— A teraz Biali zbierają się przeciwko nim.
I rzeczywiście, kolejna wiązka nici, cieńsza z początku, poszerzyła się nagle i splątała w supły. Zdaniem Alvina, cała tkanina była ruiną: wszystkie włókna poplątane i nierówne. Kto by nosił koszulę uszytą z czegoś takiego? W dodatku kolory ułożono całkiem przypadkowo, zmieszane razem, nie próbując nawet utkać jakiegoś wzoru czy choćby zachować regularności.
Ta-Kumsaw przyciągnął płótno do siebie. Ciągnął, aż odsłonił miejsce, gdzie wszystkie zielone nici rozluźniały się nagle i potem urywały — przynajmniej większość z nich. Osnowa była tu cienka i rzadka, może jedna nić na dziesięć normalnych. Całkiem jak na łokciu znoszonej koszuli: kiedy człowiek zgina rękę, najwyżej kilkanaście nitek kreśli mu linie na skórze w jedną, a żadna w drugą stronę.
Jeśli te zielone nici oznaczały Prorocze Miasto, trudno nie zgadnąć, co się wydarzyło.
— Chybotliwe Kanoe — szepnął Alvin. Teraz zrozumiał sens tej tkaniny.
Becca pochyliła się i łzy kapnęły na materiał.
Ta-Kumsaw nie uronił ani jednej. Pociągnął znowu. Alvin spostrzegł resztę zielonych nici, te nieliczne, które pozostały z masakry nad Chybotliwym Kanoe. Przesunęły się do krawędzi i zniknęły. Pas tkaniny był teraz węższy. W tym miejscu zaczynało się kolejne zgromadzenie, a nici nie były już zielone. Raczej czarne.
— Czarne z nienawiści — wyjaśniła Becca. — Zbierasz swych ludzi z pomocą nienawiści.
— Czy wyobrażasz sobie wojnę prowadzoną z miłością? — spytał Ta-Kumsaw.
— To właśnie powód, dla którego w ogóle odrzucam wojnę.
— Mówisz jak biała kobieta.
— Przecież nią jest — wtrącił Alvin, według którego Becca miała absolutną rację.
Oboje spojrzeli na niego, Ta-Kumsaw niecierpliwie, Becca z… rozbawieniem? politowaniem? — a potem wrócili do tkaniny.
Wkrótce dotarli do miejsca, gdzie płótno zwisało z listwy, a dalej znikało w krośnie. Przez cały czas czarne włókna armii Ta-Kumsawa przemieszczały się bliżej siebie, łączyły, splatały. A nici niebieskie, żółte i czarne, gromadziły się w innym miejscu, aż tkanina wybrzuszała się okropnie. Była grubsza, ale zdaniem Alvina wcale nie mocniejsza. Jeśli już, to wręcz słabsza. Mniej użyteczna. Mniej pewna.
— Jeśli to potrwa dłużej, materiał nie będzie wiele wart — mruknął chłopiec.
Becca uśmiechnęła się smutnie.
— Nie słyszałam jeszcze rozsądniejszych słów, młodzieńcze.
— Jeśli ten kawałek to mniej więcej historia roku — zauważył Alvin — macie tu zebrane przynajmniej dwieście lat.
Becca przychyliła głowę.
— Więcej.
— Skąd wiecie o wszystkim, co się dzieje, że możecie przedstawiać to w płótnie?
— Och, Alvinie, pewne rzeczy ludzie po prostu robią… nie wiedząc jak.
— A jeśli zmienicie układ nici, czy zdarzy się coś innego?
Alvin pomyślał, że można by starannie przemieścić włókna, rozdzielić czarne nici, rozłożyć je równomiernie, w większych odstępach.
— To nie tak — westchnęła. — To, co tu robię, nie spowoduje żadnego wydarzenia. To mnie zdarzenia odmieniają. Nic na to nie poradzisz, Alvinie.
— Ale przecież dwieście lat temu w tej części Ameryki jeszcze nie było Białych. W jaki sposób tkanina sięga jeszcze dalej?
Westchnęła.
— Isaacu, dlaczego przyprowadziłeś go tutaj, żeby mnie dręczył pytaniami?
Ta-Kumsaw uśmiechnął się.
— Chłopcze, czy nie powtórzysz nikomu? — zapytała. — Nie zdradzisz, kim jestem i co robię?
— Obiecuję.
— Ja tkam, Alvinie. Od niepamiętnych czasów wszystkie moje krewne były tkaczkami.
— Czy tak się nazywacie? Becca Weaver? Mój szwagier, Armor-of-God, miał ojca tkacza i…
— Nikt nie nazywa nas tkaczkami. Jeśli już muszą użyć jakiegoś imienia, mówią… Nie.
Nie chciała mu powiedzieć.
— Nie, Alvinie. Nie mogę składać takiego ciężaru na twoje barki. Ponieważ chciałbyś tu wrócić. Wrócić i zobaczyć…
— Co zobaczyć? — zdziwił się Alvin.
— Jak Isaac. Jemu też nie powinnam nic mówić.
— Przecież dotrzymał tajemnicy. Nigdy nawet słowem o was nie wspomniał.
— Ale nie dochował sekretu przed sobą. Przychodzi, żeby zobaczyć.
— Co zobaczyć? — powtórzył Alvin.
— Jak długie są nici spływające do mojego krosna.
Dopiero teraz Alvin zauważył, że po drugiej stronie krosna nici osnowy przechodziły przez grzebień cienkich stalowych drutów. Te nici nie były kolorowe. Były całkiem białe. Bawełna? Na pewno nie wełna. Może len? Utkany materiał był tak barwny, że właściwie nie zwrócił uwagi, z czego jest zrobiony.
— Skąd się biorą kolory? — zapytał.
Nikt mu nie odpowiedział.
— Niektóre nici są luźne.
— Niektóre się urywają — dodał Ta-Kumsaw.
— Wiele się urywa — rzekła Becca. — I wiele się rozpoczyna. Taki jest wzorzec życia.
— Co widzisz, Alvinie? — zapytał Ta-Kumsaw.
— Jeśli te czarne nici to twoi wojownicy — odparł chłopiec — to moim zdaniem zbliża się bitwa i wielu z nich polegnie. Ale nie tylu co nad Chybotliwym Kanoe. Nie będzie aż tak źle.
— Ja też to widzę — zgodził się Ta-Kumsaw.
— A te inne kolory, takie poplątane… Co to jest? Armia Białych?
— Chodzą słuchy, że armię zbiera człowiek imieniem Andrew Jackson z zachodniego Tennizy. Nazywają go Hickory.
— Znam go — mruknął Ta-Kumsaw. — Niezbyt dobrze trzyma się w siodle.
— Robi z Białymi to samo, co ty z Czerwonymi, Isaacu. Jeździ po całym Zachodzie, ściąga ludzi i opowiada im o Czerwonym Zagrożeniu. O tobie, Isaacu. Na każdego twojego wojownika on znajduje dwóch białych. I wie, że wyruszysz na północ, żeby dołączyć do armii francuskiej. Zna wszystkie twoje plany.
— Nic nie wie — oświadczył Ta-Kumsaw. — Powiedz, Alvinie, jak wiele urywa się nici Armii Białych?
— Dużo. Może więcej. Nie wiem. Mniej więcej równo.
— W takim razie o niczym to nie świadczy.
— Świadczy o tym, że będziesz miał swoją bitwę — poprawiła go Becca. — Świadczy o tym, że więcej popłynie krwi i więcej będzie na świecie cierpienia. Dzięki tobie.
— Ale nic nie mówi o zwycięstwie.
— Nigdy nie mówi.
Alvin zastanowił się, czy nie mógłby po prostu przywiązać nowej nici do zerwanej i w ten sposób kogoś ocalić. Poszukał szpulek, ale nigdzie ich nie zauważył. Nici zwisały z tylnej belki krosna napięte, jakby wisiał na nich jakiś ciężar. Jednak Alvin nie widział, skąd się biorą. Nie dotykały podłogi. I właściwie się nie urywały. W jednym miejscu sunęły naprężone i długie, a kawałek dalej nie było już żadnych nici. W ogóle niczego nie było. Osnowa wysuwała się znikąd i ludzkie oczy w żaden sposób nie mogły zobaczyć, gdzie się zaczynała.
Jednak Alvin umiał patrzeć innymi oczami, wewnętrznymi — tak jak studiował działanie ludzkiego ciała czy zimne prądy we wnętrzu kamienia. I tym tajemnym wzrokiem spojrzał na pojedynczą nitkę, prześledził ją, zbadał włókna skręcające się i chwytające nawzajem, by dać nitce siłę. Tym razem mógł już za nią podążać coraz dalej, aż wreszcie skończyła się daleko za miejscem, gdzie znikała dla zwykłych oczu. Kogokolwiek przedstawiała, miał przed sobą długie życie.
Każda z tych nici się urywa, kiedy umiera człowiek. I jakoś zaczyna się nowa, kiedy na świat przychodzi dziecko. Kolejne włókno wybiegające z pustki.
— To się nigdy nie kończy — powiedziała Becca. — Zestarzeję się i umrę, Alvinie, ale tkanina przetrwa.
Читать дальше