Niesłychane! Co sobie myśli ten gubernator? To prawda, jest markizem. Ale w rzeczywistości La Fayette dalszy jest królewskich łask niż…
— Pięć minut, panie.
Wrząc ze złości, Frederic otworzył list. Przesyłka była ciężka, a kiedy ją rozwinął, na blat wypadł ze stukiem metalowy amulet na łańcuszku.
— Co to jest?
— List, panie.
Frederic przeczytał szybko.
— Amulet! Świątobliwy mąż! Co mam z tym zrobić? Czyżby La Fayette zrobił się zabobonny?
Ale mimo tych krzyków, Frederic od razu wiedział, że włoży amulet na szyję. Ochrona przed Szatanem! Słyszał o takich amuletach, wręcz bezcennych, gdyż każdego z nich dotknęła osobiście Matka Boża. To Ona dała im moc. Czyżby to jeden z nich? Chwycił łańcuszek i wsunął przez głowę.
— Do środka — rzucił major.
Frederic spojrzał na niego zdziwiony, ale natychmiast zrozumiał, o co chodzi. Wsunął amulet pod koszulę. Teraz był niewidoczny.
— Już — rzekł. — Noszę go.
— Doskonale, panie hrabio — pochwalił major. Podał drugi list.
Był otwarty, choć wcześniej zalakowany. Frederic ze zdumieniem rozpoznał wielką pieczęć Jego Królewskiej Mości. List zaadresowano do markiza de La Fayette'a, a zawierał rozkaz aresztowania Napoleona Bonapartego, przewiezienia go w łańcuchach do Paryża i postawienia przed sądem za zdradę, podburzanie do buntu, nielojalność i zaniedbanie obowiązków.
— Czy myślisz, że wzruszą mnie twoje prośby? — zapytał de Maurepas.
— Miałem nadzieję, że przekona cię słuszność moich argumentów — odparł Napoleon. — Jutro rozegra się bitwa. Ta-Kumsaw przyjmuje rozkazy tylko ode mnie; tylko ja w pełni rozumiem, czego ma w tym starciu dokonać francuska armia.
— Tylko ty? Skąd ta nagła próżność, skąd przekonanie, że ty jedynie zdolny jesteś dowodzić, ty jedynie rozumiesz?
— Ależ oczywiście, że ty rozumiesz, panie de Maurepas. Ale twoim zadaniem jest spojrzeć z szerszej perspektywy, podczas gdy ja…
— Nie trać czasu. Nie dam się dłużej oszukiwać. Twoje czary, twój szatański wpływ, wszystko to spływa po mnie jak bąble powietrza. Nie ma dla mnie znaczenia. Jestem silniejszy, niż ci się wydawało. Mam ukrytą moc!
— I bardzo dobrze, gdyż jedynym twoim darem nie ukrytym jest głupota — oznajmił Napoleon. — Porażka, jakiej doznasz beze mnie, uczyni cię wodzem durniów w armii francuskiej. Kiedykolwiek ktoś narazi się na haniebną, a możliwą do uniknięcia klęskę, będą mówić, że popełnił maurepas.
— Dość tego — przerwał de Maurepas. — Zdrada, podburzanie, zaniedbanie obowiązków, a jakby tego było mało, teraz jeszcze niesubordynacja. Pan Guillotin będzie miał z tobą sprawę, mój zarozumiały koguciku. Jedź, wypróbuj swoje ostrogi na Jego Wysokości. Zobaczymy, jak głęboko się wbiją, kiedy ty będziesz w łańcuchach, a twoja głowa w koszu.
Zdrada stała się jasna dopiero rankiem, ale wtedy była szybka i całkowita. Zaczęło się od tego, że francuski kwatermistrz odmówił ludziom Ta-Kumsawa wydania prochu.
— Mam swoje rozkazy — rzekł.
Kiedy Ta-Kumsaw chciał się spotkać z Napoleonem, wyśmiali go.
— Nie zobaczysz go teraz ani nigdy — powiedzieli. Więc może de Maurepasa?
— To hrabia. On nie rozmawia z dzikusami. Nie przepada za zwierzętami, jak ten mały Bonaparte.
Dopiero wtedy Alvin zauważył, że spotykali dziś prawie tylko tych Francuzów, których Napoleon starał się omijać. Nie mogli znaleźć oficerów cieszących się jego szacunkiem i zaufaniem. Napoleon upadł.
— Łuki i strzały — oświadczył oficer. — W tym celują twoi wojownicy, prawda? Kulami więcej szkód byście wyrządzili własnym ludziom niż wrogowi.
Zwiadowcy Ta-Kumsawa uprzedzili, że armia Jacksona nadciągnie koło południa. Ta-Kumsaw natychmiast posłał wojowników, by nękali nieprzyjaciela. Jednak bez muszkietów mogli najwyżej drażnić Hickory'ego słabymi ukłuciami strzał wypuszczanych ze zbyt wielkiej odległości. A mieli przecież powitać Amerykanów gradem ołowiu. Łucznicy, aby strzelać, musieli podchodzić blisko szeregów wojska, toteż wielu z nich poległo.
— Nie stój przy mnie — odezwał się do Alvina Ta-Kumsaw. — Wszyscy wiedzą o proroctwie. Myślą, że moja odwaga wynika jedynie z pewności, że nie zginę.
Alvin odsunął się, lecz nie tak daleko, by nie zdołać wejrzeć w głąb ciała Ta-Kumsawa. Gotów leczyć każdą jego ranę. Nie mógł jedynie uleczyć lęku, gniewu i rozpaczy, które wzbierały w duszy wodza. Bez prochu i bez Napoleona, oczywiste zwycięstwo stawało się w najlepszym razie niepewne.
Podstawowa taktyka przyniosła skutek. Hickory od razu spostrzegł pułapkę, ale ukształtowanie terenu zmusiło go w nią wstąpić albo się wycofać. Dlatego śmiało poprowadził swoją armię między wzgórza obsadzone Czerwonymi, coraz węższym szlakiem, prosto na francuską artylerię i muszkiety. Te miały przeorać amerykańskie szeregi, zaś Czerwoni zabijać wszystkich próbujących ucieczki. Zwycięstwo byłoby całkowite. Tyle że Amerykanie powinni już być zdemoralizowani, przerażeni i zdziesiątkowani ogniem, prowadzonym cały czas przez Czerwonych.
Taktyka była skuteczna i wreszcie armia amerykańska pojawiła się w polu widzenia Francuzów. Zawahała się przed lufami dziewięciu dział nabitych kartaczami i przed dwoma tysiącami muszkietów rozstawionych tak, by wymieść, podwójnie wymieść cale pole bitwy. I wtedy — nie wiadomo dlaczego — Francuzi zaczęli się cofać. Całkiem jakby nie wierzyli w przewagę swojej niezdobytej pozycji. Nie zabrali nawet armat. Uciekali, jakby ogarnęła ich panika.
Od tej chwili przebieg walki był łatwy do przewidzenia. Hickory potrafił wykorzystać okazję. Nie zwracając uwagi na Czerwonych, jego żołnierze runęli na cofających się Francuzów. Zabijali wszystkich, którzy nie uciekali dość szybko. Zdobyli działa i muszkiety, proch i kule. Po godzinie użyli francuskiej artylerii, by w trzech miejscach przebić mury fortecy. A potem wdarli się do Detroit. Na ulicach rozgorzała krwawa walka.
Wtedy Ta-Kumsaw powinien odejść. Powinien pozwolić Amerykanom rozbić Francuzów, powinien odprowadzić swoich ludzi w bezpieczne miejsce. Może czuł się zobowiązany do pomocy, chociaż go zdradzili. Może dostrzegł promyk nadziei, że skoro tak duże siły związane są walką, jego armia Czerwonych potrafi jednak odnieść zwycięstwo. A może wiedział, że już nigdy nie zdoła zebrać razem wojowników wszystkich plemion. Jeśli wycofa się teraz, unikając walki kto zechce znowu pójść za nim? A jeśli nie pójdą za nim, nie pójdą za nikim, a Biali pokonają ich powoli, podbiją dzisiaj jedno plemię, jutro drugie… Ta-Kumsaw wiedział z całą pewnością, że teraz albo odniesie zwycięstwo, choć mało prawdopodobne, albo walka będzie przegrana już na zawsze. A jego ludzie, którzy nie zostaną wymordowani, uciekną na zachód, na obce ziemie, gdzie nie rośnie las. Albo zostaną tutaj, nieliczni, żyjąc jak Biali, nie jak Czerwoni. I las umilknie dla nich na zawsze. Nieważne, czy mógł jeszcze liczyć na zwycięstwo; nie mógł bez walki zgodzić się na taką przyszłość.
Dlatego zbrojni w łuki i strzały, maczugi i noże, Czerwoni zaatakowali amerykańską armię od tyłu. Z początku cięli wrogów w krwawych pokosach, powalali na ziemię, przebijali krzemiennymi ostrzami. Ta-Kumsaw krzyczał, żeby brali muszkiety, proch i amunicję zabitych. Wielu wojowników posłuchało. Ale wtedy Hickory wprowadził do akcji bardziej zdyscyplinowane oddziały. Odwrócono działa. A na otwartym polu pod ogniem kartaczy Czerwoni padali jak łany zboża.
Wieczorem, gdy zachodziło słońce, Detroit stało w płomieniach, a dym przesłonił okoliczne lasy. W duszącym mroku stał Ta-Kumsaw i kilkuset jego Shaw-Nee. Inne plemiona broniły się jeszcze gdzieniegdzie; większość załamała się i uciekła do puszczy, gdzie żaden z Białych nie mógł ich ścigać. Hickory osobiście kierował szturmem na zadrzewioną twierdzę Ta-Kumsawa; prowadził za sobą tysiąc Amerykanów, nie zajętych akurat plądrowaniem francuskiego miasta i rozbijaniem bożków w katedrze papistów.
Читать дальше