— Mówisz, że nie porzuciłabyś go? — spytał Trevize.
— Jeśli założysz, że jestem robotem, to sam dojdziesz do wniosku, że — zgodnie z pierwszym prawem robotyki — nie mogłabym go nigdy porzucić, chyba że sam kazałby mi to zrobić i byłabym w dodatku pewna, że faktycznie chce tego, co mówi oraz ze sprawiłabym mu większą przykrość zostając z nim niż opuszczając go.
— A czy młodszy mężczyzna…
— Jaki młodszy mężczyzna? Ty jesteś młodszym mężczyzną, ale nie sądzę, żebyś potrzebował mnie w takim samym sensie jak Pel, a poza tym, nie chcesz mnie, więc pierwsze prawo powstrzymałoby mnie przed próbą przylgnięcia do ciebie.
— Nie ja. Jakiś inny młodszy mężczyzna…
— Nie ma żadnego innego. Czy jest na Gai, poza tobą i Pelem, jakiś inny mężczyzna, który byłby istotą ludzką w niegajańskim sensie?
— A jeśli nie jesteś robotem? — spytał łagodniej Trevize.
— Zdecyduj się — rzekła Blisś.
— Pytam, jeśli nie jesteś robotem?
— To, w takim przypadku, nie masz żadnego prawa, żeby mnie w ogóle o to pytać. To sprawa moja i Pela.
— Wobec tego wrócę do pierwszego punktu — rzekł Trevize. — Chcę nagrody, a tą nagrodą będzie zapewnienie, że będziesz go dobrze traktowała. Nie będę już dociekał, kim jesteś. Obiecaj mi tylko, jak jedna istota inteligentna innej, że będziesz go dobrze traktowała.
— Będę go dobrze traktowała — powiedziała miękko Bliss — nie w nagrodę za twoją przysługę, ale dlatego, że tego chcę. Jest to moim serdecznym pragnieniem. Będę go traktowała dobrze. Pel! — zawołała. — Pel!
Pelorat pojawił się w drzwiach. — Słucham, Bliss — powiedział.
Bliss wyciągnęła do niego rękę. — Myślę, że Trev chce nam coś powiedzieć.
Pelorat wziął ją za rękę, a Trevize ujął ich złączone dłonie. — Janov — powiedział — cieszę się, że jesteście razem.
— Och, drogi przyjacielu — odparł tylko Pelorat.
— Prawdopodobnie opuszczę Gaje — powiedział Trevize. — Idę teraz porozmawiać o tym z Domem. Nie wiem, Janov, czy się jeszcze kiedyś spotkamy, ale w każdym razie obaj dobrze się spisaliśmy.
— Dobrze — odparł Pelorat z uśmiechem.
— Żegnaj, Bliss, i z góry ci dziękuję.
— Żegnaj, Trev.
Pomachawszy im ręką, Trevize wyszedł.
— Dobrze się spisałeś, Trev — rzekł Dom. — Ale przypuszczałem, że tak właśnie postąpisz.
Siedzieli przy obiedzie, równie niesmacznym jak pierwszy, ale Trevizemu to nie przeszkadzało. Może nie będzie już miał okazji jeść na Gai. Powiedział:
— Zrobiłem, jak przypuszczałeś, ale prawdopodobnie z innego powodu, niż przypuszczałeś.
— Na pewno byłeś przekonany, że podejmujesz właściwą decyzję.
— Tak, ale nie dlatego, że mam jakiś tajemniczy dar uzyskiwania pewności. Jeśli wybrałem Galaxię, to w wyniku prostego rozumowania/ rozumowania, które mógłby przeprowadzić ktoś inny i dojść do tego samego wniosku. Chcesz, żebym ci to wyjaśnił?
— Bardzo chcę, Trev.
— Były trzy rzeczy, które mogłem zrobić. Mog — fan stanąć po stronie Pierwszej Fundacji albo po stronie Drugiej Fundacji, albo po stronie Gai.
Gdybym stanął po stronie Pierwszej Fundacji, to burmistrz Branno natychmiast podjęłaby akcję mającą na celu ustanowienie panowania nad Drugą Fundacją i nad Gają. Gdybym wziął stronę Drugiej Fundacji, to Mówca Gendibal natychmiast podjąłby akcję mającą na celu ustanowienie panowania nad Pierwszą Fundacją i nad Gają. I w jednym, i w drugim przypadku to, co by się stało, byłoby nie do odwrócenia i gdyby któreś z tych rozwiązań było złe, to groziłaby nam nieodwracalnie katastrofa.
Gdybym jednak stanął po stronie Gai, to wówczas i Pierwsza, i Druga Fundacja zostałaby z przekonaniem, że odniosły, nieco mniejsze co prawda, zwycięstwo. Wówczas wszystko, potoczyłoby się tak, jak dotąd, gdyż — jak mi powiedziano — utworzenie Galaxii to sprawa wielu pokoleń, nawet stuleci.
A zatem opowiedzenie się przeze mnie po stronie Gai było swego rodzaju grą na zwłokę, uzyskaniem pewności, że zostanie jeszcze dosyć czasu, żeby zmienić wszystko, nawet całkowicie, jeśli okaże się, że moja decyzja była niewłaściwa.
Dom uniósł brwi. Poza tym jego starcza, niemal trupia twarz była bez wyrazu. Powiedział swym piskliwym głosem: — A czy uważasz, że twoja decyzja może okazać się niewłaściwa?
Trevize wzruszył ramionami. — Nie sądzę, żeby tak miało być, ale jest jedna rzecz, którą muszę zrobić, żebym mógł się o tym przekonać. Mam zamiar odwiedzić Ziemię, jeśli uda mi się odnaleźć ten świat.
— Na pewno nie będziemy cię zatrzymywać, Trev, jeśli będziesz chciał nas opuścić…
— Ja nie pasuję do waszego świata.
— Pel też nie, a jednak zostaje. Bylibyśmy bardzo radzi, gdybyś został też i ty. W każdym razie nie będziemy cię zatrzymywać… Ale powiedz mi, dlaczego chcesz odwiedzić Ziemię?
— Myślę, że rozumiesz to — odparł Trevize.
— Nie rozumiem.
— Powstrzymałeś się od udzielenia mi pewnej informacji, Dom. Być może miałeś ku temu powody, ale wolałbym, żebyś ich nie miał.
— Nie rozumiem, o czym mówisz — rzekł Dom.
— Słuchaj, Dom, po to, żeby podjąć wtedy tę decyzję, skorzystałem ze swojego komputera i przez krótką chwilę miałem bezpośredni kontakt z umysłami wszystkich, którzy się znajdowali wokół mnie — burmistrz Branno. Mówcy Gendibala, Novi. Uchwyciłem w przelocie wiele spraw, które w oderwaniu od siebie nic Ha mnie nie znaczyły, na przykład te różne wydarzenia, które Gaj a, poprzez Novi, wywołała na Trantorze, wydarzenia, które miały na celu skłonić tego Mówcę do podróży na Gaje.
— No i?
— Jedną z tych spraw było wyczyszczenie biblioteki trantorskiej z wszystkich wzmianek na temat Ziemi.
— Wyczyszczenie ze Wzmianek na temat Ziemi?
— Tak. A więc Ziemia musi być ważna i okazuje się, że nie tylko Druga Fundacja, ale także ja nie mogę nic o niej wiedzieć. Lecz jeśli mam przyjąć odpowiedzialność za przyszły kierunek rozwoju Galaktyki, to nie zaakceptuję takiego stanu rzeczy. Czy możesz powiedzieć mi, dlaczego było tak ważne, aby utrzymać przede mną w tajemnicy wiedzę o Ziemi?
— Trev, Gai nie jest nic wiadomo o takim wyczyszczeniu biblioteki — rzekł uroczyście Dom. — Nic!
— Chcesz powiedzieć, że to nie jest sprawka Gai?
— Tak.
Trevize dumał przez chwilę, przygryzając wargę. — No to czyja to sprawka? — spytał.
— Nie wiem. Nie rozumiem, jaki mógł być tego cel.
Popatrzyli na siebie, po czym Dom powiedział: — Masz rację. Wydawało się nam, że wszystko zakończyło się bardzo pomyślnie, ale dopóki ta sprawa pozostaje niewyjaśniona, nie wolno nam spocząć… Zostań jeszcze trochę z nami. Zobaczymy, czy uda się nam znaleźć jakieś wyjaśnienie. Potem możesz odlecieć. Pomożemy ci w miarę naszych sił.
— Dziękuję — odparł Trevize.
Koniec
(na razie)