkie poświęcili na jedno gwałtowne, nieskuteczne uderzenie.
Przez całą drogę do My-Ammy Alvin nie odzywał się do Ta-Kumsawa ani słowem. Ta-Kumsaw również milczał. Razem zbudowali kanoe. Alvin w odpowiednich miejscach zmiękczył drewno, więc nie zajęło im to nawet pół godziny. I drugie pół, żeby wystrugać dobre wiosło. Potem przeciągnęli kanoe na brzeg. Dopiero kiedy do połowy zsunęło się w wodę, Ta-Kumsaw zatrzymał się, odwrócił do Alvina i pogładził go po twarzy.
Читать дальше