I znów zaśpiewam:
„Strawy, napoju,
Napoju, strawy, odzienia.
Pani czy dziewczę,
Nie lękaj się Toma,
On nie krzywdzi żadnego stworzenia.”
Pieśń Toma O’Bedlama
Jaspin pochylił się całym ciałem w przód, ze wszystkich sił dzierżąc w dłoni kierownicę, by zapobiec przewróceniu samochodu lub uderzeniu w drzewo. Nie było już żadnej drogi. Posuwali się po śliskim, rozmokłym trawniku zamienionym w bagno przez koła samochodów jadących przed nimi. Deszcz padał tak mocno, że po szybach spływały strumienie wody.
— Tak, to na pewno tutaj jest moja siostra — powiedziała Jill. — Zaparkuj gdzieś, a ja wysiądę i poszukam jej.
— Zaparkuj? Przed setkami tysięcy samochodów jadących za nami?
— Nie obchodzi mnie to. Zatrzymaj się przy jednym z tych budynków. Pójdę tam i zabiorę ją. Ona ma chorą głowę. Jeśli jej nie obronię, to na pewno ktoś ją zgwałci albo może zabije. To już nie jest procesja, Barry, to opętany, szalejący tłum.
— Zauważyłem.
— Dobrze, zatrzymaj się, a ja pójdę poszukać April.
— Jasne — odpowiedział naciskając pedał hamulca — idź i znajdź ją.
Samochód ślizgał się jeszcze chwilę po błocie, aż wreszcie stanął niemal na wielkim liściastym krzewie. Silnik wciąż pracował.
— Zaparkuj przy jednym z tych budynków, a nie tutaj — powiedziała Jill.
— Nigdzie nie będę parkował — odparł Jaspin. — Spróbuję się tu pokręcić i znaleźć jakąś drogę w tamtą stronę. Ale ty idź szukać swojej siostry.
— Nie zatrzymasz się?
— Posłuchaj — powiedział — to jest ślepy zaułek, rozumiesz? Bóg jeden wie, dlaczego Senior tu skręcił. Przed nami jest tylko parę budynków, a dalej przeklęty las sekwojowy. Z tyłu mamy całą pielgrzymkę tumbonde, nadciągającą jak stado rozszalałych dinozaurów. Jeśli tu zostanę, to rozgniotą mnie o któryś z tych budynków albo na jakimś drzewie. Idź więc szukać swojej siostry, a ja skręcę w lewo w tę brudną drogę i pojadę nią, jak najdalej się da, a gdy droga się skończy, pójdę dalej pieszo, bo to, co dzisiaj się tu stanie, to będzie rzeź. Tysiące ludzi zostanie stratowanych. A teraz idź szukać swojej siostry, jeśli tego chcesz. Dalej, wysiadaj.
Posłała mu zabójcze spojrzenie.
— A jak cię potem znajdę?
— To twój problem — Jaspin wskazał na lewo. — Idź tamtędy, a kiedy się wszystko uspokoi, może po ciebie wrócę. Może. No, idź już.
— Ty draniu — powiedziała. Spojrzała na niego jeszcze raz, pokiwała głową i wyszła z samochodu. On patrzył przez chwilę za nią, jak biegnie w stronę starych, zniszczonych, drewnianych domków. W mgnieniu oka przemokła do suchej nitki. Wyglądała jak olbrzymi, na wpół utopiony kurczak pędzący przez deszcz.
Pomyślał o Lacy.
Jechała własnym samochodem gdzieś z tyłu, w głównej grupie pielgrzymów. Miał nadzieję, że niezbyt daleko z tyłu. Wczoraj wieczorem, gdy nadeszły wiadomości o zbliżającym się deszczu, powiedział jej, że powinna przesunąć się jak najbardziej do przodu i trzymać się czoła procesji. Wiedział, że deszcz pomiesza im szyki, choć nie spodziewał się tego zjazdu z autostrady numer 1 na drogę lokalną i barbarzyńskiej, bezmyślnej inwazji na tę spokojną okolicę. Nie miał pojęcia, jaka myśl, jeśli w ogóle jakakolwiek, skłoniła Seniora do skierowania się w tę stronę. Po prostu skręcił. Z początku drogę blokowały ściany energii, ale później, nie wiedzieć czemu, wyłączono je i wszyscy wdarli się do środka. No i mają teraz efekt. Co za paskudne bagno — pomyślał Jaspin.
Jill zniknęła między budynkami. Stawiam dwa do jednego, że już jej więcej nie zobaczę — powiedział do siebie. — Zresztą mam to gdzieś. Ruszając poczuł, jak koła ryją w trawniku koleiny, a po chwili usłyszał cmoknięcie świadczące, że opony wyrwały się z błota. Powoli, powoli znalazł się na żwirowej drodze u podnóża lekko pofałdowanego pagórka; teraz tylko jedź dalej, żeby wydostać się stąd, chłopcze…
Nie było jednak dokąd jechać. Droga skończyła się przy jakiejś kupie śmieci sąsiadującej z ogródkiem warzywnym, dalej był już tylko las. Ślepy zaułek. Jaspin spojrzał w tył. Zobaczył setki samochodów i ciężarówek kłębiących się szaleńczo w trójkącie ograniczonym dwoma skupiskami budynków. Pojazdów było wciąż więcej i więcej, a z zachodu nadjeżdżały ciągle nowe. Ci z tyłu nie zdawali sobie sprawy, że przed nimi nie ma już drogi i zmierzali beztrosko w stronę czegoś, co z pewnością miało być największym samochodowym kataklizmem w historii ludzkości.
Nie było sensu wracać w środek tego piekła. Jaspin porzucił samochód na skraju ogrodu warzywnego i w strugach deszczu doszedł do olbrzymiego drzewa o rozłożystych konarach. Stanął pod nim, co w dużej mierze ochroniło go przed całkowitym zmoknięciem i umożliwiło przyglądanie się masakrze.
Wpadli na siebie bezładnie; duże ciężarówki bezpardonowo wjeżdżały na dachy mniejszych samochodów. To prawda: jak dinozaury — pomyślał — dokładnie jak stado dinozaurów w amoku. Zobaczył autokary Seniora i Rady Wewnętrznej w samym środku tego wszystkiego. Na autokarze Seniora powiewały przemoczone sztandary, zaś na masce ktoś umocował posągi Narbaila i Rei Ceupasseara. Wielkie papierowe postacie zaczynały rozmiękać na deszczu.
Jaspin żałował, że nie jedzie z Lacy zamiast Jill. Przynajmniej wiedziałby wtedy, gdzie jest. Jill i tak nie obeszłoby to. Obeszło to natomiast Seniora. Odkrył bowiem, że Jaspin zadaje się z kim innym, niż jego w boskim majestacie wybrana żona, Jill, a to mu się nie podobało. Sam Bacalhau przekazał mu tę informację: „Ty dotkniesz rudej kobiety, ty bardzo zagniewasz Seniora.” Wobec tego w ciągu ostatnich kilku dni Jaspin i Lacy nie pozwalali sobie na szaleństwa. Nierozsądnie byłoby gniewać Seniora. I teraz Lacy tkwiła gdzieś w centrum tego obłędu…
Nie, jest tam! Zobaczył ją wyraźnie, rude włosy odbijały się na tle tłumu może tysiąca ludzi, którzy opuścili samochody i miotali się bezradnie na murawie.
— Lacy! Lacy!
Jakimś cudem usłyszała go. Widział, jak się rozgląda. Zaczął podskakiwać i wymachiwać rękami, aż wreszcie zauważyła go.
— Barry?
— Wydostań się stamtąd! — zawołał. Pobiegła w jego stronę żwirową drogą, a on rzucił się jej na spotkanie. Była zupełnie przemoczona, jej misterne loczki wyprostowały się, włosy oblepiły głowę. Jaspin przytrzymał ją przez chwilę, by stanęła pewniej na nogach i uspokoiła się. Cała drżała; nie był pewny czy z zimna, czy ze strachu.
Oczy miała nieprzytomne.
— Co się stało? Dlaczego tu wjechałeś?
— Bóg jeden wie. Lepiej żeby to było Siódme Miejsce, bo z pewnością nigdzie dalej się już nie ruszymy — stwierdził i dodał ze smutkiem — Dobry Jezu, co za katastrofa.
— Wiesz, co to za miejsce?
— Może jakaś szkoła z internatem, co?
— To Centrum Nepenthe — powiedziała. — Tu robią kasowanie pamięci. Widziałam tablicę na bramie. Tu właśnie leczył się mój były partner, Ed Ferguson.
— No cóż, to koniec ich działalności — powiedział Jaspin. — Za chwilę zostanie z tego kompletna ruina. Zobacz, jakie wszędzie się przewalają tłumy.
— Muszę znaleźć Eda — powiedziała Lacy.
— Żartujesz?
— Mówię poważnie. Pewnie gdzieś się błąka półprzytomny wśród tych szaleńców. Muszę wydostać go stamtąd i przyprowadzić tutaj, zanim coś mu się stanie. Mieszka w jakimś internacie. Powinno nam się udać go znaleźć.
Читать дальше