— Słuchaj — zaczął Gundersen — w ciągu tygodnia mogę cię przetransportować do domu Seeny. Na pewno ma cały zestaw leków i oczywiście środki przeciwrakowe. Choroba nie zaszła tak daleko, byśmy nie mogli jej powstrzymać, jeśli będziemy działać szybko. A potem wsadzimy cię na statek i poślemy na Ziemię, gdzie cię całkowicie wyleczą.
— Nie. Nie ma o czym mówić.
— Nie gadaj głupstw! Nie żyjemy w średniowieczu, Ced. Przypadek raka nie jest powodem, by człowiek kładł się w brudnej chałupie i czekał na śmierć. Sulidory przygotują dla ciebie nosze. Załatwię to w ciągu pięciu minut. I potem…
— Nie zdołałbym nigdy dotrzeć do Seeny i dobrze o tym wiesz — powiedział miękko Cullen. — Nildory zabrałyby mnie w momencie, w którym przekroczyłbym granicę Krainy Mgieł. Musisz o tym wiedzieć.
— No…
— Nie mam siły na udawanie. Wiesz przecież, że jestem najbardziej poszukiwanym człowiekiem na tej planecie, prawda?
— Chyba tak.
— Zostałeś wysłany, żeby mnie im dostarczyć?
— Nildory prosiły, żebym cię sprowadził — przyznał Gundersen. — Musiałem się zgodzić, aby otrzymać zezwolenie na przybycie tutaj.
— Naturalnie — powiedział z goryczą Cullen.
— Postawiłem jednak warunek, że nie sprowadzę cię, jeśli nie będziesz chciał iść dobrowolnie — dodał Gundersen. — Wysunąłem też inne zastrzeżenia. Słuchaj Ced, nie jestem Judaszem. Podróż tę podjąłem z osobistych powodów i to, że cię odwiedziłem jest sprawą całkowicie uboczną. Ale chcą ci pomóc. Zgódź się, żebym zabrał cię do Seeny. Będziesz poddany leczeniu i…
— Powiedziałem ci — przerwał Cullen — że nildory złapią mnie przy pierwszej okazji.
— Nawet gdyby wiedziały, że jesteś śmiertelnie chory i zabieram cię na kurację?
— Zwłaszcza wtedy. Gdybym umierał, chciałyby ocalić mą dusze. Nie mam ochoty sprawić im tej satysfakcji, Gundy. Zostanę tutaj, tu gdzie jestem bezpieczny, poza ich zasięgiem, i będę czekał, aż rak mnie wykończy. To już teraz niedługo. Dwa dni, trzy, tydzień, a może nawet dziś. Jestem wdzięczny, że chciałeś mnie ratować, ale nie pójdę.
— A jeśli otrzymam od nildorów obietnicę, że zostawią cię w spokoju, póki nie będziesz w stanie poddać się…
— Nie pójdę. Musiałbym użyć siły. A to wykracza poza warunki przyrzeczenia, jakie złożyłeś nildorom, prawda?
— Cullen uśmiechnął się po raz pierwszy od dłuższej chwili.
— Tam, w kącie jest jeszcze jedna butelka wina. Bądź dobrym kolegą.
Gundersen poszedł ją przynieść. Musiał przejść koło kilku sulidorów. Rozmowa z Cullenem tak go pochłonęła, była taka prywatna, że zapomniał o sulidorach, których było pełno w chacie. Wziął wino i zaniósł choremu. Ręka Cullena drżała, ale zdołał się napić, potem podał butelkę Gundersenowi, który nie był w stanie mu odmówić. Wino było ciepłe i słodkie.
— A więc nie będziesz starał się zabrać mnie z tej wioski, zgoda? — nalegał Cullen. — Wiem, że nie myślisz serio, aby przekazać mnie nildorom, ale może uważasz, że w ten sposób uratujesz mi życie. Nie rób tego, bo skutek byłby ten sam — tak czy inaczej dostałbym się w ręce nildorów. Zostanę tutaj. Zgoda?
Gundersen milczał przez chwilę. — Niech ci będzie — powiedział wreszcie.
Cullen odetchnął z ulgą. — Szkoda, że straciłem tyle energii by cię przekonać — westchnął. — Mamy sobie jeszcze tyle do powiedzenia, a nie mam już siły.
— Odpocznij sobie teraz, przyjdę później.
— Nie. Zostań. Rozmawiaj ze mną. Powiedz mi, gdzie byłeś przez te wszystkie lata, dlaczego tu wróciłeś, kogo widziałeś, co robiłeś? Opowiedz mi wszystko. Odpocznę, jak będę cię słuchał. A potem… potem…
Głos Cullena załamał się. Gundersenowi zdawało się, że stracił przytomność albo może zasnął. Oczy miał zamknięte, oddychał powoli, z trudem. Gundersen zamilkł, czuł się skrępowany. Zaczął chodzić po chałupie, oglądał skóry zwierząt zawieszone na ścianach, proste sprzęty, resztki jedzenia. Sulidory nie zwracały na niego uwagi. Było ich w chacie osiem. Trzymały się z dala od umierającego, a jednak cały czas na niego baczyły. Gundersena z każda chwilą coraz bardziej onieśmielała obecność tych ogromnych, dwunogich bestii, tych koszmarnych stworzeń z kłami i pazurami, z grubym ogonem i długimi ryjami, które wchodziły i wychodziły i poruszały się tak, jakby on w ogóle nie istniał. Wypił jeszcze trochę wina, chociaż ani jego smak, ani zapach nie były przyjemne.
— Opowiadaj mi, czekam — odezwał się Cullen, mając wciąż zamknięte oczy.
Gundersen zaczął mówić. Mówił o ośmiu latach, które spędził na Ziemi, o niepokoju, jaki go tam opanował, o trudnej do określenia chęci powrotu na Belzagor, o potrzebie znalezienia jakiegoś nowego sposobu na życie. Opowiadał o swej wędrówce przez lasy do siedliska nildorów nad jeziorem, o tym jak tańczył pomiędzy nimi i jak wymuszono na nim obietnicę, że sprowadzi Cullena. Mówił o Dykstrze i jego kobiecie znalezionych w ruinach stacji. Powiedział mu też, że był z Seena w Noc Pięciu Księżyców. Powiedział o Kurtzu i o tym, jak został zmieniony wskutek ponownych narodzin. I mówił o swojej pielgrzymce do Krainy Mgieł.
Trzy razy myślał, że Cullen zasnął, a raz wydawało mu się, że chory w ogóle nie oddycha. Jednak gdy przestawał mówić, Cullen dawał jakiś słaby znak — krzywił usta, poruszał leciutko końcami palców — by Gundersen nie przerywał opowieści. W końcu, kiedy nie miał już nic więcej do powiedzenia, stał przez dłuższą chwilę w milczeniu i czekał, czy Cullen uczyni jakiś znak.
— No i…? — wyszeptał wreszcie chory.
— No i znalazłem się tutaj.
— A stąd dokąd się udajesz?
— Na Górę Odrodzenia — odpowiedział Gundersen spokojnie.
Cullen otworzył oczy. Skinął, by podnieść mu poduszki i usiadł pochylony do przodu.
— Dlaczego chcesz tam iść? — zapytał.
— Chcę się przekonać, czym są ponowne narodziny.
— Widziałeś Kurtza?
— Widziałem.
— On też chciał się tego dowiedzieć — mówił z wysiłkiem Cullen. — Znał szczegóły techniczne, ale chciał dotrzeć do treści wewnętrznej. Samemu przeżyć. To oczywiście nie była tylko zwykła ciekawość. Kurtz miał pewne kłopoty natury duchowej. Chodziło mu po głowie, żeby złożyć siebie w ofierze, bo wmówił sobie, że musi odpokutować za całe swoje życie. Słusznie zresztą. Zupełnie słusznie. No i poszedł ponownie się narodzić. Sulidory zgodziły się. Oto człowiek! Widziałem go, zanim odszedłem na północ.
— Przez pewien czas myślałem, że też mógłbym się ponownie narodzić — Gundersen wypowiedział te słowa na pół świadomie. — Z tych samych powodów: mieszanina ciekawości i poczucia winy. Ale zarzuciłem ten pomysł. Owszem, udam się na tamtą górę, żeby zobaczyć, co oni robią, ale nie sądzę, bym sam poddał się tym rytuałom.
— Dlatego, że widziałeś jak wygląda Kurtz?
— Częściowo. A także i dlatego, że mój pierwotny plan wydał mi się jakiś, no… wymyślny. Niespontaniczny. Akt wyboru intelektualnego, a nie akt wiary. Nie można udać się tam i oczekiwać ponownych narodzin, mając do tego zimne, naukowe podejście. Trzeba odczuwać nieprzeparty przymus wewnętrzny.
— Tak jak to czuł Kurtz?
— Właśnie tak.
— A ty tego nie odczuwasz?
— Już sam nie wiem — odpowiedział Gundersen. — Sądziłem, że również i ja czuję ten przymus, powiedziałem o tym Seenie. Teraz jednak, gdy znalazłem się w pobliżu tej góry, cała ta historia zaczyna mi się wydawać wydumana.
Читать дальше