— Kto?
— Był Tom i ojciec Christie, i Tomas, i… — głos April oddalił się, zmienił w bełkot, zaczęła się znów kołysać. Po chwili zatrzymała się na moment i powiedziała czystym głosem:
— Boję się, Elszabet. Tom powiedział, że wszyscy wkrótce tam pójdziemy. Do gwiazd. Czy to prawda, Elszabet? Powiedział, że nadszedł już czas. Ma teraz całą moc i wyśle nas wszystkich po kolei, tak jak wysłał Eda. Ja chyba też niedługo pójdę, prawda? Nie wiem tylko, gdzie się znajdę i jak mi tam będzie. Na pewno nie może być gorzej niż tutaj, a mimo to boję się, tak bardzo się boję, Elszabet. — Rozpłakała się, a po chwili zaczęła znów śpiewać.
Elszabet jeszcze raz potrząsnęła Fergusonem. Głowa opadała mu bezwładnie.
Nie żyje? Naprawdę? — Ta myśl wstrząsnęła nią. Poczuła, jak jej policzki płoną. Poczucie winy. Ferguson nie żyje? Jeden z moich pacjentów nie żyje? Ta bezwładna głowa, te niewidzące oczy. Elszabet zadrżała. Te wszystkie rozmowy o Przejściach, pięknych obcych światach, wydawały się teraz niezrozumiałe i absurdalne w zderzeniu z odpychającą, niewytłumaczalną rzeczywistością. W głowie wciąż miała jedną myśl: mój pacjent nie żyje. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się, żeby zmarł któryś z pacjentów w centrum. W jednej chwili, pomimo całego chaosu na zewnątrz, szalejących tłumów, przyczajonych w pobliżu drapaczy i kręcącego się gdzieś Toma, wyczyniającego Bóg wie jakie czary, w głowie Elszabet pozostała tylko jedna myśl; że człowiek powierzony jej opiece nie żyje. Wszystkie prace, które prowadziła przez ten rok z Fergusonem, skomplikowane testy, obserwacja postępów leczenia, konsultacje, szczegółowo opracowany program kasowania, a tu masz… Leży teraz martwy.
A może jeszcze żyje? Może jest tylko w jakimś głębokim transie? Ona nie jest przecież lekarzem. Jeszcze nigdy nie widziała z bliska zmarłego człowieka. Są przecież różne stany świadomości sprawiające wrażenie śmierci, w rzeczywistości zaś będące tylko czasowym zawieszeniem funkcji organizmu. Może on właśnie jest w takim stanie? Zwróciła się znów do April:
— Czy możesz mi powiedziać, co właściwie Tom mu zrobił, gdy dokonał tego Przejścia? Jak to było?
April jednak była nieobecna. Elszabet, siedząc w kucki obok Fergusona, zaczęła czuć mrowienie w stopach. Deszcz bębnił mocno w dach. Gdzieś w dole, wzdłuż głównej drogi, tuż za ogrodzeniem centrum, posuwał się olbrzymi tłum wyznawców tumbonde. Po drugiej stronie, w lesie, czaiło się trzech groźnych drapaczy. Tom poszedł sobie nie wiadomo dokąd, Ferguson leżał martwy albo może w transie, a April…
Usłyszała kroki w korytarzu. O Boże, co teraz?
Ktoś wołał ją po imieniu:
— Elszabet? Elszabet?
Brzmiało to jak głos Billa Waldsteina.
— Jestem w pokoju 7.
Waldstein ruszył biegiem, omal nie przewrócił się o April i z trudem zatrzymał się w miejscu.
— Dante martwiła się o ciebie i wysłała mnie, żebym sprawdził, co się z tobą dzieje — zaczął i dopiero wtedy zauważył Fergusona — Co do cholery…
— Chyba nie żyje, Bill. Ale ty lepiej się na tym znasz. Proszę, obejrzyj go.
Waldstein wytrzeszczył oczy.
— Nie żyje?
— Chyba, tak, ale sprawdź ty. Ty jesteś lekarzem.
Waldstein pochylił się nad Fergusonem i zbadał go pobieżnie.
— Jak pusty worek — powiedział. — Jest bez ducha.
— To znaczy, że nie żyje?
— Czasem trudno jest to stwierdzić na pewno oglądając tylko pacjenta, ale on wygląda na martwego jak głaz. W tym ciele nikogo nie ma. Chryste, popatrz na ten pusty uśmiech, na jego twarzy.
— Według niej on odszedł na jakąś gwiazdę. Trzymali się wszyscy za ręce i wysłali go gdzieś.
Waldstein spojrzał na kołyszącą się, popłakującą i zawodzącą April. Pokręcił powoli głową.
— Mówisz, że Ferguson odszedł na inną gwiazdę? Na gwiazd ę? Boże, Elszabet.
— Nie wiem, gdzie on jest. Mówię ci to, co usłyszałam od April. On umarł, tak? Więc na co? Jeżeli nie dokonał Przejścia, to na co zmarł? Wydawało się, że jest w świetnej formie. Mówiła, że trzymali się za ręce; Tom, ojciec Christie, Tomas…
— I ty w to wierzysz?
— Wierzę, że tak było, skoro April tak mówi. Że wzięli się za ręce i przeprowadzili jakąś ceremonię. Może nawet trochę wierzę, że Tom naprawdę wysłał go na jeden z kosmicznych światów. Chyba nawet bardziej niż trochę. Spójrz na jego twarz, Bill. Spójrz na tę twarz. Czy widziałeś kiedyś tak szczęśliwe oblicze? Tak właśnie wygląda ktoś, kto wie, że idzie wprost do nieba. A Ferguson nie wierzył w niebo.
— A teraz jest na jakiejś gwieździe?
— Może tak — odparła Elszabet — skąd mam wiedzieć?
Waldstein popatrzył na nią.
— Musimy odnaleźć Toma i natychmiast go zabić.
— Co ty mówisz, Bill?
— Posłuchaj, nie ma się nad czym zastanawiać. Czy chcesz, aby nadal kręcił się tutaj i mordował ludzi?
Elszabet zamachała bezradnie rękami. Nie wiedziała, co powiedzieć. Mordować? To nie jest dobre słowo — pomyślała — Tom przecież nie zamordowałby nikogo. Ale… ale jednak… Jeśli Tom naprawdę dotknął Fergusona, jak powiedziała April, a ten umarł…
— Jeżeli Tom — powiedział Waldstein — naprawdę potrafi wyjmować ludzi z ich ciał i przenosić nie wiadomo dokąd, zostawiając tu tylko puste powłoki, to jest najbardziej niebezpiecznym człowiekiem na świecie. Jak w teatrze grozy jednego aktora. Może tak sobie wędrować z miejsca na miejsce ułatwiając ludziom Przejście, czy jak on tam to nazywa, aż wreszcie nie zostanie nikt żywy. Pstryknąć palcem i powysyłać ludzi na cholerne gwiazdy, uważasz że to takie wspaniałe? Myślisz, że powinniśmy mu na to pozwolić?
Patrzyła na niego, ale wciąż nie wiedziała, co odpowiedzieć. On tymczasem mówił dalej:
— Takie należy wyciągnąć wnioski, jeżeli uwierzymy w te bzdury. Jeżeli zaś nie uwierzymy, to musimy zająć się wyjaśnieniem, w jaki sposób udało mu się zabić Fergusona i…
W tym momencie za uchem Elszabet odezwał się przytłumiony, roztrzęsiony, niemal histeryczny głos Arcidiacono.
— Czy możesz powtórzyć? — poprosiła.
Waldstein zaczął mówił. Podniosła rękę, by go uciszyć.
— Nie ty, Bill — i zwróciła się do mikrofonu. — Nie usłyszałam, co mówiłeś, Lew. Mów wolniej. Powiedz jeszcze raz.
— Mówiłem, że Tomas Menendez wyłączył jedną z zapór energetycznych i tumbonde weszli na nasz teren.
— Och, nie, Lew, nie!
— Mieliśmy wszystko pod kontrolą. Za ścianą tłumy nie do opisania, ale nie mogli się tu przedostać. Menendez nosił generatory. Pracował jak wszyscy. Potem chyba zobaczył w tłumie kogoś znajomego i wrzasnął, że otworzy wrota czy coś takiego. No i otworzył. Wyłączył ścianę. W jednej chwili wdarły się tysiące ludzi. Miliony. Sam nie wiem. Są wszędzie. Za dwie minuty będą i u was.
— O Boże — powiedziała. W tym momencie spłynął na nią przedziwny spokój. Miała prawie ochotę roześmiać się.
— Co on mówi? — zapytał Waldstein.
Elszabet zamknęła oczy i pokręciła głową.
— Ściana wyłączona, wdarli się tu tumbonde. O Jezu, Bill, to już koniec. Stało się, Jezu, stało się.
Z sercem pełnym dzikiej furii,
Którą ja zarządzam,
Z płonącą dzidą, z rumakiem przestworzy,
Po pustkowiu się błąkam.
Rycerz duchów, rycerz cieni
Na turniej wyzwał mnie;
Dziesięć mil za kraniec świata
Podróżą nie zdaje mi się.
Читать дальше