— Musimy się stąd wynosić — powiedział Jud B.
— Nim on się pojawi — dokończyłem za niego.
— Właśnie. Jeśli nas zobaczy, może nie zdecydować się na ten skok do za czternaście północ, a to…
— … a to może wyeliminować z życia ciebie i mnie.
— To dokąd skaczemy? — spytał on.
— Możemy skoczyć te trzy, cztery minuty wstecz i spróbować razem złapać Sauerabenda.
— Nie możemy. Nałożymy się na tego trzeciego, który właśnie wybiera się do Pulcherii.
— No to co? Zmusimy go, by szedł swoją drogą, kiedy tylko przyskrzynimy tego gościa.
— Powtarzam, że nie możemy. Bo jeśli nie przyskrzynimy Sauerabenda, spowodujemy kolejną zmianę w prądach czasu i, być może, przywołamy trzeciego z nas. Wywołamy efekt lustrzanego odbicia, będziemy się duplikować, aż zrobi się nas milion. Z tym timerem facet jest dla nas za szybki.
— Masz rację. — Żałowałem, że Jud B nie wrócił na swoje miejsce, kiedy jeszcze był na to czas.
Dwanaście minut do północy.
— Mamy sześćdziesiąt sekund na podjęcie decyzji. To dokąd?
— Nie wracamy po Sauerabenda. Za nic!
— Zgoda.
— Ale musimy jakoś go zlokalizować.
— Tak.
— A on może być wszędzie?
— Tak.
— Więc nas dwóch to za mało. Musimy znaleźć pomoc.
— Metaxas.
— Tak. A może i Sam.
— Tak. I może Capistrano?
— To Capistrano jest?
— Kto wie? Zawsze można spróbować. Potrzebny nam on, Buonocore, Jeff Monroe. Przecież to sytuacja kryzysowa!
— Słusznie. Słuchaj, mamy jeszcze tylko dziesięć sekund. Chodź ze mną.
Wybiegliśmy z pokoju. Zbiegliśmy na dół, do kuchni, mijając się o sekundy z Judem z za jedenaście dwunasta. Przycupnęliśmy w ciemnej wnęce pod kuchennymi schodami myśląc o Judzie, którego tylko te schody dzieliły od odkrycia, że Sauerabend znikł.
— Musimy pracować jak zgrana drużyna — powiedziałem. — Ty skoczysz pod prąd do 1105, znajdziesz Metaxasa i wyjaśnisz mu, co się stało. Niech wezwie posiłki. Wszyscy macie zająć się tropieniem linii czasowej Sauerabenda.
— A co z tobą?
— Mam zamiar zostać tutaj. Do za minutę dwunasta. Za minutę dwunasta ten my z góry skoczy pod prąd mniej niż trzynaście minut, żeby znaleźć Sauerabenda…
— … pozostawiając turystów bez opieki…
— … właśnie, a ktoś musi przecież z nimi zostać, więc kiedy tylko zniknie, pójdę na górę i odegram rolę Juda Elliotta, kuriera. Będę tu cały czas, dopóki nie dostanę od ciebie jakichś informacji. Zgoda?
— Zgoda.
— No to znikaj.
Znikł posłusznie, a ja skuliłem się w ciasny kłębek, drżąc ze strachu. Wszystko nagle zwaliło mi się na głowę. Sauerabend znikł, ja zaś spłodziłem alter ego przez paradoks duplikacji — w ciągu jednego wieczora popełniłem kilka przestępstw czasowych, z których paru nie umiałem nawet nazwać, i…
Chciało mi się płakać.
A przecież nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego, że to dopiero początek.
Za minutę dwunasta pozbierałem się jakoś i poszedłem na górę udając, że jestem jedynym prawdziwym Judem Elliottem. Wchodząc do sali pozwoliłem sobie na chwilę głupiej nadziei, że Sauerabend będzie zwyczajnie leżał w łóżku. Niech tylko wszystko da się naprawić retroaktywnie, modliłem się.
Sauerabenda jednak nie było.
Czy oznacza to, że wcale nie został znaleziony?
Niekoniecznie. Być może, chcąc uniknąć kolejnych problemów, pojawi się nieco z prądem, powiedzmy nad ranem, może nawet tuż przed świtem. Albo może wróci w moment, w którym skoczył — mniej więcej trzynaście minut przed północą, a ja po prostu nie będę świadom jego powrotu z powodu jakiejś tajemniczej funkcji paradoksu przemieszczenia, przez którą znalazłem się na zewnątrz systemu.
Nie wiedziałem. I nawet wcale nie chciałem wiedzieć. Chciałem tylko, żeby Conrad Sauerabend został zlokalizowany, a następnie przeniesiony w swą właściwą pozycję w prądzie czasu, nim Patrol uświadomi sobie, że coś tu jest nie tak i wyciągnie z tego konsekwencje.
O spaniu nie było nawet mowy. Nieszczęśliwy siedziałem na brzegu łóżka, wstając od czasu do czasu, by sprawdzić, co tam u tu rystów. Gostamanowie spali. Hagginsowie spali. Palmyra, Bilbo i panna Pistil spali smacznie jak dzieci.
O wpół do trzeciej nad ranem ktoś lekko zapukał do drzwi. Podskoczyłem, otworzyłem je szarpnięciem i dostrzegłem stojącego na progu Juda Elliotta.
— Którym jesteś? — spytałem go ponuro.
— Tym samym, który był tu przedtem. Tym, który poszedł wezwać pomoc. Nie ma nas już więcej, co?
— Chyba nie ma — powiedziałem. Wyszliśmy razem na korytarz. — No i co? — spytałem niecierpliwie. — Co się właściwie dzieje?
— Nie było mnie tydzień — poinformował Jud B, mocno zniechęcony i nie ogolony. — Szukaliśmy, gdzie się dało, z prądem i pod prąd.
— My, to znaczy kto?
— No więc najpierw skoczyłem do Metaxasa, w 1105, tak jak mi poradziłeś. Bardzo go zaniepokoiła ta sytuacja, martwi się o nas. Od razu pchnął służbę, każąc sprawdzić, czy ktoś odpowiadający opisowi Sauerabenda nie pojawił się w okolicy 1105 roku.
— Cóż, nadmiar ostrożności nie zaszkodzi.
— Z pewnością. Warto chwytać się i brzytwy — zgodził się mój bliźniak. — Potem Metaxas skoczył z prądem do naszej teraźniejszości i wydzwonił Sama, który jak na skrzydłach przyleciał z Nowego Orleanu, zabierając ze sobą Sida Buonocore. Kolettis, Gompers, Plastiras, Pappas — wszyscy bizantyńscy kurierzy — też poinformowani zostali o sytuacji. Z powodu problemu nieciągłości nie alarmujemy nikogo żyjącego w innej teraźniejszości, wcześniejszej niż grudzień 2059, ale i tak mamy z czego wybierać. No więc teraz postępujemy tak: od tygodnia przeczesujemy przeszłość rok po roku, zasięgamy języka na targu, szukamy jakiegoś tropu. Pracowałem osiemnaście, dwadzieścia godzin na dobę. Wszyscy inni też. Ich lojalność jest wspaniała.
— Nie wątpię. Jakie są szansę, że go znajdziemy?
— Cóż… zakładamy, że nie opuścił terenu Konstantynopola, chociaż nikt nie zabroni mu skoczyć w naszą teraźniejszość, prze nieść się do Wiednia czy Moskwy i znów zniknąć pod prądem. My możemy tylko cierpliwie robić to, co robiliśmy do tej pory. Jeśli nie znajdziemy go w Bizancjum, przebadamy Turcję, potem cofniemy się do ery przedbizantyńskiej, a potem powiemy słówko kurierom w naszej teraźniejszości, żeby mieli na niego oko podczas swoich wycieczek i…
Przerwał. Był wyraźnie wyczerpany.
— Słuchaj — powiedziałem mu — musisz odpocząć. Może wrócisz do 1105 i posiedzisz parę dni u Metaxasa? Kiedy poczujesz się lepiej, skocz tutaj, a ja dołączę do poszukiwań. Możemy się tak zmieniać w nieskończoność. Tę noc w 1204 potraktujemy jako punkt odniesienia, dobrze? Ilekroć będziesz chciał się ze mną spotkać, skacz tutaj; w ten sposób nie stracimy ze sobą kontaktu. Może to nam zająć więcej niż jedno życie, nawet dużo więcej, ale znajdziemy Sauerabenda i przyprowadzimy do grupy jeszcze przed świtem.
— Dobra.
— A więc wszystko jasne? Odpocznij u Metaxasa i wróć do mnie… powiedzmy za pół godziny. Potem cię zastąpię.
— Jasne — powiedział Jud B i wyszedł na ulicę, żeby wykonać skok.
Kontynuowałem melancholijne czuwanie. O trzeciej nad ranem Jud B powrócił, wyglądając jak nowy. Ogolił się, wykąpał co najmniej raz, a prawdopodobnie więcej niż raz, włożył nowe ubranie. Sprawiał wrażenie wyspanego i wypoczętego.
Читать дальше