Jacek Komuda - Bohun

Здесь есть возможность читать онлайн «Jacek Komuda - Bohun» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Год выпуска: 2006, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Bohun: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Bohun»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Bohun — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Bohun», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

– Bierzcie – mruknął. – Starczy wam na długo. Co jeszcze mogę dla was uczynić?

Chłopiec podszedł do Tarasa. Jedyną ręką, która mu pozostała, podał mołojcowi małą, dwudziestoczterostrunową bandurę. Kozak wziął ją, pogładził. Starczyło, że dotknął strun i wiedział już, że instrument jest najprzedniejszej jakości. Jego płyta, wycięta z jednego kawałka świerkowego drewna, kończyła się smukłym, nieco wygiętym gryfem. Bandura była lekka jak stepowy wiatr, a ledwie trącił struny, rozpłakała się perlistą rosą dźwięków.

– Ja już nie zagram – rzekł chłopiec i pokazał prawy, pusty rękaw koszuli. – Ale wy ją weźcie. W strunach bandury zaklęta jest pieśń Ukrainy. Znalazłem ją pod kurhanem, gdzie leżeli rycerze, co dawno pomarli. Może wy... jak na niej zagracie, uspokoicie serca wzburzone. Ja nie zdołałem, kiedy przyszli do nas Lachy... i ukrzywdzili mnie... A gdybym obie ręce miał, zagrałbym ja na tej lirze panom, zagrałbym Lachom i jezuitom. Królewiętom, popom, chłopom i Kozakom. Zagrałbym im, aby posnęli, w sen wieczny zapadli. Bo póki oni są na Ukrainie, póty nie będzie tu Bożego pokoju. Pytałeś, co dla nas możesz zrobić. Tedy powiem ci, pane Kozak: idź i graj. Wspomnij nas i brata Michała, który był dla nas lepszy niż ojciec. Wspomnij jego grób i to, coś tutaj widział. I graj.

– Nie mogę przyjąć bandury – rzekł Kozak. – Warta jest z dziesięć złotych. Lepiej ją sprzedajcie. Na chleb będziecie mieli.

Chłopiec pokręcił głową.

– Bohorodzica kazała – wykrztusił – dać wam lirę. Weźcie ją i idźcie za głosem serca.

Taras zadrżał.

– Jeśli tak, jeśli to ona wam kazała, tedy będę grał. I pamiętał o was. Sława Bohu.

– Sława...

Taras dosiadł konia, ruszył za Sysunem i Kozakami, ale odwrócił się jeszcze, aby popatrzeć na gromadkę dzieci stojących w deszczu i szarudze nad grobem opiekuna, przy ruinach spalonego dworu.

– Nie jedź z nimi – powiedział chłopiec.

– Muszę – rzekł Taras. – Bywajcie!

* * *

Już w jarze dołączył do Sysuna, Ołesia i pozostałych Kozaków. Jechali w milczeniu. Oblicza mołojców były zasępione, poszarzałe. Chadzka, która miała przynieść sławę i bogactwo, dała im zaledwie kilka nędznych szelągów, bo we dworze, zamiast bogatego szlachcica, znaleźli samotnego księdza i gromadę okaleczonych dziatek. Sysun omylił się po raz pierwszy. A to mogło oznaczać, że odwróciła się od niego kozacka sława, która w rzeczy samej bywała wielce kapryśną panią. Czasem wiodła do buławy i dostojeństw, lecz znacznie częściej do śmierci od szabli, na palu, szubienicy lub do długiego konania w stepie. Być może zatem niepowodzenie oznaczało, że Taras winien był szukać sobie zacniejszej kompanii, w której łatwiej było o wojenne przygody i godziwe łupy.

Nagle jadący na przedzie Morozowicki zatrzymał się, a potem zeskoczył z bachmata, widząc ślady odciśnięte w rozmiękłym gruncie.

– Konie – rzekł. – Tuzin zbrojnych, albo i więcej.

Morozowicki pochylał się nad tropem, dotykał odcisków, wreszcie wyprostował się ze zmarszczonym od frasunku czołem.

– Lachy. Kopyta dobrze podkute. Lepiej jak nasze bachmaty.

– Dawno temu?

– Rano, kiedy dwór paliliśmy.

– Trastia ich mordowała!

– Pewnie dym widzieli.

– Wiedzą o nas! – jęknął Ołeś.

– Było nie palić dworu – mruknął Taras.

– Milcz! – syknął Sysun. – Zabierajmy dupy w troki!

Rozejrzeli się dokoła, ale las był cichy i spokojny.

– W konie.

Ruszyli rysią. Tajemnicze ślady odchodziły od strumienia w stronę lasu. Widać Lachy nie podążali dalej jarem, ale skręcili z traktu i skryli się wśród drzew. Sysun, chmurny i milczący, poderwał konia w skok. Wypadli na polanę porośniętą bodiakami i ostami, przecięli strumień szemrzący wśród kamieni i wjechali w las, znikli w mgłach ścielących się jak tuman dymów pomiędzy mokrymi pniami drzew.

Deszcz przestał padać. Nadciągało mokre kwietniowe popołudnie, niebo było u szczytu czyste i błękitne, jedynie na zachodzie połyskiwały białawe szczyty wielkich chmur, skłębione niby tłum pohańskich łbów w szyszakach. Ziemia parowała po niedawnym deszczu. Wilgotna mgła osadzała się na czankach, zaponach i metalowych ozdobach rzędów końskich, otulała ich zasłoną oparów, zmieniała bachmaty i podjezdki Kozaków w korowód widm i mar, zraszała kropelkami wilgoci końską sierść.

Wjechali w dębowy las, a potem, gdy wychynęli na kolejną polanę, Taras przyjrzał się swoim towarzyszom. Najpierw zamrugał, przetarł rozpalone źrenice ręką, jakby nie dowierzając temu, co widzi. Jęk wyrwał mu się z piersi.

Zobaczył...

Zobaczył to, czego spodziewał się od południa, od chwili, gdy wyruszali spod spalonego dworu. Ujrzał wizję, która po raz pierwszy nawiedziła go prawie rok temu, w czerwcu, przed dniem Ducha Świętego. W ostatnim dniu strasznej bitwy beresteckiej, kiedy Chmielnicki wiódł swe oddziały na obóz królewski, Taras ujrzał to, co miało stać się już za kilka godzin – zakrwawione, pokryte trupami pobojowisko, mołojców porozrywanych na strzępy przez armatnie kule, stosy martwych wierzchowców, Kozaków tratowanych przez kopyta husarskich koni. Ujrzał też krwawe rany na ciałach towarzyszy z kalnickiego pułku. Jednak wówczas, owym czerwcowym świtem jeszcze nie wierzył w to, co ukazało się jego oczom. Łudził się, że może to przywidzenie, że opił się za dużo gorzałki.

Serce zamarło mu w piersi, gdy wszystko sprawdziło się co do joty. Kiedy po szaleńczych walkach Tatarów, po szarży husarii i ataku cudzoziemskiej piechoty pękła i rozsypała się armia Chmielnickiego. Widzenie było okrutne, bo prawdziwe. Taras zobaczył śmierć kompanów. I dar ten pozostał już przy nim, aby objawić się znowu we dworze, kiedy przyglądał się zakonnikowi odmawiającemu modlitwy.

A teraz patrzył jak błędny na towarzyszy. Widział ich pokrwawione ciała, odrąbane członki, oczy wywiercone świdrami, krwawe rany od szabel i czekanów. Otaczały go żywe trupy na koniach. Sysun i jego wataha szli na śmierć.

Taras ściągnął cugle i został nieco z tyłu. Nie wiedział, dokąd się zwrócić. Sięgnął po bukłak z gorzałką, pociągnął łyk. Nie chciał widzieć tego, co miało nastąpić. Nie miał siły, aby stać się świadkiem śmierci całej kompanii. Chryste Spasitielu, dlaczego to spotkało właśnie jego? Za jakie grzechy?!

Znienacka gdzieś z boku, pośród wykrotów i kęp wilgotnych paproci ujrzał wiotką postać kobiety. Uniosła rękę, skinęła nań w geście przyzwania.

„Ufaj, synu, w moc i opiekę Bogurodzicy – rozbrzmiał w jego duszy głos brata Michała. – Idź za jej głosem i daj się prowadzić...”

Nie namyślał się długo. Odłączył od Kozaków i skręcił w las, zanurzył w mleczne opary. Rozglądał się dokoła, ale nigdzie nie widział Bogurodzicy. Nadaremnie wytężał wzrok, chcąc przebić okiem mgliste tumany. Dostrzegł ją wreszcie na krańcu niewielkiej polany i skierował się w tamtą stronę. Jechał przez mokre krzaki i chaszcze. Wymijał stare, wiekowe dęby i brzozy, przeskakiwał nad zbutwiałymi pniami, zapadał w wykroty, przejeżdżał pod ukrytymi w półmroku konarami drzew. Oczyma szukał swej przewodniczki, oblepiony pajęczynami, blady i przemoknięty od rosy.

Znów dostrzegł ją między drzewami, skoczył raźno ku polanie, lecz wiotka postać znikła mu sprzed oczu. Taras wypadł na otwartą przestrzeń, wstrzymał rozpędzonego konia, potoczył wzrokiem po lesie, skałach i zaroślach, lecz nie dostrzegł nikogo. Był sam pośrodku mrocznego boru, w którym być może skradali się jego wrogowie. Dopiero teraz pomyślał, że to, co brał za wskazówki było zwodniczym podstępem; że Bogurodzica zamiast pomóc, wskazała mu drogę do centrum tej matni. Bił się z tą myślą, nie dopuszczał jej do kozackiego łba, a jednak wracała, niby dnieprowa fala odbijająca się na nienasyteckim porohu – coraz silniejsza i coraz bardziej straszna.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Bohun»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Bohun» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Jacek Dąbała - Prawo Śmierci
Jacek Dąbała
Jacek Piekara - Arrivald z Wybrzeża
Jacek Piekara
Jacek Komuda - Imię Bestii
Jacek Komuda
Jacek Dukaj - Inne pieśni
Jacek Dukaj
libcat.ru: книга без обложки
Jacek Komuda
libcat.ru: книга без обложки
Jacek Komuda
Jacek Dukaj - Czarne Oceany
Jacek Dukaj
Jacek Piekara - Miecz Aniołów
Jacek Piekara
Jacek Piekara - Sługa Boży
Jacek Piekara
libcat.ru: книга без обложки
Jacek Dukaj
Отзывы о книге «Bohun»

Обсуждение, отзывы о книге «Bohun» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.

x