— Nie trzeba mnie zaklinać na mój honor — rzekł Gendibal. — Szczerze przyznaję, że wśród członków Stołu zdarza się i nienawiść, i rywalizacja, i zdrada. Ale kiedy już zostanie podjęta decyzja, wszyscy się do niej stosują. Nigdy nie było wyjątku od tej zasady.
— A jeśli nie dokonam żadnego wyboru? — spytał Trevize.
— Musisz dokonać — odparła Novi. — Sam dojdziesz do wniosku, że należy tak zrobić i wtedy dokonasz wyboru.
— A jeśli spróbuję i nie będę mógł niczego wybrać?
— Musisz wybrać.
— Ile mam czasu? — spytał Trevize.
— Tyle, ile będzie ci trzeba, żeby uzyskać pewność, choćby trwało to nie wiem jak długo.
Trevize siedział w milczeniu.
Chociaż pozostali też milczeli, Trevizemu wydawało się, że słyszy pulsowanie swego serca.
Słyszał stanowczy głos Branno: „Wolna wola”.
Brzmiał mu w uszach apodyktyczny glos Gendibala: „Przewodzenie i pokój”!
I smutny głos Novi: „Życie”.
Trevize obrócił się i zobaczył, że Pelorat wpatruje się w niego z napięciem. — Słyszałeś to wszystko, Janov? — spytał.
— Tak, Golan, słyszałem.
— I co o tym myślisz?
— Decyzja nie należy do mnie.
— Wiem, ale powiedz, co o tym myślisz.
— Nie wiem. Przerażają mnie wszystkie trzy możliwości. Ale przyszła mi do głowy szczególna myśl…
— Tak?
— Kiedy znaleźliśmy się w przestrzeni, pokazałeś mi Galaktykę. Pamiętasz?
— Oczywiście.
— Przyspieszyłeś czas i Galaktyka zaczęła się obracać tak, że można to było dostrzec. I wtedy powiedziałem, jak gdybym przeczuwał obecną sytuację, że Galaktyka wygląda jak żywa istota, pełznąca przez przestrzeń. Myślisz, że jest już w jakimś sensie żywa?
Trevize, przypomniawszy sobie ten moment, poczuł nagle pewność. Przypomniał sobie nagle, że miał wtedy wrażenie, iż także Pelorat odegra w ich wyprawie istotną rolę. Odwrócił się pospiesznie, aby już o tym nie myśleć, aby nie opadły go wątpliwości, aby nie stracić pewności.
Położył dłonie na łączach i skoncentrował się na jednej myśli. Myślał tak intensywnie, jak nigdy przedtem.
Powziął decyzję, decyzję, od której zależał los Galaktyki.
Burmistrz Harla Branno miała powody do zadowolenia. Wizyta oficjalna nie trwała długo, ale była bardzo owocna.
— Oczywiście, nie możemy im całkowicie ufać — powiedziała, jakby bojąc się, że może wpaść w zbytnią pychę.
Obserwowała ekran. Statki floty wojennej Fundacji wchodziły, jeden po drugim, w nadprzestrzeń i wracały do swoich baz.
Nie było najmniejszej wątpliwości, że ich obecność wywarła wielkie wrażenie na Sayshell, ale też Sayshellczycy nie mogli nie zauważyć dwu rzeczy — po pierwsze, że wszystkie statki cały czas znajdowały się w przestrzeni należącej do Fundacji, po drugie, że kiedy tylko Branno wydała polecenie, by odleciały, zrobiły to bez zwłoki.
Z drugiej strony Sayshellczycy nie zapomną, że te statki mogą być ponownie wezwane na granicę w ciągu jednego dnia albo nawet w jeszcze krótszym czasie. W sumie manewr ten był zarówno demonstracją siły, jak i dobrej woli.
— Zupełnie zgadzam się z tym, że nie możemy im całkowicie ufać — rzekł Kodell — ale w końcu nikomu w Galaktyce nie można całkowicie ufać, a dotrzymanie warunków umowy leży w interesie Sayshell. Byliśmy wspaniałomyślni.
— Dużo będzie zależało od opracowania szczegółów umowy — powiedziała Branno — i przewiduję, że potrwa to dobrych parę miesięcy. Postanowienia ogólne można zaakceptować w jednej chwili, ale gorzej jest z detalami — jak załatwić sprawę kwarantanny dla towarów importowanych i eksportowanych, jak ustalić wartość ich ziarna i bydła w porównaniu z naszym ziarnem i bydłem, i tak dalej.
— Wiem o tym, ale w końcu załatwi się to wszystko i będzie to pani zasługa, pani burmistrz. Było to śmiałe posunięcie i przyznaję, że miałem wątpliwości, czy jest rozsądne.
— Niech pan da spokój, Liono. Wszystko sprowadzało się do tego, żeby Fundacja doceniła godność własną i dumę Sayshellczyków. Od czasów wczesnego Imperium zachowywali mniej lub bardziej ograniczoną niepodległość. Faktycznie można ich za to podziwiać.
— Tak, teraz, kiedy już nie są dla nas niewygodni.
— Otóż to. A więc musieliśmy powściągnąć nieco naszą własną dumę i zrobić jakiś gest w ich stronę. Przyznaję, że, jako burmistrzowi trzęsącej Galaktyką Fundacji, niełatwo mi było powziąć decyzję złożenia oficjalnej wizyty w jakimś prowincjonalnym gwiazdozbiorze, ale kiedy już ją podjęłam, to okazało się, że nie jest ona wcale tak bolesna, jak to się początkowo wydawało. A ich mile to połechtało. Musieliśmy zaryzykować i założyć, że jeśli przesuniemy nasze statki na granicę, to zgodzą się na tę wizytę, ale oznaczało to, że będziemy musieli udawać skromność i uśmiechać się szeroko.
Kodell skinął głową. — Zrezygnowaliśmy z pozorów siły, aby zachować jej istotę.
— Otóż to… Kto to powiedział?
— Zdaje mi się, że ktoś w jednej ze sztuk Eridena, ale nie jestem pewien. Możemy o to spytać luminarzy naszej literatury, kiedy wrócimy na Terminusa.
— Jeśli o tym będę pamiętać. Musimy skłonić Sayshellczyków do szybkiej rewizyty i postarać się, żeby przyjęto ich jak równorzędnych partnerów. Obawiam się, Liono, że będzie pan im musiał zapewnić silną ochronę. Nasi zapaleńcy na pewno będą oburzeni tym układem i byłoby nierozsądnie z naszej strony, gdybyśmy dopuścili do tego, żeby czuli się upokorzeni przez jakieś manifestacje protestacyjne.
— Absolutnie zgadzam się z panią — rzekł Kodell. — A propos, wysłanie Trevizego to było bardzo sprytne posuniecie.
— Mojego piorunochrona? Spisał się lepiej, niż się spodziewałam. Zdążył tak szybko narozrabiać na Sayshell, że aż trudno mi w to było uwierzyć. No i ściągnął burzę. Na przestrzeń, trudno było o lepszy pretekst dla mojej wizyty! Wykazałam troskę o to, żeby żaden obywatel Fundacji nie sprawiał im kłopotów i wdzięczność za ich wyrozumiałość i cierpliwość.
— Tak, to było dobrze pomyślane… Ale czy nie uważa pani, że byłoby lepiej, gdybyśmy zabrali Trevizego z powrotem?
— Nie. Niech sobie będzie, gdzie chce, tylko nie na Terminusie. U nas stale by mącił. To jego idiotyczne gadanie o istnieniu Drugiej Fundacji dało mi znakomity pretekst, żeby się go pozbyć. Oczywiście liczyliśmy na to, że Pelorat nakłoni go, aby udali się na Sayshell, ale nie chcę mieć go, z tym jego bzdurnym gadaniem, z powrotem na Terminusie. Nie można przewidzieć, czym by się to mogło skończyć.
Kodell zachichotał:
— Wątpię, czy uda nam się kiedykolwiek znaleźć kogoś bardziej łatwowiernego niż taki akademicki intelektualista. Ciekaw jestem, w co jeszcze Pelorat mógłby uwierzyć, gdybyśmy go do tego zachęcili.
— Wystarczy, że uwierzył w faktyczne istnienie tej mitycznej Gai, ale dajmy temu spokój. Kiedy wrócimy, będziemy musieli stawić czoła Radzie. Potrzebujemy ich głosów dla zatwierdzenia umowy z Sayshell. Na szczęście mamy oświadczenie Trevizego, z jego indywidualnymi śladami głosowymi i tak dalej, że opuścił Terminusa dobrowolnie. Przeproszę oficjalnie Radę za krótkotrwałe zatrzymanie Trevizego w areszcie, złożę wyrazy ubolewania i to ich w pełni zadowoli.
— Jeśli chodzi o ten kit, który im pani wepchnie, to jestem całkowicie spokojny — rzekł sucho Kodell. — Ale czy nie pomyślała pani o tym, że Trevize może dalej szukać Drugiej Fundacji?
Читать дальше