Robert Heinlein - Daleki patrol
Здесь есть возможность читать онлайн «Robert Heinlein - Daleki patrol» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Год выпуска: 1986, Издательство: Klubowe, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Daleki patrol
- Автор:
- Издательство:Klubowe
- Жанр:
- Год:1986
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Daleki patrol: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Daleki patrol»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Daleki patrol — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Daleki patrol», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
— A teraz proszę wraz ze mną spojrzeć na tę sprawę z prawnego punktu widzenia … — podjął mr. Walthers.
— Podczas podróży na „Asgardzie” byli państwo poddani władzy kapitana, reprezentowanego przez oficerów. W tej chwili, gdy już wylądowaliśmy, ten przepis traci swą moc. Możecie państwo zejść na ląd… albo pozostać na statku. Z punktu widzenia prawa, odbywamy w tej chwili dłuższy, nieprzewidziany planem lotu postój. Jeśli kiedykolwiek będzie dane „Asgardowi” wzbić się w przestrzeń, będziecie państwo mogli wejść na pokład i kontynuować rejs, choć muszę przyznać, że osobiście uważam to za niemożliwe. Nie mamy żadnych szans. Dlatego ośmieliłem się wspomnieć o zakładaniu kolonii. To jedyna nadzieja. Proszę zrozumieć … jesteśmy zgubieni.
Gdzieś z tyłu jakaś kobieta wpadła w histerię i zaczęła wykrzykiwać pojedyncze, niczym niezwiązane słowa.
— … Do domu … Odwieźcie mnie … Ja chcę do domu … Walthers zareagował bez wahania.
— Dumont! Proszę ją wyprowadzić. Niech pan wezwie lekarza! Po chwili podjął stracony wątek, jak gdyby w międzyczasie nic się nie stało.
— Zgodnie z prawem załoga okaże państwu wszelką konieczną pomoc. Osobiście uważam, że …
— Czemu powołuje się pan na jakieś „prawo”? Tu nie obowiązują żadne prawa! Walthers podniósł głos.
— Owszem, prawo istnieje. Dopóki funkcjonuje na tym statku wymiar sprawiedliwości, a utożsamia go kapitan, funkcjonują także wszelkie przepisy i normy prawne, niezależnie od tego, ile lat świetlnych dzieli nas od Ziemi. Dopiero ci, którzy zdecydują się na opuszczenie „As-garda”, staną poza prawem, lecz w tym miejscu pozwolę sobie na ważną uwagę: kolonizację należy rozpocząć od zebrania, które wybierze konstytucyjny rząd i mianuje odpowiedzialnych za losy kolonii ludzi. W przeciwnym razie nie można liczyć na jakiekolwiek efekty.
— Mr. Walthers? …
— Słucham, mr. Daigler? …
— Wiem, że nie czas na dysputy …
— Ma pan rację! — uciął pierwszy oficer.
— Dlatego nie zamierzam wdawać się w akademickie subtelności — ciągnął niezrażony Daigler — … choć miałbym coś do powiedzenia i w tej kwestii. Tak się jednak złożyło, że z racji swego zawodu mógłbym służyć pomocą co do ekonomicznej strony przedsięwzięcia.
— Świetnie. Nie omieszkamy skorzystać z pana kwalifikacji.
— Zechciałby mi pan pozwolić dojść do słowa? Dziękuję. A zatem pierwszym prawidłem, którego należy się trzymać, zakładając nowe osiedle w tak wielkiej odległości od bazy, jest przede wszystkim troska o odpowiednią wielkość osady. Statystyka dowodzi, że małe kolonie mogą paść przy lada niepowodzeniu. Wystarczy niewielki wstrząs, a wszystko obraca się w perzynę. Sytuacja jest podobna, jak przy grze w kości z małą ilością pieniędzy: brak szczęścia w trzech pierwszych rzutach i koniec gry.
Gdy tak się rozglądam w naszej sytuacji, widzę, że mamy do dyspozycji znacznie mniej, niż trzeba na zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb.
— Nic na to nie poradzimy, mr. Daigler.
— Wiem. Chciałbym tylko zapytać, czy możemy liczyć na pomoc załogi.
Mr. Walthers pokręcił głową.
— Wykluczone. Nie możemy pozbawić statku ludzi. Choć nie sądzę, żeby cokolwiek dało się zrobić, jednak z rachunku prawdopodobieństwa wynika, iż mamy jeszcze jakieś szansę. Być może sami coś wymyśli my… może znajdzie nas statek patrolowy … Dopóki istnieje „Asgard” i jego załoga, pozostaniemy na pokładzie. Przykro mi.
— Nie odpowiedział pan na moje pytanie. Wcale nie liczyłem na to, że załoga z dnia na dzień przedzierzgnie się w gromadę kolonistów. Chciałem tylko wiedzieć, czy możemy liczyć na waszą pomoc w podtrzymaniu rasy. Mamy zaledwie sześć kobiet, a to oznacza, że przyszłe pokolenie nowego narodu będzie znacznie mniej liczne, niż my. Zgodnie z prawami statystyki jesteśmy skazani na wymarcie … o ile każdy mężczyzna nie zechce pracować dziesięć godzin dziennie, aby zapewnić lepsze warunki życia swym dzieciom. Sądzę, że powinniśmy podjąć to zadanie, aby następne generacje miały przynajmniej od czego zaczynać. Chciałbym wiedzieć, czy załoga zechce nam pomóc.
— Myślę, że tak — spokojnie odparł pierwszy oficer.
— Cieszę się. DO rozmowy włączył się jakiś niski grubas o nalanej, czerwonej twarzy.
— „Cieszę się” ! … Już kiedyś przeżyłem coś podobnego! Oskarżę was wszystkich! Podam do sądu każdego z was … wszystkich razem i każdego z osobna! Oficerów, załogę, wszystkich! Niech ludzie się dowiedzą, co …
Max spostrzegł, jak Sam powoli zmierza w stronę krzyczącego człowieka, który także zauważył te manewry i ucichł.
— Niech go pan zaprowadzi do lekarza … — polecił zmęczony Walthers — Jutro rano może nas wszystkich postawić przed sądem, ale na dzisiaj dosyć tego. Zamykam zebranie.
17
W ciągu niespełna tygodnia niewielkie osiedle stało się sprawnie funkcjonującym organizmem. Mieli burmistrza /mr. Daigler/, główną arterię /Hendrix Avenue/ oraz zdążyli przeżyć pierwszą ceremonię ślubną, /mr. Arthur i Becky Weberbaner/, dopełnioną w obecności mieszkańców kolonii przez nowomianowanego burmistrza. Dla nowożeńców przeznaczono pierwszy dom, którego budowę właśnie rozpoczęto, Caritas dotrzymała wszystkiego, do czego zobowiązywało ją imię. Dni były ciepłe, wszędzie unosił się balsamiczny zapach drzew i kwiatów, noce łagodne. Niebo, które mogli podziwiać, było znacznie piękniejsze, bogatsze, bardziej różnorodne od wszystkich zakątków Drogi Mlecznej, jakie zdarzyło się im oglądać podczas rejsu.
Ich gwiazda (nazywali ją po prostu „Słońce”) otoczona była niesamowitą liczbą komet. Jedna z nich — prawdziwy olbrzym z nieprawdopodobnie długim warkoczem — zajmowała nieboskłon od zenitu aż do zachodniego horyzontu. Gdyby na Ziemi pojawiła się ta, którą mogli obserwować na północnej połaci nieba, wszyscy byliby zapewne zdania, że wkrótce nastąpi koniec świata — niezależnie od wyznania czy światopoglądu. Dwie kolejne ozdabiały południowy nieboskłon, rzucając nań zimny, pełgający blask.
Oprócz komet pełno było meteorytów. Każdego wieczora mogli obserwować rzęsisty deszcz spadającego na Caritas gwiezdnego pyłu, a widowisko to znacznie przewyższało okazałością najwspanialsze fajerwerki, jakie zdarzało im się oglądać na Ziemi podczas święta Unii Solarnej. Dotychczas nie spotkali żadnych drapieżników.
Kilku osadników dostrzegło wprawdzie jakieś stworzenia, przypominające mitologiczne centaury, o wielkości konia shetlandzkiego, lecz osobniki te uciekały natychmiast, gdy tylko zostały odkryte. Są planecie wiodącym okazem fauny były torbacze, różnej wielkości i różnorodnych kształtów. Nie spotkali ptaków, natomiast często widywali coś w rodzaju fruwających balonów, wielkości od jednego do półtora metra. Kulista powierzchnia opleciona była siatką mięśni, które naprężając się, lub rozluźniając, wsysały lub wysysały powietrze — w ten sposób dziwne te istoty unosiły się na wietrze.
Gdy napotykały na silniejszy prąd, osiadały na wierzchołkach drzew, albo dawały się unosić wraz z porywami wiatru. Fruwające balony darzyły jakimś szczególnym zainteresowaniem osiedle kolonistów, zwłaszcza stanowiska pracy. Często się zdarzało, że wisiały nieruchomo nad jednym z warsztatów, czy placem budowy, niekiedy okrążały wioskę, lecz nic z tego nie wynikało — po prostu miały jedynie cele poznawcze. A jednak nigdy nie podchodziły w pole zasięgu ręki. Kilku z kolonistów zaproponowało, żeby po prostu zestrzelić jedno ze stworzeń i poddać je gruntownym oględzinom, lecz burmistrz nie pozwolił. Owszem, poznali jeszcze innych sąsiadów. Nazwali je „Znikaczami” gdyż zwierzęta, czując na sobie bodaj przelotne spojrzenie człowieka, kryły się natychmiast za jednym z bloków skalnych, skąd miały zwyczaj obserwować osadę.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Daleki patrol»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Daleki patrol» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Daleki patrol» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.
