Ferguson patrzył na niego niepewnie. Teraz już wszyscy tłoczyli się wokół niego.
— Zaczekaj — powiedział. Nie czuł już, że unosi się nad ziemią. Był nieco cięższy. — Nie wiem, zaczekaj chwilę. Nie jestem pewny, co to wszystko znaczy.
— Nikt nie będzie cię zmuszał — powiedział Tom.
— Pozwól mi tylko chwilę się zastanowić.
Pojawił się Tomas Menendez. Jego twarz promieniała.
— Oto dziś przyjdzie Chungira!
— Tak — powiedział Tom — a Ed będzie pierwszym, który dokona Przejścia do gwiazd. Wiem, że to zrobi. Pójdzie do Podwójnego Królestwa.
— Pójdzie do Chungiry — rzekł Menendez — i będzie to sygnałem, po którym przyjdzie do nas Chungira. Tak, tak, ja to wiem — Menendez przemawiał jak w transie. — Senior jest już blisko. Czuję go. Dalej, wyślijmy Fergusona do Chungiry, a potem ja pójdę do Seniora i powitam go. Będę Maguali-ga, będę tym, który otworzy wrota — położył dłoń na nadgarstku Fergusona. — Jesteś gotów, Ed? Zgadzasz się?
Ferguson pokręcił powoli głową, starając się zrozumieć to wszystko. Odrzuci ciało. Dokona Przejścia. Przejdzie na inną planetę. Powoli zaczął budzić się w nim strach. O czym oni mówią? Czego od niego chcą? Zdaje się, że ma umrzeć, tak? Cóż innego może oznaczać to odrzucenie ciała? Tak czy nie? Nic z tego nie rozumiał. Przez moment zatliła się w nim stara nieufność. Pewnie chcą posłużyć się nim, wykorzystać go. Skrzywdzić.
— Czy umrę? — zapytał.
— Twoje życie dopiero się zacznie — odparł Tom.
Otoczyli go uśmiechając się, poklepywali go po plecach. April, Alleluja, ojciec Christie, Menendez, Tom. Mówili, że go kochają, że mu zazdroszczą, że wkrótce pójdą za nim. Ale on musi być tym pierwszym. Właśnie on jest do tego przygotowany. Czyżby? — zastanawiał się. — Na pewno? Czy jestem gotów? Skąd oni to wiedzą?
— Ktoś musi być pierwszy — powiedział Tom.
— Pozwól mi się zastanowić, pozwól mi pomyśleć.
— Pozwólcie mu pomyśleć — powiedział ojciec Christie. — Nie wolno go popędzać.
Ferguson nabrał powietrza głęboko w płuca. Wizje znów zaczęły napływać. Zielony Świat, urocze lśniące polany. Świat światła. Wszystkie światy kosmosu rozbłysły w jego głowie. Widział wspaniałe, wielkie istoty. Chcą go tam wysłać. Chcą, żeby był pierwszy. Poczuł, że chłodny węzeł nieufności rozluźnia się i topnieje.
Nie chciał umierać. Ale czy umrze, gdy dokona Przejścia? Czy będzie to śmierć?
— Nie mówcie nic — odezwał się jakiś głos — niech sam to przemyśli.
Dlaczego nie? Ferguson znów poczuł się lżejszy. Wróciło wrażenie płynięcia nad ziemią.
Zrobię to — pomyślał. — Przynajmniej raz w tym zasranym życiu. Będę tym pierwszym. Pokażę im drogę. Zrobię to dla nich. Może dla siebie również, ale na pewno dla nich. Raz w życiu, tylko raz. Co mam do stracenia? Cóż jest tu tak wspaniałego, żeby chcieć zostać? Zrób to, Ed. Zrób to. Zrób to.
Zmrużył oczy, pokręcił głową i uśmiechnął się.
— Tak — powiedział — zaczynajmy. Wyślij mnie, gdzie tylko chcesz.
— Jesteś pewny? — spytał Tom.
Ferguson skinął głową. Dziwił się, że jest tak spokojny. Tak zdecydowany, chętny, wolny od obaw. Ojciec Christie mamrotał coś obok niego po łacinie. Może modlił się za niego? Chyba tak. Dobrze, niech się modli. Trochę modlitwy nie zaszkodzi. Wszystko będzie dobrze. Był spokojny i uśmiechnięty. Nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej tak się czuł.
— Połączcie wszyscy dłonie — powiedział Tom. Jego głos wydawał się dochodzić z wielkiej odległości. — Połączcie dłonie, otoczcie nas kołem i skoncentrujcie się. Pomóżcie mi pomóc mu dokonać Przejścia. Wszyscy. Sam nie potrafię, ale z waszą pomocą na pewno się uda. Teraz ty, Ed, podaj mi ręce, tak jak wczoraj w lesie. Podaj mi ręce.
Elszabet wyszła z biura korytarzem na dół do podwójnych drzwi i ruszyła wprost w deszcz. Było około ósmej rano i jak dotąd wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą. Zatrzymała się na ganku, by sprawdzić łączność.
— Lew? — powiedziała. — Lew, słyszysz mnie?
Przekaźnik, odbiornik i nadajnik indukcji kostnej; trzy urządzenia, razem mniejsze niż paznokieć, przyklejone do jej prawego ucha. Na policzku umocowany miała maleńki mikrofon. Wyposażenie jak w wojsku; gdyby teraz wybuchła wojna, jej przypadłaby rola generała.
— Słyszę cię dobrze, Elszabet — odpowiedział Arcidiacono. Wydawało się, że stoi tuż przy niej.
Deszcz zacinał coraz mocniej. Towarzyszył mu północny wiatr, który uderzał w ściany budynków gwałtownymi podmuchami. Elszabet pomyślała, że szczęście im sprzyja. Tumbonde zapewne mniej chętnie zapuszczać się będą w różne miejsca w czasie takiej ulewy. Pewnie zostaną w swoich autobusach i ciężarówkach i pojadą dalej na północ w stronę bieguna, gdziekolwiek poprowadzi ich prorok. Taką w każdym razie miała nadzieję.
Mimo to warto było z pewnością ustawić ściany energii i nie wyłączać, dopóki pielgrzymi nie przejdą, gdyby kilka setek tysięcy z nich ujrzało centrum na skraju lasu i zechciało choć na chwilę schronić się przed deszczem w tym przytulnym miejscu.
Odezwała się znów do Arcidiacono:
— Co się u was dzieje?
— Spokój. Generatory przygotowane. Masz jakieś wiadomości o tumbonde z policji?
— Właśnie rozmawiałam z nimi. Mówią, że pielgrzymi nie rozbili jeszcze dziś obozu.
— Wiesz, gdzie się w tej chwili znajdują?
— Wygląda na to, że wszędzie. Jedna większa grupa jest pod Mendo, ale są mocno rozproszeni po obu stronach autostrady numer 1. Najbliższa grupa może znajdować się ze dwa i pół kilometra na południowy zachód od centrum.
— Boże, to niedaleko — powiedział Arcidiacono.
— Jesteś gotów na powitanie za około godzinę?
— W każdej chwili. Będziemy gotowi. Nie ma się czym przejmować.
— Dobrze — powiedziała Elszabet — jeśli ty się nie martwisz, to ja też nie. Wszystko będzie dobrze, Lew. Na pewno masz dość ludzi?
— Na razie tak — odparł technik. — Trochę później, gdy zaczną się przemieszczać, będę chciał więcej, żebyśmy mogli przenosić sprzęt.
— Do tej pory wszyscy już tam będziemy. Będę się kontaktować co piętnaście minut.
— Tak, świetnie — rzekł Arcidiacono.
Elszabet dotknęła nadajnika, przełączając go na częstotliwość B, żeby porozmawiać z Dante Corelli, która znajdowała się w sali gimnastycznej pięćdziesiąt metrów dalej.
— To ja, Elszabet — powiedziała. — Sprawdzam, co słychać. Wszystko w porządku?
— Tak, pacjenci schodzą się po śniadaniu.
— Wiedzą, co się dzieje?
— Mniej więcej. Nikt nie jest zbytnio zaniepokojony. Bill Waldstein daje każdemu małą dawkę paksu. Mówimy im, że to dlatego, by byli zrelaksowani, że nie ma się czym przejmować. Mamy dużo wizji. Prawie każdy jest trochę w kosmosie, Elszabet.
— Nie dziwię się.
— Zastanawiam się, czy naprawdę chcemy wysyłać ich na krańce centrum w tym deszczu. Moglibyśmy zatrzymać ich tutaj, uspokoić paksem, przysłać parę osób z personelu…
— Zaczekajmy jeszcze chwilę — odpowiedziała Elszabet. — Może to wszystko to tylko fałszywy alarm?
— Tak myślisz?
— Nie byłoby źle, prawda?
— Słuchaj — powiedziała znów Dante — wciąż jeszcze kilku mi brakuje. Może powinnaś zadzwonić na jadalnię i pogonić ich tutaj, co?
— Kogo jeszcze nie ma?
— April, Eda Fergusona, ojca Christie… Nie, właśnie przyszedł ojciec Christie, czyli brakuje tylko April i Eda. Wszyscy inni są na sali.
Читать дальше