— Trzy dni wypoczynku u Metaxasa — oznajmił. — Magnifiąue!
— Dobrze wyglądasz. Aż za dobrze. Czyś ty przypadkiem nie wyrwał się pofiglować z Pulcheria?
— W głowie mi to nie postało, ale gdyby nawet, to co? Ty sukinsynu, czyżbyś ostrzegał mnie, żebym trzymał się od niej z daleka?
— Nie masz najmniejszego prawa… !
— Zapomniałeś, że jestem tobą, przyjacielu? Nie możesz być zazdrosny o samego siebie!
— Zapomniałem — przyznałem ze skruchą. — Głupio z mojej strony, nie?
— Z mojej jeszcze głupiej. Rzeczywiście, powinienem ją odwiedzić. Zmarnowałem okazję.
— W każdym razie teraz moja kolej. Zabawię się w poszukiwania, a potem odsapnę sobie i może spędzę kilka chwil z naszą ukochaną. Nie masz nic przeciwko temu, prawda?
— Nie, nie mam — westchnął Jud B. — Muszę przyznać, że jest tak samo twoja, jak i moja.
— Słusznie prawisz. Jak już wszystko załatwię, wrócę do ciebie o, powiedzmy, trzeciej piętnaście. Rozumiesz?
Zsynchronizowaliśmy jeszcze prądy czasu nas obu w odniesieniu do 1105 roku, żeby uniknąć nieciągłości. Nie chciałem dotrzeć do Metaxasa, kiedy był u niego mój bliźniak lub, co jeszcze gorzej, nim zdążył się tam pojawić. Potem wyszedłem z gospody i skoczyłem pod prąd. W 1105 natychmiast wynająłem rydwan i pięknego jesiennego dnia dotarłem do willi Metaxasa.
Metaxas oczy miał podkrążone, na twarzy kilkudniowy zarost. Powitał mnie na progu słowami:
— Który jesteś, A czy B?
— A — odparłem. — B zastąpił mnie w gospodzie, w 1204. Jak tam poszukiwania?
— Kiepsko. Ale nie tracimy nadziei. Popieramy cię wszyscy, Jud, na sto procent. Wejdź, spotkasz paru starych przyjaciół.
— Strasznie przepraszam za to, że sprawiłem wam takie kłopoty powiedziałem wchodząc do salonu.
Mężczyźni, których szanowałem najbardziej w świecie, uśmiechali się tylko, śmiali, spluwali i powtarzali: „Co tam, chłopie, nie ma sprawy”.
Wszyscy byli ponurzy i zmęczeni. Wszyscy pracowali dla mnie ciężko i — jak na razie — bez rezultatów, czego nawet nie próbowali ukryć. Pragnąłem ich przycisnąć do serca. Czarnego Sambo, Jeffa Monroe o sztywnej i bladej, niczym plastykowej twarzy, Sida Buonocore o rozbieganych oczach, Kolettisa, Pappasa, Plastirasa. Przygotowali tablicę, by zaznaczać na niej miejsca, w których nie znaleźli Sauerabenda. Sporo już było tych miejsc.
— Nie martw się, chłopcze — powiedział mi Sam. — Wytropimy go.
— Fatalnie się czuję. Pracujecie dla mnie w wolnym czasie i…
— Coś takiego mogło się zdarzyć każdemu z nas. To nie twoja wina.
— Nie moja?
— Sauerabend bawił się timerem bez twojej wiedzy, prawda? Jak mogłeś temu zapobiec? — Sam uśmiechnął się szeroko. — Musimy cię z tego wyciągnąć, mały. Każdy z nas w każdej chwili może znaleźć się w podobnej sytuacji.
— Jeden za wszystkich — poparł go Madison Jefferson Monroe. — Wszyscy za jednego.
— Myślisz, że jesteś pierwszym kurierem, któremu nawiał turysta? — zdziwił się Buonocore. — Nie graj głąba! Te timery przestawi na ręczne sterowanie każdy, kto ma jakie takie pojęcie o teorii efektu Benchleya.
— Nikt mi nic nie mówił…
— Bo czegoś takiego się nie reklamuje. Co nie znaczy, że to niemożliwe. Pięć, sześć razy w roku komuś udaje się wybrać na prywatną wycieczkę w czasie bez wiedzy kuriera.
— A czym to grozi kurierowi? — zainteresowałem się.
— Jeśli Patrol go dorwie? Traci pracę — wyjaśnił beznamiętnie Buonocore. — My zaś próbujemy kryć się nawzajem i rozwiązać problem, nim dowie się o nim Patrol. Cholerna to robota, ale zrobić ją trzeba. No bo jeśli nie pomożemy jednemu z naszych, kiedy ma kłopoty, to kto nam pomoże, do cholery?
— A poza tym — dodał Sam — możemy uważać się za bohaterów.
Przyjrzałem się przygotowanej przez nich tablicy. Nieźle przebadali wczesny okres cesarstwa — od Konstantyna do drugiego Teodozjusza — oraz, równie starannie, ostatnie dwa wieki. Pomiędzy początkiem i kresem Bizancjum prowadzili tylko wyrywkowe poszukiwania. Sam, Buonocore i Monroe schodzili ze służby na odpoczynek, Kolettis, Plastiras i Pappas przygotowywali się do startu i zajęci byli opracowywaniem strategii poszukiwań.
Podczas gdy omawialiśmy sposoby dorwania Sauerabenda, wszyscy byli dla mnie bardzo mili. Czułem niemal bijące od nich ciepłe fale sympatii. Miałem przyjaciół w potrzebie, towarzyszy broni. Byliśmy Muszkieterami Czasu. Ciężar, który dźwigałem na sercu, zmalał wyraźnie. Wygłosiłem krótkie przemówienie dziękując im za pomoc. Sprawiali wrażenie zawstydzonych; jeszcze raz zapewnili mnie, że to przyjacielska przysługa i że przyjacielskie przysługi to zasada w tym towarzystwie.
Służba otworzyła drzwi. Pojawił się w nich jakiś brudny od pyłu człowiek w ciemnych, zupełnie nie pasujących do epoki okularach. Najeeb Dajani, mój nauczyciel, opadł na krzesło i niecierpliwym gestem, nie skierowanym do nikogo w szczególności, zażądał wina.
Kolettis wręczył mu puchar. Dajani wylał sobie trochę wina na ręce i przemył zapylone okulary. Resztę wypił.
— Panie Dajani! — krzyknąłem uradowany. — Nie wiedziałem, że i pana zawiadomiono. Niech pan posłucha, chciałem bardzo podziękować panu za…
— Ty głupi kutasie — powiedział spokojnie Dajani. — Jakim cudem wydano ci w ogóle licencję kuriera?
Dajani powrócił właśnie z poszukiwań w mieście, w latach 630–650. Sukcesu nie odniósł, był zmęczony i poirytowany; najwyraźniej nie sprawiało mu najmniejszej przyjemności spędzanie przerwy na bezsensownych poszukiwaniach.
Jego szczerość zdmuchnęła powiew miłego ciepełka, które czułem na sercu jeszcze przed chwilą. Próbowałem sprzedać mu przemowę o wdzięczności, ale przerwał mi niemal natychmiast.
— I jeszcze będzie się nam podlizywał! — stwierdził kwaśno. Robię to, co robię, bo jako instruktor wyszedłbym na idiotę, gdyby Patrol odkrył, że wypuściłem małpę z licencją kuriera. Chronię swą skórę, nie twoją.
Zapadła nieprzyjemna cisza, przerywana tylko szuraniem przesuwających się pod stołem stóp i pokasływaniem zgromadzonych.
— Niezbyt miło mi to słyszeć — powiedziałem Dajaniemu.
— Nie daj mu się zdenerwować, mały — pocieszył mnie Sid Buonocore. — Jest tak, jak ci mówiłem: każdy turysta może zerwać zabezpieczenia timera i…
— Nie chodzi mi o to, że zgubił turystę — stwierdził Dajani jadowitym tonem. — Chodzi mi o to, że ten idiota zdołał się zduplikować próbując przemontować czas. — Obrzucił mnie wściekłym spojrzeniem. — Pierwszą pomyłkę mógłbym mu wybaczyć, druga jest niewybaczalna!
— Duplikacja to rzeczywiście głupota — przyznał Buonocore.
— To bardzo poważna sprawa — dodał Kolettis.
— Zła karma — zawtórował im Sam. — Nie wiem, jak zdołamy poradzić sobie z tą sprawą.
— Nie pamiętam podobnego przypadku — oznajmił Pappas.
— Beznadziejnie głupia pomyłka — zakończył Plastiras.
— Słuchajcie — próbowałem się bronić. — Duplikacja trafiła mi się przypadkiem. Tak się przejąłem szukaniem Sauerabenda, że nie przemyślałem do końca prawdopodobnych konsekwencji i…
— Błąd naturalny u zdenerwowanego człowieka — zawtórował mi Jeff Monroe.
— Każdemu mogło się zdarzyć — mruknął miłosiernie Buonocore.
— Ale szkoda. Cholerna szkoda — zmartwił się Pappas.
Nie czułem się już ważnym członkiem ekskluzywnego bractwa, lecz raczej kuzynem półgłówkiem, nad którym wszyscy się litują, bo gdzie się ruszy, pozostawia po sobie kałuże. Wujkowie półgłówka właśnie próbowali sprzątnąć po nim już nie tylko kolejne siki, lecz sporą kupę, a jednocześnie pocieszali go, bo nie sposób przewidzieć, co z nerwów by zmajstrował.
Читать дальше