Tom spojrzał na niego dziwnie, gdy wyszedł.
— Rozmawiałeś ze sobą?
— Tak, taka mała konferencja z samym sobą — odparł Ferguson. — Posłuchaj, w jednym z tych snów jest zielona mgła, prawda?
— Zielony Świat. To piękne miejsce.
— Nie wiem. Widziałem tylko mgłę. Przedwczoraj w nocy. Zieloną mgłę.
— Nic więcej? Tylko mgłę?
— Tylko mgłę.
— W porządku — powiedział Tom. — Wizje próbują już się przebić. Zaczęło się. Może dlatego, że ja tu jestem, ich oddziaływanie jest silniejsze. Widzisz? Ty też potrafisz tak jak wszyscy, Ed. Chodź teraz ze mną. Idziemy do lasu.
— Po co?
— Mówiłem ci. Będziesz miał wizję. Musimy tylko pójść tam, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał, bo musisz się skoncentrować. W porządku, Ed? No, chodź już.
— Nic z tego nie będzie. Powiedz mi, jak mam mieć sen, skoro nie śpię?
— Tylko chodź ze mną — odparł Tom.
Ferguson wzruszył ramionami. Przecież nic mi się nie stanie, dlaczego miałbym nie spróbować? Skinął głową i wyszli na zewnątrz. Był ciepły, jesienny poranek. Obeszli salę gimnastyczną. Po drodze spotkali kilka osób: Dante Corelli i ogrodnika, Muga Watsona. Dante uśmiechnęła się i pokiwała im, ogrodnik nie zwrócił na nich uwagi.
— Może tutaj? — powiedział do Toma.
— Bardzo dobrze, świetnie. Usiądź na tym kamieniu, tu obok mnie, o tak. Musisz jeszcze dowiedzieć się — rzekł Tom — że wszechświat pełen jest istot dobrej woli. Jasne? Jest więcej słońc, niż ktokolwiek zdoła zliczyć, a wszystkie one mają planety, a na nich mieszkają ludzie. Nie tacy jak my, ale jednak ludzie. Oni wszyscy żyją i właśnie w tej chwili zajmują się swoimi sprawami. Rozumiesz? I oni wiedzą, że tu jesteśmy. Dają nam znaki. Kochają nas. Wszystkich. Chcą przygarnąć nas do siebie. Słyszysz, Ed? Musisz w to uwierzyć. Oni skontaktowali się ze mną poprzez wizje, ja jestem ich emisariuszem, jestem zwiastunem, który poprowadzi wszystkich do gwiazd — Tom pochylił się nad Fergusonem przeszywając go spojrzeniem swych nieziemskich, ciemnych oczu. — Czy to brzmi jak szaleństwo, Ed? Musisz spróbować uwierzyć. Chociaż na chwilę odrzuć swój gniew, nienawiść i wszystko złe, co tkwi w twojej duszy jak bryła lodu. Powiedz sobie, że ten Tom to wariat, ale ty przez chwilę będziesz udawał, że wierzysz w to, co on mówi. Dobrze? W porządku? Będziesz tylko udawał. Nikt nie dowie się, że Ed Ferguson przez sześćdziesiąt sekund wierzył w jakieś wariactwo. Tom nikomu nie powie, uwierz, Tom nie powie. Tom cię kocha, Tom chce ci pomóc, Ed, poprowadzić cię. Podaj mi teraz ręce.
— Co do cholery — powiedział Ferguson — podawać ręce?
— Uwierz mi. Uwierz im. Czy chcesz wciąż czuć się tak, jak czułeś się przez całe życie? Odrzuć to wszystko choć na chwilę. Otwórz się. Niech spłynie na ciebie łaska. Podaj mi ręce. Co, myślisz, że jestem jakimś zboczeńcem? Chcę ci tylko pomóc. Ręce, Ed.
Ed z niechęcią wyciągnął ręce przed siebie.
— Teraz odpręż się, rozluźnij. Umiesz się uśmiechać? Chyba jeszcze nigdy nie widziałem cię uśmiechniętego. Zrób to teraz. Udawaj, jeśli musisz. Jeden głupi uśmiech, podnieś kąciki ust, nie przejmuj się, że możesz śmiesznie wyglądać. O tak, dobrze. Chcę, żebyś cały czas się uśmiechał. Chcę, żebyś powiedział sobie, że jest w tobie duch nieśmiertelny stworzony przez Boga, który kocha cię w każdej chwili twojego życia. Uśmiechaj się, Ed! Uśmiechaj się! Pomyśl o miłości. Pomyśl o światach czekających na ciebie. Pomyśl o nowym życiu, które będzie twoje, gdy odrzucisz ziemskie ciało i dokonasz Przejścia. Możesz być, kim tylko zechcesz. Nie musisz być sobą. Możesz być dobry, czuły, pełen miłości. I nikt nie będzie się z ciebie śmiał z tego powodu. To jest nowe życie. Uśmiechaj się, Ed. Bądź wciąż uśmiechnięty. O tak, wcale głupio nie wyglądasz, wiesz? Wyglądasz wspaniale, jesteś przemieniony. Podaj mi teraz ręce. Podaj… mi… ręce…
Ferguson poczuł się bezradny. Chciał stawiać opór, zbudować mur, by to coś nie wtargnęło do jego wnętrza. Mur ten nawet stanął, ale po chwili runął, a on nie był już w stanie się opierać. Jego ręce powędrowały w górę jak para baloników, a Tom chwycił je mocno. W chwili dotknięcia mózg Fergusona przeszyło coś jakby wyładowanie elektryczne. Chciał wyrwać się, ale nie potrafił. Nie miał siły. Poczuł zalewającą go moc galaktyk i nie mógł jej się przeciwstawić.
Wtedy ujrzał.
Ujrzał Zielony Świat i wysokich, smukłych, lśniących ludzi, poruszających się z gracją wokół błyszczącego szklanego namiotu. Ujrzał niebieskie słońce wyrzucające strumienie ognia. Ujrzał planetę dziewięciu słońc.
Widział, widział, widział…
Potok obrazów. Olśniewający, zdumiewający. W głowie wirowała mu ich mnogość. Wszystko, wszystkie wizje naraz. Świat za światem za światem. Krajobrazy, miasta, obce istoty, gwiezdne imperia. Trząsł się cały. Nic się nie chciało zatrzymać. Ogarnęła go nie znana radość, gwałtowny powiew szczęścia. Krzyknął i osunął się na ziemię u stóp Toma. Leżał tak na brzuchu, dotykając twarzą wilgotnej ziemi, a pierwsze łzy, jakie pamiętał w swoim życiu, popłynęły mu po policzkach gorącym strumieniem.
Księżyc lśnił nad Pacyfikiem jak srebrzysty sierp, a tuż obok białym, zimnym światłem skrzyła się Wenus. W tę jasną, spokojną noc powietrze wolne było od mgły, choć nieco wilgotne, co mogło zwiastować zbliżającą się porę deszczową, która wciąż nie nadchodziła. Przyczaiła się pewnie gdzieś na północ od Vancouver.
Jaspin zapytał:
— Jak się nazywało to miasteczko, przez które wczoraj przejeżdżaliśmy?
— Santa Rosa — powiedziała Lacy. — Kiedyś było to spore miasto.
— Kiedyś było — mruknął Jaspin. — Oto Kraina-Kiedyś-Była.
Siedzieli na zboczu niskiego wzgórza, które kształtem przypominało pierś wystającą z szerokiego, pochyłego pastwiska porośniętego morzem trawy. Ów nie skażony krajobraz północnej Kalifornii, tutaj za San Francisco, różnił się bardzo od tego, do którego przywykł dorastając w Los Angeles. Tam wszędzie widać było nie dające się usunąć blizny po spustoszeniach spowodowanych intensywnym rozwojem cywilizacji.
Choć księżyc był tylko cieniutkim sierpem, jednak rzucał wyraźne cienie. Dobrze widać było samotne dęby, wystające skały i szeroki dywan brązowej, zwiędłej trawy. Ocean był kilka kilometrów przed nimi. Za nimi zaś rozciągał się nieopisany chaos karawany tumbonde, też swego rodzaju ocean. Niezliczone mnóstwo pojazdów, których łańcuch kończył się nie wiadomo jak daleko przed autostradą prowadzącą w głąb lądu. W San Francisco i Oakland Senior zyskał tylu nowych wiernych, że liczba pielgrzymów podwoiła się. Kosmiczny Szczurołap z Hameln — pomyślał Jaspin — w drodze do Siódmego Miejsca zagarniający obiema rękami gorliwych wyznawców. Jaspin oparł lekko rękę na ramieniu Lacy. Po raz pierwszy od trzech dni, odkąd rozbili obóz w pobliżu Oakland, udało mu się ją odnaleźć. Zaczął już nawet zastanawiać się, czy pomimo tego, co opowiadała mu o znaczeniu tumbonde w jej życiu, nie wróciła z jakiegoś powodu do San Francisco. Na szczęście nie zrobiła tego. Po prostu razem z innymi, jak w oku cyklonu, rzucana była w różne strony przez tłum wiernych. Procesja była już tak wielka, że łatwo było się zgubić. Jaspin zauważył ją wreszcie dzisiaj, gdy usiłowała przedrzeć się przez oszalały tłum do podestu, na którym pojawić się miał Senior Papamacer. „Nic z tego”, powiedział jej wtedy, „Senior zmienił zdanie. Dziś połączy się z Maguali-ga. Chodźmy na spacer.” To było dwie godziny temu. Teraz siedzieli na zboczu wzgórza od strony oceanu. Z oddali dochodziły stłumione odgłosy pielgrzymki.
Читать дальше