— Ja tu jestem, Trev — powiedziała Bliss — a ja jestem tak samo Gają, jak on. — A potem obrzuciwszy go szybkim spojrzeniem swych czarnych oczu, dodała: — A może irytuje cię, że mówię do ciebie „Trev”?
— Tak, irytuje. Mam takie samo prawo do swoich przyzwyczajeń jak wy. Nazywam się Trevize. Trzy sylaby Trevize.
— Świetnie. Nie chcę cię złościć, Trevize.
— Nie jestem zły. Irytuję się. — Podniósł się nagle, przeszedł z jednego końca kabiny w drugi, przekraczając wyciągnięte nogi Pelorata, a potem wrócił. Zatrzymał się, odwrócił i spojrzał na Bliss.
Wyciągnął palec w jej stronę. — Słuchaj! Nie jestem panem swojej woli. Zostałem podstępnie ściągnięty z Terminusa na Gaje i nawet kiedy zacząłem podejrzewać, że to tak wygląda, nie mogłem nic zrobić, żeby wyrwać się z waszych rąk. A potem, kiedy dotarłem na Gaje, dowiaduję się, że potrzebny tu jestem po to, żeby ją ocalić. Dlaczego? Jak? Czym jest Gaja dla mnie albo ja dla Gai, żebym miał ją ocalić? Czy pośród trylionów ludzi w Galaktyce nic ma nikogo innego, kto mógłby to zrobić?
— Trevize, proszę — powiedziała Bliss z nagłym przygnębieniem. Znikła gdzieś jej cała poprzednia wesołość. — Nie złość się. Widzisz, że zwracam się do ciebie pełnym nazwiskiem. Będę mówiła zupełnie poważnie. Dom prosił, żebyś był cierpliwy.
— Na wszystkie planety w Galaktyce, zamieszkane czy nie, nie chcę być cierpliwy! Jeśli jestem taki ważny, to czy nie należy mi się jakieś wyjaśnienie? Najpierw chcę wiedzieć, dlaczego nie ma z nami Doma? Czy to nie jest wystarczająco ważne, żeby był tu, na „Odległej Gwieździe”, razem z nami?
— On tu jest, Trevize — powiedziała” Bliss. — Dopóki ja tu jestem, on też tu jest, tak samo jak każdy mieszkaniec Gai, jak każde stworzenie żyjące na niej, jak każda jej drobina.
— Ciebie to zadowala, ale ja nie myślę w ten sposób. Nie jestem Gajaninem. Nie możemy wtłoczyć na mój statek całej planety, możemy tu wcisnąć tylko jedną osobę. Mamy ciebie, a Dom jest częścią ciebie. W porządku. Dlaczego więc nie mamy tu Doma, skoro ty możesz być jego częścią?
— Przede wszystkim — rzekła Bliss — Pel… to znaczy Pelorat — prosił, żebym była z wami. Ja, a nie Dom.
— To była kurtuazja. Kto brałby to poważnie?
— No nie, drogi przyjacielu — rzekł Pelorat, podnosząc się z nagle poczerwieniałą twarzą. — Mówiłem zupełnie poważnie. Nie chcę, żebyś tak to zbył. Zgadzam się, że to nieważne jaką część Gai mamy na pokładzie, a w takiej sytuacji sprawia mi większą przyjemność mieć tu Bliss niż Doma, i tak samo powinno sprawiać to większą przyjemność tobie. Daj spokój, Golan, zachowujesz się jak dziecko.
— Tak? Jak dziecko? — powiedział Trevize, chmurząc twarz. — No więc dobrze, zachowuję się jak dziecko. Tak czy inaczej — znowu wysunął palec w stronę Bliss — zapewniam cię, że bez względu na to, co mam zrobić, nie zrobię tego, jeśli nie będę traktowany jak człowiek. Na początek dwa pytania… Co mam zrobić? I dlaczego właśnie ja?
Bliss patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami i cofała się. — Nie mogę ci tego teraz powiedzieć. Zrozum to, proszę. Gaja nie może ci powiedzieć. Musisz przybyć na miejsce, nie wiedząc nic na początek. Musisz się tego dowiedzieć tam, na miejscu. Potem musisz zrobić to, co musisz, ale spokojnie, bez żadnych emocji. Jeśli nadal będziesz w takim stanie jak teraz, to nic z tego nie wyjdzie i, tak czy inaczej, będzie to koniec Gai. Musisz zmienić ten swój nastrój, a ja nie wiem jak to zrobić.
— A Dom by wiedział, gdyby był tutaj? — spytał bez skrupułów Trevize.
— On jest tutaj — odparła Bliss. — On — ja — my nie wiemy jak zmienić twój nastrój albo uspokoić cię. Nie potrafimy zrozumieć człowieka, który nie umie wyczuć swego miejsca w ogólnym porządku rzeczy i który nie czuje się częścią większej całości.
— Nie jest tak — rzekł Trevize. — Potrafiliście ściągnąć mój statek z odległości miliona kilometrów, a nawet większej… i sprawić, że byliśmy spokojni, mimo że czuliśmy się bezradni. No to uspokójcie mnie teraz. Nie udawajcie, że nie potraficie tego zrobić.
— Ale nie wolno nam tego zrobić. Nie teraz. Gdybyśmy teraz odmienili cię albo w jakiś inny sposób wpłynęli na ciebie, to byłbyś dla nas tyle samo wart, co jakakolwiek inna osoba w Galaktyce i nie mielibyśmy z ciebie żadnego pożytku. Możemy mieć z ciebie pożytek tylko dlatego, że jesteś tym, kim jesteś, i musisz pozostać sobą. Jeśli w tej chwili wpłyniemy na ciebie w jakikolwiek sposób, to jeteśmy zgubieni. Musisz być spokojny z własnej, nieprzymuszonej woli. Proszę cię o to.
— Nic z tego, moja panno, jeśli nie zaspokoisz choć w części mojej ciekawości.
— Bliss, pozwól, że ja z nim porozmawiam — wtrącił się Pelorat. — Przejdź do drugiej kabiny.
Bliss wolno wyszła. Pelorat zamknął za nią drzwi.
— Przecież ona wszystko widzi i słyszy — rzekł Trevize. — Co to za różnica, czy jest tu, czy tam?
— Dla mnie to istotna różnica — odparł Pelorat. — Chcę porozmawiać z tobą bez świadków, nawet jeśli to, że nikt nas nie słyszy, jest iluzją… Golan, ty się boisz.
— Nie gadaj głupstw.
— Oczywiście, że się boisz. Nie wiesz, gdzie lecisz, co spotkasz, czego oczekują od ciebie. Masz prawo się bać.
— Ale się nie boję.
— Właśnie, że się boisz. Być może nie boisz się fizycznego niebezpieczeństwa tak, jak ja. Ja bałem się wyruszyć w przestrzeń, boję się każdego nowego świata, który widzę, boję się każdej nowości, każdej zmiany. W końcu przez pół wieku prowadziłem ciche, spokojne życie, do niczego się nie mieszałem, w niczym nie uczestniczyłem, natomiast ty służyłeś we flocie wojennej, zajmowałeś się polityką i brałeś żywy udział w tym, co działo się u nas i w przestrzeni. Jednak starałem się opanować swój lęk, a ty mi w tym pomogłeś. Przez cały ten czas kiedy jesteśmy razem, byłeś cierpliwy i miły dla mnie, znosiłeś wszystko ze zrozumieniem i dzięki tobie udało mi się opanować lęk i zachowywać tak, jak trzeba. Pozwól, że teraz ja się zrewanżuję i pomogę tobie.
— Mówię ci, że się nie boję.
— Właśnie, że boisz się. Jeśli nie jakiegoś niebezpieczeństwa, to przynajmniej odpowiedzialności, która na tobie spoczywa. Wygląda na to, że zależą od ciebie losy całego świata, a więc jeśli zawiedziesz, będziesz musiał żyć ze świadomością, że świat ten zginął przez ciebie. Zadajesz sobie pytanie dlaczego niby masz odpowiadać za losy świata, który nic dla ciebie nic znaczy, jakie mają prawo, żeby składać taki — ciężar na twoje barki. Nie tylko boisz się, że zawiedziesz, co jest zupełnie naturalne i co czułby każdy na twoim miejscu, ale jesteś wściekły, że postawili cię w sytuacji, w której musisz się bać.
— Całkowicie się mylisz.
— Nie sądzę. A zatem pozwól, że cię zastąpię. Ja ” to zrobię. Bez względu na to, czego od ciebie oczekują, zgłaszam się na ochotnika, .żeby cię zastąpić. Przypuszczam, że nie jest to coś, co wymagałoby wielkiej siły fizycznej czy energii, gdyż w takim przypadku proste mechaniczne urządzenie zrobiłoby to lepiej niż ty. Przypuszczam też, że nie wymaga to siły psychicznej, gdyż tej sami mają dosyć. To raczej coś, co… no, nie wiem, ale jeśli nie wymaga to ani krzepy, ani specjalnych zdolności psychicznych, to nadaję się do tego równie dobrze jak ty i jestem gotów wziąć na siebie tę odpowiedzialność.
— A dlaczego jesteś taki chętny, żeby wziąć na siebie ten ciężar? — spytał ostro Trevize.
Читать дальше