— To nie jest z nocy — powiedział Robinson — tylko z rana, po kasowaniu.
— Co? Sen na jawie? — powiedziała zdumiona.
— Na to wygląda. April wstydziła się przyznać. Chyba bała się, że wyślemy ją jeszcze raz na kasowanie. Ale leżało jej to na sercu i w końcu przyszła powiedzieć. Może to nawet nie pierwszy jej sen na jawie.
— Ma teraz najwięcej snów ze wszystkich — powiedziała Elszabet.
— Tak, na samym szczycie krzywej wrażliwości. Ona chyba też o tym wie i trochę ją to niepokoi.
— Co to był za sen?
— Tu mam zapisane.
Wręczył jej kartkę. Elszabet zerknęła na nią i powiedziała w stronę ściany danych:
— Wejście na listę snów.
Gdy ekran wyświetlił funkcję wprowadzania danych, Elszabet wpisała nowy sen:
7. Podwójna Gwiazda III : jedno doniesienie. Jedno słońce barwą i wielkością podobne do naszego, drugie większe, ale słabsze, emituje pomarańczowe światło, interesujący system księżyców; nie zanotowano istnienia organizmów żywych.
— Ta lista to bardzo dobra rzecz — powiedział Robinson.
— O tak — zgodziła się Elszabet i znów zwróciła się do ściany danych — wydruk listy snów. Dystrybucja: ścieżka I.
— Co robisz? Drukujesz to do wglądu dla personelu centrum?
— Dobry pomysł. Zaraz to zrobię.
— W takim razie co to jest ścieżka I?
— Wysłałam właśnie dane do innych ośrodków kasowania pamięci w północnej Kalifornii — odparła Elszabet.
Oczy Robinsona znów otwarły się szeroko.
— Naprawdę?
— San Francisco, Monterey, Eureka. Dzwoniłam dziś rano w parę miejsc, żeby poinformować ich, co u nas się dzieje. Paolucci z San Francisco powiedział, że też mają u siebie coś podobnego, a z Monterey słyszał o tym samym. Zakładamy więc wspólną sieć informacyjną; opisy snów, zakres występowania. Musimy się, na Boga, dowiedzieć, co się dzieje. Epidemia identycznych snów? To zupełnie nowe zjawisko w całej literaturze chorób psychicznych. Jeśli to, czym się zajmujemy, to choroby psychiczne.
— Tak sobie myślę — powiedział Robinson — że będzie z tego mała afera. Ujawniasz całą sprawę innym ośrodkom przed postawieniem jej na zebraniu personelu.
— Tak myślisz? — Łomot w głowie osiągnął już trudny do wytrzymania poziom. Czy coś chce się z niej wydostać? Takie właśnie miała wrażenie.
— Przepraszam — powiedziała Elszabet i znów wzięła dawkę tonów alfa. Czuła, jak policzki jej czerwienieją ze wstydu, że robi to przy nim. Ból zmniejszył się nieznacznie. Usiłując nie okazywać zirytowania, powiedziała do Robinsona: — Nie przyszło mi do głowy, że może to być poufne. Chciałam się po prostu przekonać, czy w innych ośrodkach mają coś podobnego, więc zaczęłam dzwonić, a oni powiedzieli, że mają i żeby przysłać im dane, a oni przyślą nam swoje… — Elszabet zamknęła na chwilę oczy, zacisnęła mocno zęby i odetchnęła głęboko.
— Słuchaj, może porozmawiamy o tym kiedy indziej? Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza. Chyba przebiegnę się na plażę. Ten parszywy ból głowy.
— Świetny pomysł — powiedział łagodnym tonem. — Ja też musiałbym zażyć trochę ruchu. Czy mógłbym pobiec z tobą?
Nie, chcę być sama — pomyślała. Plaża była dla niej miejscem szczególnym, niemalże drugim biurem. Starała się uciekać tam kilka razy w tygodniu, gdy chciała przemyśleć jakieś poważniejsze problemy albo po prostu oderwać się od stresów związanych z odpowiedzialnością za centrum. Zdziwiło ją, iż taktowny zazwyczaj Robinson nie rozumiał, że ona nie chce teraz towarzystwa, nawet jego. Nie potrafiła jednak powiedzieć: nie. Taki miły i dobry facet. Elszabet nie chciała być znów nieuprzejma. To głupie — powiedziała do siebie. — Wystarczy powiedzieć, że chcesz teraz być sama, przecież się nie obrazi. Ale nie potrafiła tego zrobić. Uśmiechnęła się z trudem.
— Oczywiście, czemu nie? — powiedziała, wściekając się na siebie za to skrywanie emocji. Podeszła do niego. — No to chodźmy.
Plaża była niewielka; mała skalista zatoczka o brzegach porośniętych trawą. Od centrum dzieliły ich niecałe cztery kilometry; przyjemna, dwudziestominutowa przebieżka wąską drogą ograniczoną z obu stron rozłożystymi madroniami o czerwonej korze i niskimi krzewami manzanity. Biegli równo obok siebie. Pulsowanie w głowie osłabło, gdy owładnął nią rytm biegu. Dotrzymywała mu kroku z łatwością, choć nogi Dana były jeszcze dłuższe niż jej. Umiała biegać. Na uczelni w Berkeley trenowała lekkoatletykę, była nawet stanową mistrzynią na niemal wszystkich średnich dystansach: 800, 1500 metrów, w sztafecie 4 x 400 metrów i jeszcze kilku innych. Długie nogi, wytrzymałość, determinacja. „Powinnaś zastanowić się nad karierą biegaczki”, mówiono jej kiedyś, 15 lat temu. Miała wtedy 19 lat. Ale co to znaczy „kariera biegaczki”? To marnowanie życia — pomyślała — poświęcać się dziedzinie tak hermetycznie zamkniętej jak sport. Równie dobrze można by powiedzieć: „Zastanów się, czy nie chciałabyś zostać wodospadem” albo „Zastanów się, czy nie chciałabyś zostać hydrantem przeciwpożarowym”. Zgoda, warto zająć się sportem dla wyrobienia dyscypliny wewnętrznej czy w ramach zajęć fakultatywnych na uniwersytecie, ale nie zawodowo. Zawód powinien być związany z życiem, dawaniem czegoś ludzkości, a nie tylko widowni na stadionie. Należy dowieść zasadności swego istnienia na tej planecie robiąc coś dla tych, z którymi dzieli się przestrzeń i czas, a świadomość bycia najszybszą dziewczyną w klasie to naprawdę niewiele. Praca w centrum, rehabilitacja nieszczęśliwych ludzi niszczonych przez syndrom Gelbarda, a potem kierowanie ośrodkiem, to już coś — pomyślała. Biegła dalej nie mówiąc nic, zapominając o przystojnym mężczyźnie, który towarzyszył jej w milczeniu.
Ze szczytu klifu wiodła na plażę stroma, zdradliwa ścieżka. Sama plaża mogłaby pomieścić najwyżej trzy rozłożone koce. Zimą, w czasie przypływu, prawie zupełnie znikła i można było co najwyżej schować się w wyżłobionej przez ocean skalnej grocie tuż nad rozbijającymi się lodowatymi falami. Teraz jednak było ciepłe letnie popołudnie, odpływ. Rzuciwszy koc na plażę Elszabet zaczęła schodzić powoli w kierunku brzegu. Robinson posuwał się za nią wielkimi, pewnymi skokami.
Gdy byli już na plaży, powiedziała:
— Chciałabym się rozebrać. Zawsze tak robię.
Spojrzała na niego wzrokiem, który mówił: „Nie zrozum mnie źle. Nie chcę zachowywać się prowokująco” i „Jesteś tutaj, ale ja nie chciałam, żebyś ze mną szedł, więc będę zachowywać się, jak gdybym była sama”.
Wydawało się, że zrozumiał.
— Oczywiście — powiedział — nie mam nic przeciwko temu.
Odrzucił na bok koszulę i tylko w dżinsach przysiadł przy kałużach powstałych na plaży po przypływie.
— O, rozgwiazdy — odezwał się. Elszabet rozpinając stanik skinęła niewyraźnie głową, a następnie zdjęła szorty i podeszła nago do wody nie patrząc w jego stronę. Zimne fale sięgały jej palców stóp.
— Wchodzisz? — spytał Robinson. Roześmiała się.
— Myślisz, że zwariowałam?
Nie kąpała się tutaj nigdy. Nikt się tu nie kąpał ani zimą, ani latem. Woda była lodowata przez cały rok, jak zresztą na całym wybrzeżu Pacyfiku na północ od Santa Cruz. Jakby tego było mało, ciemna rafa niedaleko od brzegu powodowała załamywanie się fal i wiry, co wykluczało pływanie w tym miejscu. Nie przeszkadzało to Elszabet. Gdy miała ochotę popływać, mogła iść na basen w centrum. Na plażę szło się po co innego.
Читать дальше