— I że z tego powodu ulegasz eskapistycznym fantazjom trochę bardziej, niż jest to dobre dla zdrowia — odparł.
— No cóż, ja też tak uważam, a więc jesteśmy jednomyślni. Ale to takie pociągające, prawda, Dan? Te piękne obce światy, które chcą się z nami porozumieć.
— Niebezpieczne. Uwodzicielskie.
— Tak, uwodzicielskie. Ale czasem trzeba dać się uwieść. Popatrz na nasze parszywe życie, Dan, na naszą zniszczoną cywilizację. Żyjemy na gruzach i szczątkach przedwojennego świata. Te wszystkie małe, żałosne państewka, które były kiedyś częściami Stanów Zjednoczonych, anarchia szalejąca poza Kalifornią, a nawet częściowo na jej terytorium, i to powszechne odczucie, że wszystko stale idzie ku gorszemu, wszystko brzydnie, niszczeje, że wszelki rozwój nieodwołalnie osiągnął swój kres, a my stajemy się na powrót coraz bardziej barbarzyńscy; czy może więc dziwić, iż skoro śnię, że żyję w pięknym, zielonym świecie, w którym wszystko jest cywilizowane, eleganckie i pełne wdzięku, to chciałabym, żeby ten świat naprawdę istniał? I żebyśmy wkrótce mogli pójść i zamieszkać w nim? Tak trudno się temu oprzeć, Dan. Chyba potrzebujemy takich fantazji, aby pomogły nam przetrwać.
— Pójść tam? — zapytał Dan w osłupieniu. — Co chcesz przez to powiedzieć?
— Nie mówiłam ci o tym? To pomysł Toma. Usłyszysz, gdy włączę ci tę kapsułę. To apokaliptyczna wizja: zbliżają się Ostatnie Dni, wkrótce odrzucimy nasze ciała, tak właśnie mówił, odrzucimy ciała i zostaniemy przystosowani do światów z kosmicznych snów, i będziemy żyć w nich na wieki wieków, amen.
Robinson zagwizdał z wrażenia.
— A więc taki towar sprzedaje!
— Tak, nazywa to Czasem Przejścia.
— Czyli głosi coś odwrotnego w stosunku do tych brazylijskich voodoo. Oni twierdzą, że to bogowie przyjdą do nas, tak przynajmniej mówił Leo Kresh, nieprawdaż? Tymczasem Tom…
Zadzwonił telefon.
— Przepraszam — spojrzała na ścianę danych, by sprawdzić, kto dzwoni. Informacja brzmiała: Dzwoni dr Kresh z San Diego.
Wymienili zdziwione spojrzenia.
— O wilku mowa — mruknęła Elszabet i nacisnęła przycisk. Na ekranie rozkwitła twarz Kresha. Pod koniec zeszłego tygodnia wyjechał do południowej Kalifornii. Jednak wydawało się, że od czasu wizyty w Nepenthe zmienił się bardzo. Wyglądał nieporządnie jak nigdy, czerwienił się i był wyraźnie podekscytowany.
— Doktor Lewis — powiedział — cieszę się, że udało mi się z panią skontaktować. Dzieją się dziwne rzeczy…
— Jest tu ze mną doktor Robinson — powiedziała Elszabet.
— Tak, to dobrze. Na pewno też będzie chciał o tym usłyszeć.
— Co się stało, doktorze Kresh?
— To coś zdumiewającego. Szczególnie w świetle przedstawionych przez niego na naszym spotkaniu hipotez. Chodzi mi o tę związaną z projektem sondy gwiezdnej. Czy wiedzą państwo, pani doktor Lewis, doktorze Robinson, że w Pasadenie znajduje się stacja naziemna, która przez te wszystkie lata nastawiona była na odbiór sygnałów ze statku? Obsługują ją ludzie z Cal Tech, którzy na wszelki wypadek wciąż zapewniają jej prawidłowe działanie.
— Odebrali jakiś sygnał? — zapytał Robinson.
— Nadszedł wczoraj, późną nocą. Jak pan wie, doktorze Robinson, ja też wcześniej myślałem o hipotezie gwiezdnej sondy i w trakcie badań dowiedziałem się o urządzeniu Cal Tech, więc skontaktowałem się z nimi. Gdy nadszedł sygnał — radiowa wiązka wąskokierunkowa, 1390 megacykli na sekundę, z Proxima Centauri przez stacje pośrednie, ustawione uprzednio w odstępach…
— Na miłość boską — przerwał mu Robinson — powie nam pan, co odebrano, czy nie?
Kresh zmieszał się.
— Przepraszam. Rozumieją państwo, było to dla mnie, dla wszystkich naprawdę szokujące przeżycie… — zaczerpnął powietrza. — Wyświetlę obrazy na ekranie. Wiedzą państwo, jak sądzę, że sonda miała za zadanie dotrzeć do układu Proxima Centauri, zbadać, czy są tam zamieszkałe planety, wejść na orbitę wokół jednej z nich, a następnie w jej atmosferę. Dziewięciogodzinna transmisja, która do nas dotarła, obejmuje dwumiesięczny okres czasu rzeczywistego i przedstawia Proxima Centauri z odległości 0,5 jednostki astronomicznej.
Kresh zniknął z ekranu, a w jego miejsce pojawił się obraz małej, bladoczerwonej gwiazdy. Dwie inne, o wiele jaśniejsze, widoczne były w rogu ekranu.
— Czerwony karzeł to Proxima — powiedział Kresh — a tam obok gwiazdy towarzyszące: Alfa Centauri A i B, które typem spektralnym przypominają nasze słońce. Ludzie z Cal Tech mówili mi, że chyba wszystkie trzy gwiazdy mają swoje systemy planetarne. Sonda uznała, że najciekawsze są planety w systemie Proxima, więc…
Na ekranie pojawiła się jednolita zielona kula.
— Mój Boże — mruknął Robinson.
Kresh mówił dalej:
— To druga planeta systemu Proxima Centauri, umiejscowiona w odległości 0,87 jednostki astronomicznej od gwiazdy. Proxima Centuari jest, jak mi powiedziano, gwiazdą zapalną, podatną na wahania natężenia światła, które mogą być niebezpieczne dla wszelkich form życia w mniejszej odległości. Sonda znalazła oznaki życia na Proxima II, więc wzięła kurs na planetę…
Na ekranie pojawiły się wirujące pasma gęstej, ciężkiej, nieprzeniknionej mgły. Zielonej mgły. Zieleń.
— Mój Boże — jęknął znów Robinson. Elszabet siedziała w napięciu z zaciśniętymi dłońmi przygryzając dolną wargę.
Kolejny obraz, tym razem poniżej mglistej zasłony.
— Zobaczą państwo, że pomimo iż Proxima Centauri jest gwiazdą czerwoną, zasłona z chmur jest tak gęsta, że z powierzchni drugiej planety wydaje się być zielona. Zasłona ta, jak twierdzą pracownicy Cal Tech, wytwarza coś w rodzaju efektu cieplarnianego, co utrzymuje na powierzchni planety temperaturę odpowiednią dla metabolizmu organizmów żywych, pomimo słabej emisji energii z gwiazdy Proxima Centauri…
Jeszcze jeden obraz, tym razem już z niskiej orbity, na wysokości chmur, z wykorzystaniem kamer wysokiej rozdzielczości. Widać nowe obrazy, fantastycznie wyraźne. Łagodny krajobraz, soczystozielone wzgórza, lśniące zielone jeziora. Budynki o tajemniczych, niespotykanych konstrukcjach, zaskakujących rozwiązaniach architektonicznych z dziwacznymi kątami i łukami. I jeszcze większe zbliżenie. Postacie spacerujące po trawie: wysokie, spiczasto zakończone delikatne istoty o krystalicznych ciałach przypominających lustra i rzędach oczu na każdej z czterech stron głowy.
— Mój Boże — powtarzał raz za razem Dan Robinson.
Elszabet siedziała nieruchomo, prawie nie oddychając, starając się opanować nawet mruganie powieki. Oto triada Misilinów — pomyślała. — To zaś muszą być Suminoorzy, a to Gaarinarowie. Och, och, och. Zdrętwiała z zachwytu i podziwu. Chciała płakać, chciała upaść na kolana i modlić się, chciała wybiec na zewnątrz i zawołać: „Alleluja!” Nie była jednak w stanie nawet się poruszyć. Siedziała jak skamieniała w zdumieniu, a przed jej oczami przesuwały się zielone obrazy. Wszystko takie tajemnicze, przedziwne, nieznane.
I wszystko takie znajome, jak fotografie jej rodzinnego miasta.
Cygański gbur i Pedro
Nie Toma to kompani,
Rabusiem gardzę, zbira przeklinam
I zgraję hultajów zuchwałych.
Łagodnych, czystych, poczciwych,
Łaski nie szczędząc dotykam;
Ale zadzierać z Tomem Nosorożcem
I lwica nie waży się dzika.
Ja jednak śpiewam:
„Strawy, napoju,
Napoju, strawy, odzienia.
Pani czy dziewczę,
Nie lękaj się Toma,
On nie krzywdzi żadnego stworzenia.”
Читать дальше