— Nie wiedziałam o tumbonde nic aż do czasu, gdy kilka tygodni temu dotarliście do tej części stanu. Ale bogów widziałam przez całe lato. W lipcu miałam wizję; sen; czerwone słońce i niebieskie i płyta z białego kamienia, a na niej postać ze złotymi rogami wyciągająca do mnie rękę…
— Chungira-Który-Przyjdzie — wtrącił Jaspin.
— Tak, tylko wtedy o tym nie wiedziałam. Nie wiedziałam, co to, u diabła, jest. Ale sen wciąż powracał i powracał, a za każdym razem widziałam wszystko wyraźniej, a ta postać poruszała się i chyba coś do mnie mówiła. Czasami były też i inne takie istoty, a potem przyszły kolejne wizje: widziałam dziewięć słońc Maguali-ga, widziałam niebieskie światło… jak on się nazywał… Rei Ceupasseara? Widziałam różne rzeczy. Mówię panu, myślałam, że zwariowałam, że cały świat zwariował, bo wiedziałam, że wszyscy, których znam, również mają te wizje. Nie wiedziałam, co to wszystko znaczy. Nikt nie wiedział. Dopiero gdy przeczytałam o Seniorze Papamacerze i zobaczyłam jego obrazy, obrazy bogów…
— Stworzone przez komputer, hologramy.
— Tak, a potem wszystko zaczęło się zgadzać. Zobaczyłam całą prawdę o tym, że bogowie przybędą na Ziemię i będzie wielkie święto, i nadejdą dobre czasy. Zrozumiałam, że Senior Papamacer musi być ich prawdziwym prorokiem. Wiedziałam już, że muszę przybyć tu i dołączyć do pielgrzymki do Siódmego Miejsca, i być częścią tego, co się stanie. Chciałabym tylko podziękować osobiście Seniorowi. Chcę paść przed nim na kolana. Przez całe życie szukałam jakiegoś boga, rozumie pan? Byłam pewna, że nigdy go nie znajdę. A teraz… teraz…
Jaspin ujrzał zbliżającą się Jill. Może niepokoi się, że zadaję się z inną kobietą? Schlebiało mu nawet, że w ogóle ją to obchodzi. Ją, która wracała co noc cuchnąca słodkim, tłustym olejkiem do włosów używanym przez Bacalhau i potem Bacalhau zmieszanym z jej własnym. Puszczała się na lewo i prawo z całą Radą Wewnętrzną, a on nie pamiętał już, kiedy ostatni raz miała ochotę kochać się z nim. Jego żona, Jill, czyżby miała teraz być zazdrosna? Mało prawdopodobne.
Zresztą gdyby nawet była zazdrosna, to, do cholery, nie miała prawa narzekać. Cały miesiąc już czuł się przez nią tak podle. Jeśli więc poznałby jakąś atrakcyjną kobietę i również się jej spodobał…
Lacy mówiła dalej:
— Najśmieszniejsze w tych kosmicznych sprawach jest to, że kilka lat temu byłam wplątana w oszustwo, polegające na obiecywaniu ludziom podróży na inne planety. Sprzedawaliśmy im nawet posiadłości, które nie istniały; tak jak w starym numerze z zagospodarowaniem dna oceanu: dajcie nam pieniądze, a my wsadzimy was w ekspres na Betelguzę V. Prowadził to wszystko Ed Ferguson, chytry, sprytny organizator, a ja rozpracowywałam dla niego rynek. Cóż, nakryli go. Mieli wsadzić go do Rehabu 2, ale miał dobrego adwokata… Jill podeszła do Jaspina.
— Czy jest on w stanie w czymś pani pomóc? — zwróciła się do Lacy.
— Opowiadałam właśnie panu Jaspinowi, jak się to dziwnie złożyło, że pracowałam z mężczyzną, który prowadził nieuczciwe przedsiębiorstwo oferujące wyprawy w gwiazdy, zanim jeszcze wizje pojawiły się na Ziemi. Miał iść do więzienia, ale wysłali go tylko do jednego z ośrodków kasowania pamięci, niedaleko Mendocino, gdzie mają z niego zrobić porządnego człowieka. Może im się uda.
— Moja siostra April też tam jest — powiedziała Jill. — To się nazywa Nepenthe, blisko Mendocino.
— Twoja siostra? — zdziwił się Jaspin. — Nie wiedziałem, że masz siostrę.
Lacy roześmiała się.
— Jaki ten świat mały, nieprawdaż? Założę się, że Ed i pani siostra mają w tej chwili wspaniałą, fascynującą randkę. Ed zawsze szalał za kobietami.
— Za April nie będzie szalał — odparła Jill. — Jest gruba jak świnia. Zawsze taka była. No i ma nie po kolei w głowie. Z pewnością pani przyjaciela Eda stać na coś lepszego od April. — Teraz zwróciła się do Jaspina — Gdy skończycie, Barry, idź do autokaru Rady, dobrze? Przygotowują się do rytuału Siedmiu Galaktyk na dziś wieczór i Lagosta chce, żebyś pomógł podłączyć generator polifazowy.
— Dobrze — rzekł Jaspin — będę za pięć minut.
— Miło było poznać panią, pani… hm… — powiedziała Jill i oddaliła się.
— Niezbyt uprzejma, prawda? — stwierdziła Lacy.
— Niegrzeczna i złośliwa — dodał Jaspin. — Po przyjęciu religii zrobiła się zgorzkniała. To moja żona.
— Pańska żona?
— W pewnym sensie. Pewnego dnia Senior zdecydował, że mamy się pobrać. Nie zastanawiając się długo dał nam ślub, może miesiąc temu. To ze względu na rytuały, inicjację, rozumie pani. Trzeba być w jakimś związku. Nie można powiedzieć, że to szczęśliwe małżeństwo.
— Też mi się tak wydaje.
Jaspin wzruszył ramionami.
— Gdy wrota zostaną już otwarte, nie będzie to miało żadnego znaczenia, ale do tego czasu… do tego czasu…
— Tak, może to być przykre.
— Dobrze więc — powiedział — muszę pomóc teraz w przygotowaniach do dzisiejszej ceremonii, ale chcę powiedzieć, że postaram się załatwić pani audiencję. Nie będzie to łatwe, bo ostatnio jest bardzo zajęty, ale może jakoś mi się uda. To nie są czcze obiecanki, zrobię, co będę mógł. Dlatego że znam to uczucie, gdy jest się zwykłym nędznym śmiertelnikiem XXII wieku, żyjącym pozornym życiem, i nagle zostaje się wyniesionym na wyżyny i widzi się, że oprócz własnej gównianej wygody jest jeszcze coś, dla czego warto żyć. Tak jak mówiłem, wiele nas łączy. Postaram się spełnić życzenie, z którym przyszła pani do mnie.
— Bardzo się cieszę i doceniam to — odpowiedziała.
Podała mu rękę. Przez moment miał ochotę przyciągnąć ją do siebie i pocałować, ale nie zrobił tego, choć ciepło i wdzięczność promieniujące z jej oczu z pewnością były autentyczne.
Więcej wiem niż Apollo,
Gdy snem ów zmożon kojącym,
Bo widzę wtedy śmiertelne gwiazd boje
I niebo w ranach płączące.
Księżyc już objął swego pasterza,
Miłości królowa rycerza swojego;
Wtem pierwszy przebija gwiazdę poranka,
Zaś druga — kowala boskiego.
Tymczasem śpiewam:
„Strawy, napoju,
Napoju, strawy, odzienia.
Pani czy dziewczę,
Nie lękaj się Toma,
On nie krzywdzi żadnego stworzenia.”
Pieśń Toma O’Bedlama
Elszabet poczuła, jak ogarnia ją wizja, mimo że jeszcze nie spała. Na początku przerażało ją, gdy macki Zielonego Świata wkradały się do jej trzeźwego umysłu. Teraz jednak było inaczej. Przestała bać się wielu rzeczy, których lękała się wcześniej. Nie była pewna, czy nie należy się jednak nimi przejmować.
Leżała w hamaku, rozpiętym pomiędzy ścianami w kącie domku. Trochę czytała, trochę drzemała, nie chciała jeszcze kłaść się do łóżka. Był chłodny, jesienny wieczór. Na zewnątrz słychać było szum wiatru kołyszącego wierzchołkami drzew. W pewnym momencie zdała sobie sprawę, że na skraju jej świadomości pojawia się już wizja. Elszabet czekała, by ją powitać.
Znowu Zielony Świat. To dobrze, to dobrze.
Do tej pory miała już wszystkie sny, wszystkie siedem, czasem nawet zdarzały się dwa lub trzy w jedną noc. Minął już tydzień, odkąd w ośrodku pojawił się tajemniczy włóczęga, Tom. Przez te siedem dni sny nachodziły ją niezwykle łatwo i często. Czy był tu jakiś związek? Wydawało się, że musi być, choć trudno jej było zrozumieć, jak to możliwe. W ciągu tego ostatniego tygodnia, gdy był tu Tom, Elszabet widziała Dziewięć Słońc, Podwójne Gwiazdy I, II i III, Świetlną Kulę i Niebieskiego Olbrzyma.
Читать дальше