Robinson wstał i podszedł do drzwi.
Elszabet poczuła nagły przypływ strachu, choć nie wiedziała przed czym. Ochrypłym głosem, niewiele głośniejszym od szeptu, powiedziała niespodziewanie:
— Nie idź, Dan, proszę. Zostań ze mną.
Ta kobieta, Elszabet, nie spala dobrze tej nocy. Tom spostrzegł to natychmiast. Była spięta, a pięść w jej sercu zacisnęła się mocniej niż zwykle. Miała podkrążone oczy i zapadnięte policzki. Źle — pomyślał. Nie chciał, by ktokolwiek był nieszczęśliwy, a tym bardziej Elszabet. Była taka miła, mądra, dobra. Dlaczegóż to miałaby być tak zatroskana?
— Wiesz — powiedział do niej — przypominasz mi trochę moją matkę. Teraz to właśnie odkryłem.
— Lubiłeś swoją matkę, Tom?
— Ty zawsze zadajesz takie pytania, prawda?
— Skoro mówisz, że ci ją przypominam, chciałabym wiedzieć, co o niej myślałeś, bo wtedy dowiem się, co myślisz o mnie.
— Ach, o to chodzi — rzekł Tom. — O tobie myślę bardzo dobrze. Słuchasz mnie, interesujesz się mną, lubisz mnie. Tak naprawdę nie pamiętam zbyt dobrze mojej matki. Miała chyba jasne włosy, zdaje się, że takie jak twoje. Chodzi mi o to, że jesteś taka, jaką chciałbym pamiętać moją matkę, gdybym ją pamiętał. Rozumiesz mnie?
Wyglądało na to, że go rozumie. Uśmiechnęła się, a uśmiech ten złagodził nieco jej wewnętrzne napięcie. Powinna się częściej uśmiechać — pomyślał Tom.
— Gdzie się wychowałeś? — spytała go.
— W różnych miejscach. Chyba w Nevadzie. I w Utah.
— To znaczy w Deseret?
— Deseret, tak, tak to teraz nazywają. I w Wyoming, choć tam na większości obszaru nie można mieszkać ze względu na pył, który przywiało z Nebraski, prawda? I jeszcze w paru innych miejscach. Dlaczego pytasz?
— Po prostu byłam ciekawa. Pomyślałam sobie, że nie jesteś z Kalifornii.
— Nie, nie, choć kiedyś już tu byłem. Chyba trzy lata temu. W San Diego. Mieszkałem tam pięć czy sześć miesięcy. W San Diego jest ciepło i przyjemnie, ale mieszka tam mnóstwo dziwaków. Wielu z nich nawet nie mówi po angielsku. Cudzoziemcy z Afryki, z Ameryki Południowej. Znałem ich kilku.
— Jak znalazłeś się w San Diego?
— Podróżowałem. Pewnego dnia złapał mnie ciężki wiatr. Wiesz, co to jest ciężki wiatr? Promieniowanie. To się stało, gdy byłem w Nevadzie. Wiesz, ja czuję, kiedy wiatr jest napromieniowany. Ciężki pył wywołuje mrowienie w mojej głowie, o tu, po lewej stronie. Czułem, że nadchodzi, ale gdzie miałem pójść? Złośliwy wschodni wiatr zabierał ładunek może z Kansas i dmuchał, dmuchał, dmuchał, wprost do Nevady. Nie było gdzie się skryć, tak się zdarza. Tutaj, na dalekim zachodzie, nie macie tego, prawda? Ja wtedy dostałem dawkę, trochę chorowałem; wypadły mi włosy, wiesz? Pomyślałem, że może odpocznę trochę w San Diego, aż poczuję się lepiej. Potem pojechałem dalej. Zmęczyli mnie ci cudzoziemcy. Nigdy nie zatrzymuję się długo w jednym miejscu. Nigdy nie wiadomo, czy ktoś nie planuje cię skrzywdzić.
— Tutaj nikt cię nie skrzywdzi, Tom.
— Ty mnie nie skrzywdzisz. To jeszcze nie znaczy, że nikt. Nawet tutaj. Biedny Tom wciąż wędruje, a wędrówka ta nie skończy się, dopóki nie nadejdą Ostatnie Dni i dokonamy Przejścia. Ale Ostatnie Dni nadejdą lada chwila, wiesz?
Pochyliła się w przód, wciąż spięta. Zawsze tak było, gdy poruszał ten temat. Rozmawiali już trzeci, a może czwarty raz w tym tygodniu w jej małym gabinecie z wielkim zielonym ekranem na ścianie i za każdym razem, gdy wspominał o Przejściu albo o obcych światach czy czymś takim, widział, jak zachodzą w niej wielkie zmiany.
— Chcesz opowiedzieć mi dzisiaj więcej o Przejściu?
— Co chciałabyś wiedzieć?
— Wszystko. Cokolwiek możesz mi powiedzieć.
— Jest tego tak wiele. Nie wiem, od czego zacząć.
— A więc wszyscy wyruszymy do gwiazd? — zapytała. — Przeskoczymy kosmos i zaczniemy żyć na nowo w innych światach?
— Właśnie tak. — Miała przed sobą jakieś urządzenie, coś do nagrywania jego słów. Widział zapalone czerwone światełko. W porządku. Ufał jej. Nigdy nie ufał zbyt wielu ludziom, ale jej tak. Nie zrobiłaby nic, co mogłoby go skrzywdzić. — To znaczy nie pójdziemy w naszym aktualnym kształcie. Odrzucimy nasze ciała, a do nowych światów przejdą tylko nasze dusze.
— A tam dadzą nam jakieś ciała? Gdybyśmy, powiedzmy, znaleźli się w Zielonym Świecie, czy dostaniemy krystaliczne ciała ze lśniącą skórą i rzędami oczu?
Tom spojrzał na nią.
— Wiesz o Zielonym Świecie?
— Wiem o wszystkich, Tom.
— I wiesz, że są prawdziwe?
— Tego nie wiem — odpowiedziała łagodnie. — Wiem tylko, że widziałam je w mym umyśle, podobnie jak wiele innych osób. Chodziłam po Zielonym Świecie z krystalicznymi ludźmi, Tom. W moim umyśle. Widziałam też łudzi z innych światów; ludzi z Dziewięciu Słońc z jednym wielkim okiem i ludzi ze Świetlnej Kuli, z tymi ich wszystkimi wypustkami…
— Świetlna Kula, tak, to dobra nazwa. To światło to Wielka Gwiezdna Chmura. Mieszkają tam Ludzie-Oczy. Wiesz, te wszystkie miejsca istnieją naprawdę.
— Od jak dawna o nich wiesz?
— Odkąd pamiętam.
— A mówiłeś, że ile masz lat?
Wzruszył ramionami.
— Chyba trzydzieści pięć, a może trzydzieści trzyj coś koło tego.
— Urodziłeś się na krótko przed Wojną Pyłów?
— Nie, niedługo po jej wybuchu — odparł.
— Twoja matka była w strefie promieniowania, gdy się wszystko zaczęło?
— Na skraju — odpowiedział Tom. — We wschodniej Nevadzie. Tak, na pewno tam właśnie mieszkaliśmy. Albo po drugiej stronie granicy, w Deseret. W Utah. Wiem, że została lekko napromieniowana, gdy była ze mną w ciąży. Później ciężko chorowała. Umarła, gdy byłem dzieckiem. To były parszywe czasy.
— Współczuję ci.
— Tak.
Naprawdę mu współczuła. Czuł to. Jaka ona miła — pomyślał. — Mam nadzieję, że będzie miała pomyślne Przejście. Ona, Elszabet, ta dobra kobieta.
— A wizje? Zaczęły się już w dzieciństwie?
— Tak jak mówiłem, mam je, odkąd pamiętam. Z początku myślałem, że wszyscy na pewno widzą te rzeczy, ale potem okazało się, że nikt, więc sądziłem, że jestem wariatem — uśmiechnął się. — Zdaje się, że jestem wariatem, prawda? Gdy żyje się przez całe lata z czymś takim w głowie, to nie da się nie oszaleć. Teraz jednak wszyscy widzą to, co ja. Od kilku lat ludzie wokoło opowiadają, że mają sny, że widzą Zielony Świat i całą resztę. Był jeden taki w San Diego, cudzoziemiec z Ameryki Południowej, jeździł taksówką. Mieszkałem trochę u niego. To było w Chula Vista, wynajmował mi pokój. Też zaczął mieć wizje. Opowiadał wszystkim znajomym. Wyglądał mi na wariata. Wyjechałem stamtąd. A później inni, ci drapacze, z którymi podróżowałem, przynajmniej kilku z nich, a teraz ty mówisz, że też je widzisz, tak? A ja widzę je coraz lepiej, coraz wyraźniej. Dostrzegam więcej szczegółów. Moc pogłębia się we mnie niemal z dnia na dzień, czuję to. Stąd wiem, że Czas Przejścia się zbliża. Oni mnie wybrali, ci ludzie z kosmosu, nie wiem dlaczego, ale wybrali mnie na zwiastuna, ja dowiedziałem się o nich pierwszy, rozumiesz mnie? Teraz wszyscy się dowiedzą. A później wszyscy, jeden za drugim, wyruszymy do ich światów. To wszystko jest częścią planu Kusereenów. Wielkiego Programu.
— Kusereenów?
— Oni rządzą Świętym Imperium. Są obecną Wielką Rasą, przewodniczą od milionów lat. Wszyscy oddają im cześć, nawet Zygeroni, którzy sami są wielcy, zwłaszcza ci z Zygerone V. Myślę, że oni będą następną Wielką Rasą. To się zmienia co ileś tam milionów lat. Trzy miliardy lat temu, przed Kusereenami, byli Theluvarowie. W Księdze Słońc jest napisane, że Theluvarowie być może wciąż żyją gdzieś na krańcach wszechświata, ale już od dawna nikt o nich nie słyszał i…
Читать дальше