Gdyby tylko wtedy, gdy próbowałem, udało mi się stąd zniknąć — pomyślał. — Nie, nie, wszczepili mi tę cholerną płytkę, więc po prostu wysłali helikopter i ściągnęli mnie jak rybę kołowrotkiem. Tak było, przecież już uciekliśmy, ja i Alleluja, uciekaliśmy już przez trzy albo pięć godzin i wtedy nas ściągnęli.
Rozejrzał się po pokoju. Ci sami, żałośni współlokatorzy. Nick Podwójna Tęcza rozciągnięty na łóżku, zatopiony w rozmyślaniach o Siedzącym Byku, Czerwonej Chmurze i Buffalo Billu. Nieszczęsny łajdak, musi rozprawiać się w głowie z generałem Custerem dziesięć razy na dzień. Na pewno dobrze mu to zrobi. A tam drugi ponury przypadek, ten Meksykanin, Menendez. Cały czas śpiewa coś i mruczy do siebie modląc się do azteckich bogów. Miły, spokojny facet. Pewnie marzy, żeby mógł nas wszystkich zawlec na ołtarz i wyciąć nam serca kamiennym nożem. Jezu, Jezu, co za kupa świrów!
Ferguson podniósł jeden z listów. Włożył małą kostkę w szczelinę odtwarzacza. Na ekranie pojawił się obraz ładnej blondynki. Byłaby wspaniała, gdyby nie wyglądała tak poważnie.
— Ed, mówi Mariela. Twoja żona, na wypadek gdybyś miał to skasowane.
Ano, mam to skasowane. Z której strony się za to zabrać? Ferguson zatrzymał list i dotknął pierścienia.
— Hasło „żona” — powiedział.
— Żona: Mariela Johnston. Urodziny 7 sierpnia. W lecie skończy 33 lata. Ożeniłeś się z nią w Honolulu, 4 lipca 2098 r…
Wysłuchał zapisu do końca zastanawiając się, jak ludzie z personelu mogą oczekiwać, że on cokolwiek zrozumie z listu, skoro nie wiedzą, że ma w pierścieniu rekorder uzupełniający luki w jego pamięci. Włączył list i znów zobaczył Marielę.
— Chcę ci powiedzieć, Ed, że wracam na Hawaje. Zarezerwowałam bilet na statek na przyszły wtorek, czyli następny dzień po otrzymaniu przez ciebie tego listu. Nie chodzi o to, że już cię nie kocham, bo tak nie jest, ale po ostatnich moich odwiedzinach w lipcu zrozumiałam, że po prostu nic nas już nie łączy, że może nie pamiętasz nawet, kim jestem, i że z pewnością cię nie obchodzę. Dlatego chcę wyjechać z Kalifornii, zanim cię wypuszczą. Dla naszego dobra. Formalności załatwię w Honolulu i…
— Dobrze, dobrze, Mariela. Co mnie to obchodzi?
Zatrzymał kostkę i włożył drugą. Ten list był od wspaniałej, seksownej rudej dziewczyny, która nazywała się Lacy.
— Hasło „Lacy” — powiedział do pierścienia, który poinformował go, że to kobieta z San Francisco, chyba jego dziewczyna, partner w przedsięwzięciu Betelguza V. W porządku. Przywołał ją znów na ekran, myśląc że może powie mu, że przyjeżdża w odwiedziny. Zaczął już nawet zastanawiać się, czy nie będzie miał problemów z Allelują.
Plany Lacy były jednak zgoła odmienne.
— Ed, muszę opowiedzieć ci o czymś cudownym. Po raz pierwszy znalazłam szczęście i sens życia — zaczęła. — Czy pamiętasz, jak wtedy, w lecie, opowiedziałam ci o moim dziwnym śnie o obcej planecie i kosmicznej istocie z rogami? To był właśnie początek. To było religijne objawienie, choć wtedy jeszcze tego nie rozumiałam. Wkrótce potem poznałam ruch tumbonde, o którym pewnie nie wiesz zbyt wiele. Zaczął się on w San Diego za sprawą Seniora Papamacera, wielkiego człowieka, który prowadzi nas na spotkanie z bogami. Zaangażowałam się w to całym sercem i duszą. Przyłączyłam się do marszu na północ; są nas setki tysięcy pod przewodnictwem Seniora, a ja czuję się zupełnie przemieniona, a nawet odkupiona. To tak, jakby oczyszczono mnie z wszystkich złych rzeczy, które robiłam, jakby wybaczono mi i dano nowe, czyste sumienie. A wszystko z powodu tej wizji, tej dziwnej postaci pod dwoma obcymi słońcami…
Boże — pomyślał Ferguson przygnębiony — posłuchajcie tylko, zupełnie jak dziewczyna ze zgromadzenia zakonnego. A te zwariowane wizje każdemu zmieniają życie. Cały świat zwariował. Wszyscy oprócz mnie.
— … idziemy więc w kierunku Siódmego Miejsca, gdzie dostąpimy ostatecznego odkupienia. Chcę ci powiedzieć, że wkrótce będziemy przechodzić niedaleko Mendocino, więc gdybyś mógł jakoś wyrwać się z Nepenthe i dołączyć do nas, gdybyś przyjął tumbonde i poszedł za Seniorem Papamacerem, to zaraz zostałbyś przemieniony i poczułbyś, jak zło i troski, które naznaczyły twe życie, odchodzą od ciebie w jednej chwili, tak jak odeszły ode mnie i…
Pewnie. Po prostu idź sobie stąd i przyjdź do tego ich Seniora czy jak mu tam. Tylko tyle, że doktor Lewis już przesłuchała ten list, droga Lacy. Gdyby nawet była jedna szansa na milion, żeby się stąd wydostać i spotkać się z tobą, czy myślisz, że słyszałbym cię teraz? Naprawdę tak myślisz?
— … a z pewnością również na ciebie spłynie błogosławieństwo Maguali-ga, a światło Chungiry-Który-Przyjdzie rozświetli twą duszę, jeśli tylko złączysz się z nami, kochanie. Przyjdź i wyrusz z nami do Siódmego Miejsca…
Zmarszczył brwi i wyłączył kostkę. Co za idiotyczne gówno. Uciec, by złączyć się z bogami? Ta druga, wracając do rodziny na Hawaje, ma przynajmniej jakiś sensowny powód. Ale to… to wariactwo…
W ten sposób pozbył się ich obu, na to przynajmniej wyglądało. No dobrze, jest jeszcze Alleluja, lepsza niż one obie razem. Zawsze tak się składało, że miał pod ręką kobietę lepszą niż poprzednia, gdy takiej potrzebował. Ferguson potrząsnął głową usiłując uwolnić się od swoich myśli. Ciekawe, co robi teraz Alleluja? Poszukam jej. Może pójdziemy na mały spacer? Trochę ich ulubionego przedpołudniowego szaleństwa…
— Ed? — rozległ się głos za drzwiami. — Ed, jesteś tam?
Ferguson nachmurzył się.
— Kto tam?
— To ja, Tom. Masz chwilę czasu?
Jeszcze jeden wariat, a jakże!
— Jasne — odpowiedział — zaczekaj, wpuszczę cię.
Otworzył drzwi. Ujrzał zmierzwione włosy i płonące dziko oczy. Coś było nie w porządku z tym facetem, nie ma wątpliwości. Musi mieć coś źle w głowie. Ferguson stanął przed nim niepewnie zastanawiając się, co też Toma do niego sprowadza.
— Dziś jest twój wielki dzień — powiedział Tom.
— Naprawdę?
— Pamiętasz, jak pierwszy raz rozmawialiśmy ze sobą w zeszłym tygodniu? Powiedziałem wtedy, że pokażę ci, jak zobaczyć kosmiczne wizje.
— Tak mówiłeś?
— Tak, na stołówce. Siedzieliśmy z tym małym księdzem, ty poczęstowałeś mnie burbonem, a potem…
— Nic nie pamiętam z zeszłego tygodnia — odparł Ferguson zmęczonym głosem — nie wiesz o tym? Pamiętam, że gdzieś się już widzieliśmy, że nazywasz się Tom, a całą resztę diabli wzięli. Skasowana. Oni to właśnie tu robią. Czyszczą pamięć. Chyba wiesz o tym, co?
Tom machnął ręką, jakby opędzał się od jakiegoś natrętnego brzęczenia.
— Nic nie szkodzi, ja w każdym razie pamiętam. Widzę twoje cierpienie, przyjacielu, i chcę ci pomóc uwolnić się od niego. Chodź, pójdziemy na mały spacer gdzieś do lasu, żeby nikt nam nie przeszkadzał. Nie miałeś jeszcze kosmicznych snów, prawda?
— Nie — powiedział Ferguson. — O ile pamiętam, to nie, Chociaż… — przerwał.
— Chociaż co?
Ferguson zamyślił się.
— Nie jestem pewny, ale coś chyba było. Zaczekaj, muszę sprawdzić. — Wszedł do ubikacji, żeby Tom nie mógł zobaczyć, co robi. Dotknął pierścienia i zażądał danych o niecodziennych wydarzeniach w ubiegłym tygodniu. Jego własny cichy i spokojny głos poinformował go o wszystkim, co się zdarzyło w ciągu ostatnich kilku dni, a co uznał za warte zabezpieczenia przed skasowaniem. Większość z tego nadawała się na śmietnik, ale po chwili natrafił na zapis z przedwczoraj: „Coś jakby rodzaj kosmicznego snu, jakiś jego przebłysk. Świat spowity zieloną mgłą. Coś takiego jak w doniesieniach o Zielonym Świecie. To było wszystko, tylko zielona mgła. To chyba jeszcze nie to, ale może coś się zaczyna.”
Читать дальше