Jacek Komuda - Bohun
Здесь есть возможность читать онлайн «Jacek Komuda - Bohun» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Год выпуска: 2006, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Bohun
- Автор:
- Жанр:
- Год:2006
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Bohun: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Bohun»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Bohun — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Bohun», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
– Pochowajcie mnie w Perejasławiu... przy soborze świętego Michała...
– Będzie jak chcecie, bat’ko.
– Nie chcę katafalku. Jeno w mniszy habit ciało obleczcie. A jakbyście nie dowieźli, bo gnić bym począł, tedy w stepie złóżcie. Pod kamieniem, coby wilki nie wygrzebały... I na głazie wyryjcie...
– Nie wygrzebią. Dopilnuję.
– Wiem... Fyłyp... Ja muszę... widzieć Tarasa. Zawołaj go. Zaraz!
Stary Kozak rozejrzał się dokoła.
– Nie masz tu Tarasa – rzekł cicho. – Wszak wasza mość go wypędził.
– Jak to wy... wypędził... – wycharczał Bohun. – Nie może być.
– To było wtedy, kiedy się nie chciał was Taras słuchać i Lachów, co ich wzięliśmy pod Białą Cerkwią, wyścinać. Wasza mość kazał mu się na oczy nie pokazywać. I Weresaj jako kamień w wodzie przepadł. Tylko jego ojciec z nami ostał, bo ślepy już i stary.
– Jak to?! – zaszlochał półprzytomny Bohun. – Jak to być może?
– Ano tak to i było. Nie masz już Tarasa. A wyście, bat’ko, potem w gniewie horyłkę pili. Mołojcom po gębach nakładli, ziemię gryźli. I tak z apopleksyjej rany się wam pootwierały.
– Źle uczyniłem – wydyszał umierający. – Na Światuju Pereczystuju, popełniłem grzech. Wybacz mi, Panie, gniew! Jak mogłem wygnać bandurzystę, co był mi jak syn rodzony! Toż ja sam jestem jedyny na świecie. Fyłyp!
– Sługa waszej miłości.
– Ja Tarasa... Ja mu wszystko oddaję. Całą moją sławę, majętności z lackich gardeł wydarte... Ty go znajdź... Ty mu wszystko powiedz... i rzeknij... rzeknij... że w grobie będę czekał jego zmiłowania! Fyłyp! Spasi Chryste!
Bohun poderwał się z łoża, chwycił za świtę starego Kozaka, potrząsnął nim, a potem opadł na plecy. Krwawa piana wystąpiła mu na wargi.
– Będzie jak każecie, bat’ko – wyszeptał Fyłyp. Bohun miotał się i rzęził. Krew plamiła pyszną polską delię, spływała na szlachetne jedwabie i adamaszki, na szczerozłotą buławę, na futra wilcze, kunie i sobole.
– Tylem lat wojował – wycharczał Bohun – biłem Lachów... Tysiące mołojców na śmierć wiodłem... I po co to wszystko? Co z tej chwały mieć będę w Królestwie Niebieskim...?
Poderwał się i zadygotał. Krew puściła się z jego ust, krwawe plamy wystąpiły na bandaże i szarpie. Fyłyp modlił się cicho, ze spuszczoną głową. Czerwona posoka pułkownika plamiła skóry i płótno. Spływała po jedwabnych pasach, po wilczych i sobolich futrach, po złotogłowiach i aksamitach. Po szabli ormiance w pochwie nabijanej jaspisami, po kindżale, po pułkownikowskiej buławie nabijanej turkusami. Po kołpaku z rysiego futra zwieńczonym trzęsieniem i diamentem wartym połowę wsi. Krew spływała z posłania, skapywała na rozdartą kopytami koni, wstrząsaną wystrzałami z dział i arkebuzów ziemię Ukrainy. Fyłyp miał wrażenie, że ściekała też z góry po ścianach namiotu, sączyła się z dachu, omywała drzewca spis, na których rozpięto namiot; wszystko było skąpane w szkarłacie.
A potem Bohun poderwał się z łoża, chwycił zakrwawioną ręką za szablę i krzyknął przerażającym głosem:
– Taras! Bywaj tu! Taras... Com ja ci uczynił... Zakaszlał i na powrót padł bez sił na posłanie. Znieruchomiał.
Minęła długa chwila, nim Fyłyp odmówił modlitwę i wyszedł z namiotu, splamiony krwią atamana. Spojrzał na Kozaków, którzy zgromadzili się przed wejściem i dwie łzy stoczyły się po jego ogorzałej, poznaczonej bliznami twarzy.
– Mości panowie mołojcy i wszystka starszyzno pułku kalnickiego ze wszystkim towarzystwem wojska zaporoskiego... Wszystka Rzeczpospolita Ukraińska... – urwał. Głos Fyłypa się załamał, lecz po chwili podjął przemowę:
– Iwan Bohun, pułkownik kalnicki, mołojec sławny, wódz wielki, wolności wojska zaporoskiego strażnik i miłośnik... Wojennik niepospolity... oddał ducha. Bohun nie żyje!
Kozacy pospuszczali głowy.
* * *
– Tyś naprawdę wierzył, że Sonka dziewica?! He, he, he! Wszystkim mołojcom piczy dawała; gziła się z semenami jakoby klacz na wiosnę, tylko z tobą jednym nie chciała. A wiesz czemu?
– Nie wiem.
– Boś kiep i nigdyś baby nie chędożył!
Kozacy, paskudni, obdarci zawalidrodzy roztaczający wokół siebie woń dziegciu i gorzałki, zarechotali tak głośno, że aż konie stuliły uszy. Taras Weresaj spuścił wzrok, spłonił się jak niewinna mołodycia na widok rzyci Zaporożca.
– Mają baby swoje sposoby sekretne, że i sam mąż nie pozna, czy ją kto wcześniej na ławie heblował – rzekł ze znawstwem Sysun, podciągając przykrótki rękaw zdobycznego giermaka i mrużąc skośnawe oczy. – Wszystkie baby na Bracławszczyźnie to murwy. Z wyjątkiem mojej i waszych matek. Ale długo by o tym gadać. W konie, bracia!
Zjechali do głębokiego jaru, przemknęli z pluskiem przez strumień. Kopyta bachmatów i Wołoszynów załomotały na kamieniach starej, zarośniętej trawą drogi.
– Nie za mało nas do tej chadzki? – zapytał Ołeś, zawołany lirnik i bandurzysta bractwa świętego Michała z Bracławia. – Jak będzie Lach dworu bronił, chudo z nami bude!
– Dudy w miech, mości panowie mołojcy! Jednego Lacha się boicie? Nie tacy to już panowie, co nas bijali. Nie Żółkiewscy i Koniecpolscy, jeno Tchórzowscy i Zajączkowscy, baby w żelazo poubierane. Dobrze będzie, mówię wam.
– A pewnie! – zakrzyknął młodszy z braci Horyłków. – Już tam czekają na nas w Kopyśnicy beczki z dukatami we dworze. Dziewki przaśne i materie pozłociste. Wszystko po kozacku weźmiem!
– Żal dać przepadać dobru! – dorzucił starszy Horyłko, rozparty wygodnie w kulbace.
– Na swą zgubę Lach tu wrócił – wyszczerzył żółte zęby Sysun. – Po smert!
– Jutro w Kalniku poswawolim – rozmarzył się Morozowicki, który powiadał się szlachcicem, a w rzeczy samej był najzwyklejszym osierckiem i to – jak szeptano po karczmach – pozostałym ponoć po żydowskim arendarzu. – Powiadam wam, panowie bracia, że małpy bracławskie jako stare kobyły zajeździmy. Nie będą mogły przez miesiąc kurwy nogami poruszać!
– Graj, Taras! – krzyknął Sysun. – Graj, do kroćset! Toż jak na weselisko jedziem!
Taras chwycił bandurę i zagrał.
Wtedy to Kozak, biedny nieborak,
Kiedy te słowa posłyszał
W końcu stoła siadał, trzosik wyjmował
I młodej szynkarce,
Naści karczmarce
Cały stół czerwieńcami zaściełał.
Wtedy wielmoże kozaccy – bogaccy,
Gdy czerwieńce dojrzeli u niego
Zaraz częstować go jęli
Miodu szklanką
I gorzałki czarką...
* * *
– Bat’ko... pomrzemy tutaj! – zapłakała Luba.
– Co ty mówisz, dziecino? – spytał brat Michał.
– Biesy do nas idut... – załkała dziewczynka. Łzy grube niczym groch spływały po jej ślicznej bladej twarzyczce.
– Cicho, detyno. – Zakonnik utulił ją w ramionach, gładził i pocieszał. Pozostałe dzieci poruszyły się niespokojnie. Któreś poczęło chlipać.
– Jarema ide! – jęknął Mykoła, któremu wiśniowiecczycy odrąbali prawą rękę.
– Bat’ko, Lachy nas dostaną!
– Nie znajdą nas ni Lachy, ni Kozacy. Toż dwór opuszczony od lat. Cały ród tu czerń wygubiła. Nikt o nas nie wie...
– One idą... Biesy pędzą na koniach wronych, ojcze – piszczała Luba. Dzieci płakały coraz głośniej, nawet Mykoła przetarł oczy lewą ręką.
– Matka Boska nas obroni – westchnął brat Michał. – Chodźmy do niej, moje dziateczki.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Bohun»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Bohun» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Bohun» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.