— Ostatnie szacunki służb drogowych hrabstwa mówią, że jest ich trzysta tysięcy — powiedziała Elszabet. — Kobieta, z którą rozmawiałam, twierdziła, że mogli pomylić się o pięćdziesiąt tysięcy w jedną lub w drugą stronę, gdyż kolumna rozciąga się na bardzo długim odcinku, a poza tym trudno stwierdzić, ile osób podróżuje w każdym samochodzie. Myślę, iż wszyscy zdajemy sobie sprawę, że jeśli nawet ocena jest zawyżona o sto tysięcy, to i tak mamy poważny problem.
— Dlaczego uważasz, że będą przechodzić właśnie tędy? — spytała Dante Corelli.
Elszabet wzięła głęboki oddech. Była bardzo zmęczona. Sny i wizje napływały do niej i do wszystkich z niezwykłą częstotliwością. Ledwie godzinę temu w mózgu rozbłysło jej Dziewięć Słońc, tym razem ze wszystkimi szczegółami. Ujrzała nie tylko olbrzymią cyklopiczną postać na tle skalistego krajobrazu, ale cały złożony rytuał taneczny z udziałem istot należących do różnych kosmicznych ras. Sądząc po twarzach pozostałych członków personelu, z nimi również działo się coś podobnego. Dante, Patel, Waldstein, a nawet Dan Robinson, który miał swego czasu tak wielkie trudności z zobaczeniem wizji, wszyscy odbierali już obrazy obcych światów nieustannie bombardujące ich umysły.
— Muszą przechodzić gdzieś w pobliżu — powiedziała — nie mają wielkiego wyboru. Nie da się przeprowadzić tysięcy samochodów, autokarów i ciężarówek przez las. Gdy zatrzymają ich góry wzdłuż wybrzeża, zostaną zepchnięci w stronę oceanu, a teraz za późno jest już na wykonanie skrętu w głąb lądu, w kierunku Ukiah. Mogą więc jedynie kierować się w stronę Mendocino, a w związku z tym, że jest ich cały rój, istnieje prawdopodobieństwo, że część z nich znajdzie się na naszym terenie. Może się ich tu pojawić bardzo dużo, może cała horda. Zamierzam więc ustawić ścianę energii wzdłuż całej zachodniej granicy naszego terenu tak, że gdy nadejdą od strony oceanu, będą musieli trzymać się blisko brzegu.
— Czy mamy odpowiedni sprzęt? — spytał Bill Waldstein.
— Właśnie rozmawiałam na ten temat z Lew Arcidiacono. Mówił, że chyba tak, a przynajmniej tyle, by ochronić się od strony Mendocino. Być może będziemy musieli nosić sprzęt z miejsca na miejsce do czasu, aż wszyscy tumbonde pójdą dalej.
— Wygląda na to, że będziemy potrzebowali do tego całego personelu — zauważył Dan Robinson.
— Jeszcze więcej — powiedziała Elszabet. — Lew mówił, że do tego potrzeba dziesiątek ludzi, bo jedni muszą patrolować linię, inni przenosić sprzęt, a jeszcze inni obsługiwać go. Oznacza to, że potrzebujemy całego personelu i nie tylko.
— Pacjentów też? — zapytała Dante Corelli.
Elszabet skinęła głową.
— Może będziemy musieli skorzystać z ich pomocy.
— Nie podoba mi się to — stwierdził Dan Robinson.
— Tych najbardziej zrównoważonych, na przykład Tomasa Menendeza, ojca Christie, Philippy, Martina Clare’a, może nawet Allelui.
— Więc Alleluja jest zrównoważona? — spytał Waldstein.
— Gdy ma dobre dni, to owszem. A pomyśl, jaka jest silna. Mogłaby chyba w każdej ręce nieść jeden generator. Może będziemy musieli dać pacjentom po dwadzieścia miligramów paksu, zanim ich wyślemy, ale uważam, że nie obejdziemy się bez pomocy części z nich.
— Ponadto — wtrąci! Naresh Patel — jeżeli już naprawdę musimy wysłać cały personel na pierwszą linię, dobrze będzie zabrać tam też pacjentów, żeby przez cały czas mieć ich pod kontrolą.
— Trafna uwaga — rzekł Robinson. — Nie możemy przecież zostawić ich tu, żeby się zabawiali, podczas gdy my będziemy stawiać zaporę siłową.
— Jesteś pewna, Elszabet — spytał Waldstein — że to właśnie nastąpi? Napaść dzikich, barbarzyńskich fanatyków?
— Wcale nie muszą być dzicy czy barbarzyńscy, ale jest ich mnóstwo, są już w naszym hrabstwie i idą w tę stronę, Bill. Czy postawiłbyś na to, że ominą nas grzecznie i nie zdepczą nawet źdźbła trawy w ośrodku? Ja nie. Wolę zaryzykować podjęcie niepotrzebnego wysiłku, by zapewnić centrum ochronę, niż założyć ręce i znaleźć się nagle w środku ich pochodu.
— Zgadzam się — powiedziała Dante Corelli.
— Nie mamy chyba wyboru — przytaknął Dan.
— Zdaje się, Bill, że tylko ty jeden masz poważne wątpliwości — stwierdziła Elszabet.
— To nie są poważne wątpliwości. Po prostu zastanawiam się, czy to wszystko jest naprawdę konieczne. Masz jednak rację, że istnieje realne zagrożenie i lepiej będzie, jeśli podejmiemy wszelkie możliwe środki ostrożności. Chciałbym też wiedzieć coś jeszcze. Gdy będziemy zajęci odpieraniem potencjalnej inwazji, co zrobimy w sprawie tego twojego Toma?
— Toma?
— Wiesz, twojego niezrównoważonego przyjaciela o płonących oczach, który napełnia nasze głowy szaleństwem. Myślisz, że będzie bezpiecznie pozwolić mu kręcić się tu bez opieki?
— Co sugerujesz, Bill? — spytał Dan Robinson.
— Uważam, że nie będziemy w stanie sprawnie funkcjonować mając wizje co półtorej godziny. Takie są moje doświadczenia z ostatnich kilku dni i sądzę, że nie tylko moje. Podróże tam i z powrotem na Dziewięć Słońc, Zielony Świat, planety Podwójnej Gwiazdy. Mamy tu potężnego i niebezpiecznego telepatę, który miesza nam w głowach. Jesteśmy całkowicie na jego łasce. A gdyby rzeczywiście powstał problem nadciągających tłumów…
— Tom nie jest niezrównoważony — powiedział Robinson. — To nie są halucynacje.
— Wiem, wiem. To relacje filmowe z innych planet, co? Daj spokój, Dan.
— Jak możesz wciąż w to wątpić?
Waldstein spojrzał na niego zdumiony.
— Mówisz poważnie?
— Bill, widziałeś, co przysłał nam Leo Kresh i zdjęcia z sondy gwiezdnej. Mamy teraz niezbity dowód, że przynajmniej Zielony Świat istnieje. Nie zaprzeczysz chyba, po obejrzeniu tamtego materiału, że to, co nazywaliśmy snem o Zielonym Świecie, jest dokładnym i szczegółowym obrazem jednej z planet gwiazdy Proxima Centauri. Tom zaś z pewnością nie jest psychicznie niezrównoważony, za to posiada telepatyczną zdolność przyswajania obrazów z odległych układów słonecznych i przekazywania ich innym nawet na znaczne odległości.
— Gówno prawda! — rzekł Waldstein.
— Bill, jak możesz… — oburzyła się Elszabet.
Waldstein gwałtownie odwrócił poczerwieniałą twarz w jej stronę i pochylił się w przód.
— A skąd wiemy, że to zdjęcia z Proxima Centauri? Skąd wiemy, że Tom nie potrafi jakimiś sztuczkami ogłupić odbiorników Cal Tech w taki sam sposób, w jaki ogłupia nasze mózgi? Zgodzę się, że jest telepatą o niespotykanych zdolnościach, ale nie wierzę, by był w stanie oglądać sobie planety odległe o dziesiątki lat świetlnych. To wszystko jest od początku do końca wytworem jego chorej wyobraźni, którym pluje teraz do mózgów milionom ludzi. Sam czuję inwazję tego gówna. Czuję się skażony. Uważam, że on jest niebezpieczny, Elszabet.
Elszabet odpowiedziała spokojnie:
— A ja tak nie uważam. Uważam, że jego wizje ukazują rzeczywistość, a potwierdza to przekaz sondy gwiezdnej. On potrafi odbierać sygnały z całego kosmosu. On w cudowny sposób otwiera dla nas wszechświat…
— Elszabet!
— Nie patrz na mnie w ten sposób, Bill. Nie zwariowałam. Rozmawiałam z nim godzinami. Ty też? To łagodny, święty człowiek posiadający najbardziej niezwykłą moc, jaka kiedykolwiek była udziałem istoty ludzkiej. A jeżeli to, co mi powiedział, jest prawdą, moc ta dojrzewać będzie do momentu, gdy ludzie będą mogli przenosić się do światów, które oglądamy w naszych… wizjach. Mówił, że będziemy…
Читать дальше