— Dzisiaj stanie się to, że cię stąd zabiorę — powiedziała Jill. — Tu już nie jest bezpiecznie. Daj mi rękę. No chodź, April. Grzeczna April, śliczna April.
— Muszę zostać w łazience. Zaraz przyjdzie doktor Waldstein i da mi zastrzyk, żebym poczuła się lepiej.
— Właśnie widziałam, jak ten Waldestein biegł jak pomylony w przeciwną stronę — rzekła Jill. — Choć, możesz mi zaufać. Chodźmy na mały spacer, April.
— Gdzie oni mnie wyślą? Na Dziewięć Słońc? Do Zielonego Świata?
— Znasz to? — zdziwiła się Jill.
— Widzę je co noc. Teraz też zaczynam je widzieć. Świetlna Kula, Niebieska Gwiazda.
— To prawda. Maguali-ga otworzy wrota. Chungira-Który-Przyjdzie przyjdzie. Nie ma się czego bać. Daj mi rękę, April.
— Doktor Waldstein…
— Doktor Waldstein prosił mnie, żebym wyprowadziła cię na dwór. Przed chwilą z nim rozmawiałam. To ten wysoki brunet w białym płaszczu? On mówił, żebym ci powiedziała, że nie będzie miał czasu przyjść i żebym cię wyprowadziła na zewnątrz.
— Tak powiedział? — April uśmiechnęła się. Podała rękę Jill i wyszła z łazienki.
— Chodź, April, chodź. Tak, dobrze. — Jill przeprowadziła siostrę przez pokój obok martwego czy też nieprzytomnego mężczyzny na podłodze, kierując się w stronę drzwi. Wyszły na korytarz. Były już prawie przy wyjściu, gdy drzwi otworzyły się, a do środka wbiegło dwoje ludzi. Na Boga, Barry! I ta jego ruda kobieta.
— Jill?
— Znalazłam siostrę. To jest April.
— A więc to jest internat? — zapytała ruda.
— Tak. Pani też kogoś szuka?
— Wspólnika. Mówiłam pani, że jest tu pacjentem.
— Nikogo już tu nie ma. Nie, zaraz, jest jeden gość. W ostatnim pokoju po lewej, na końcu korytarza. Ale chyba jest pijany. A może nawet nie żyje. Siedzi na podłodze z szerokim uśmiechem na twarzy. Co tam się dzieje na zewnątrz?
— Rada Wewnętrzna próbuje uspokoić sytuację — powiedział Jaspin. — Przedzierają się przez tłum niosąc święte figury. To już prawie rozruchy, ale może uda im się wszystko uspokoić.
— A Senior? A Seniora?
— O ile wiem, siedzą w autokarze.
— Senior powinien się pokazać — powiedziała Jill. — Tylko w ten sposób można wszystko uspokoić.
— Pójdę dalej — powiedziała rudowłosa.
Jill zwróciła się do Jaspina:
— Powinieneś pójść do Seniora i poprosić, żeby przemówił do ludzi. Inaczej wszystko się rozleci i co wtedy będzie z pielgrzymką? Idź i porozmawiaj z nim, Barry. Ciebie posłucha.
— On nie słucha nikogo. Wiesz o tym.
Z korytarza dobiegł głos kobiety:
— Możesz tu przyjść, Barry? Znalazłam Eda, ale chyba nie żyje.
— Dokonał Przejścia — powiedziała April jak ktoś mówiący przez sen.
— Pójdę już — rzekł Jaspin. — Co zamierzasz robić dalej?
— Zabiorę April, znajdę jakieś bezpieczne miejsce i poczekam, aż wszystko się uspokoi.
— A czy to nie jest bezpieczne miejsce?
— Nie wtedy, gdy tysiąc ludzi równocześnie chce się tu schronić przed deszczem. Taki stary, zniszczony dom przewrócą w jednej chwili.
Rudowłosa kobieta była już z powrotem.
— On nie żyje — powiedziała. — Ciekawe, co tu się stało? Biedny Ed. Był łajdakiem, ale…
— Chodź, April — rzekła Jill — musimy się stąd wydostać.
Poprowadziła siostrę na ganek. Na zewnątrz rozgrywały się coraz dziksze sceny. Samochody były poprzewracane jak po powodzi. Wszędzie ludzie: wrzeszczący, kłębiący się jak pszczoły w ulu. Nie można było się swobodnie poruszać. Panował nieopisany ścisk. W samym centrum stał autokar Seniora, przed którym można było dostrzec jedenastu członków Rady Wewnętrznej. Na wysokiej platformie rytualnej trzymali rozmokłe postacie wielkich bogów. Posuwali się powoli do przodu przedzierając się przez ściśnięty tłum. Ludzie próbowali zrobić im przejście, ale nie było to łatwe, gdyż nie mieli gdzie się odsunąć. Wtedy Jill zobaczyła niskiego, krępego człowieka ze zmierzwioną strzechą rudych włosów, wspinającego się na burtę autokaru Seniora. Pomajstrował przy ekranie ochronnym na jednym z okien, wyłączył go i wdrapał się do środka.
— O Boże! — krzyknęła. — Barry, Barry! Chodź szybko, to bardzo ważne!
Jaspin wysunął głowę za drzwi.
— O co chodzi?
— Senior… — powiedziała Jill. — Widziałam właśnie, jak jakiś drapacz włamał się do autokaru. Rada maszeruje z bóstwami, nikt nie chroni Seniora, a ktoś właśnie włamał się do jego autokaru. Chodź, musimy coś zrobić!
— My?
— A kto? April, zaczekaj tu, aż wrócimy, rozumiesz? Nigdzie nie odchodź. Nigdzie. — Jill machnęła gwałtownie na Jaspina. — No chodźże, na co czekasz? Chodź już!
Tom poczuł wzbierające uniesienie. Wszystkie światy naraz przychodziły do niego, rozświetlając duszę światłem tysiąca słońc. Ellullilimiilu i Dziewięć Słońc, i Podwójne Królestwo, i wszystkie stolice miriad Poro, Zygeronów i Kusereenów napływały jak strumień powodzi. Wydawało mu się, że nawet budzący grozę starożytni boscy Theluvarowie koją jego duszę z najdalszych zakątków wszechświata.
Uczynił to. Nareszcie zapoczątkował Czas Przejścia. Wciąż jeszcze drżał poruszony mocą uczucia, które owładnęło nim, gdy dusza tego człowieka, tego Eda, wychodziła z ciała i unosiła się w kierunku swego miejsca przeznaczenia w odległej galaktyce.
Ogarnięty płomieniem radości Tom chodził pomiędzy opuszczonymi budynkami centrum jak wysłannik imperium. Było z nim dwoje ludzi, dwoje z tych, którzy użyczyli mu swej mocy do umożliwienia Edowi Przejścia. Kiedy to się działo, było z nimi jeszcze dwoje innych: Meksykanin i tamta gruba kobieta, ale oni zniknęli, gdy zaczęło się to całe zamieszanie.
Muszę ich znaleźć — pomyślał Tom. — Może nie wystarczyć mi sił na pozostałe Przejścia tylko z dwojgiem pomocników.
Siła, którą otrzymał od tej czwórki, gdy wysyłał mężczyznę w gwiazdy, była niezwykle istotna. Wiedział o tym. By dokonać Przejścia potrzebna była ogromna moc. Gdy dusza opuszczała ciało Fergusona, Tom czuł, że zagrożona jest każda komórka jego własnego. Tak jak przygasa światło w pokoju, gdy pobierana jest w jednej chwili zbyt duża moc. Ich czworo: Meksykanin i grubaska, i syntetyczna kobieta, i ksiądz, wspólnie uratowało go wtedy przesyłając własną energię poprzez łańcuch połączonych rąk. Dzięki temu Tom był w stanie dokończyć Przejścia Fergusona. Teraz trzeba było przeprowadzić kolejne Przejścia. Musi znaleźć brakującą dwójkę.
Myszkując pośród budynków niemal nie zauważył deszczu. Nie zwracał też wielkiej uwagi na tłum obcych, którzy nagle pojawili się na terenie centrum i kotłowali się na przestrzeni pomiędzy budynkiem sypialnym a domkami personelu. Kimkolwiek byli, nie znaczyli dla niego nic. Za chwilę przecież znów zapanuje tu spokój, a wszyscy ci zwariowani przybysze wyruszać będą w podróż do gwiazd.
Z boku odezwał się głos:
— Czy to naprawdę było to? Prawdziwe Przejście?
Pytanie zadał ojciec Christie. Tom spojrzał na niego.
— Tak — odpowiedział.
— Wiesz, gdzie on poszedł? Ferguson?
— Do Podwójnego Królestwa, jestem tego pewny.
— A które to jest?
— Jest tam jedno niebieskie i jedno czerwone słońce. Jest to świat Poro, którzy są poddanymi Zygeronów, którymi rządzą Kusereenowie, którzy są najwyższymi władcami, królami wszechświata. Oni go przyjęli. Jest teraz między nimi.
— Myślisz, że już tam jest? — zdziwiła się Alleluja. — Tak daleko?
Читать дальше