— Wiem, że przyjdzie na ciebie kolej — powiedziała. — Och, Ed, te sny są takie piękne!
— Bez wątpienia — odparł. — Chodźmy tędy, do lasu.
Zachichotała nerwowo jak źrebak. Ferguson nie sądził, żeby kiedyś z nią spał. Według rekordera odkąd tu jest, spał tylko z Allelują. Kobiety o rozmiarach April nigdy go nie pociągały, choć zdawał sobie sprawę z potencjalnych rozkoszy kryjących się w głębi tego wielkiego ciała, okrągłej twarzy ze zmysłowymi ustami i nosem. Miała około 35 lat i, tak jak on, pochodziła z Los Angeles. W głowie miała popieprzone jak wszyscy tutaj. Denerwowała go w niej nie tyle tusza, co umysł, który był w stanie uwierzyć w najbardziej ewidentne bzdury; na przykład w to, że człowiek ma więcej niż jedno życie i że może skontaktować się ze swymi poprzednimi wcieleniami; że niektórzy ludzie potrafią czytać myśli; że bogowie, duchy, a może nawet czarownice i elfy istnieją i żyją między nami i tak dalej. Było to dla niego pozbawione sensu. Prawdziwy świat nie był dla niej zbyt łaskawy, uciekała więc w rzeczywistość urojoną. Pokazywała mu swoje zdjęcia w różnych kostiumach, średniowiecznych strojach, jedno nawet w zbroi; gruba kobieta-rycerz wyruszająca na wyprawę krzyżową.
Jezu, nic dziwnego, że tak kocha te kosmiczne sny. Teraz trzeba dowiedzieć się, czy całe to gówno nie jest zmyślone.
W lesie było spokojnie. Wiatr poruszał tylko wierzchołkami drzew. Przyjemny zapach sekwoi. Zaczynało mu się tu podobać.
— Dlaczego nie wierzysz, że naprawdę mamy te sny? — spytała.
Ferguson spojrzał na nią.
— Są dwie rzeczy. Po pierwsze, całe życie miałem do czynienia z ludźmi, którzy doświadczali czegoś, czego ja nie doświadczałem. Ludzie chodzą do kościoła, wieszają lametę na choince, wierzą, że modlitwy będą wysłuchane. Ci ludzie mają pewność. Rozumiesz, co mam na myśli? Ja nigdy nie byłem pewny ani jednej cholernej rzeczy prócz tego, że muszę sam zadbać o własny los, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi. Rozumiesz? Czasami też chciałbym się pomodlić tak, jak inni, ale wiem, że nic mi to nie da. Czuję więc, że jestem poza czymś, czego inni są pewni. I teraz znów te sny. Gdy wszyscy mówią „jakie piękne!”, „jakie cudowne!”, to ja nie mam ich wcale. Wiesz, jak się czuję? No dobrze, powiedz mi, że jestem paranoikiem. Może nim jestem, bo inaczej nie byłoby mnie tutaj, ale chodzi o to, że nigdy nie potrafiłem uwierzyć w nic, czego nie mogłem dotknąć własnymi rękami, a tych snów dotknąć nie mogę.
— Mówiłeś o dwóch rzeczach, Ed.
— Oto i druga. Wiesz, że miałem iść do więzienia? — Zdziwił się, dlaczego tak dużo jej o sobie opowiada. A jeśli w jakiś sposób wykorzysta to przeciw niemu? Nie — pomyślał — nie ona. Słodka April. — Byłem skazany za oszustwo. Sprzedawałem wycieczki na planetę Betelguzę V. Obiecywaliśmy wysyłać ludzi na odległość nie pamiętam już ilu lat świetlnych: piętnastu, pięćdziesięciu, ale nie całego człowieka, tylko jego umysł poprzez proces metem… metem…
— Metempsychozy? — podpowiedziała April.
— Tak, właśnie. Ludzie zapisywali się stadami. Dziwię się, że ciebie nie było na naszej liście. Może zresztą byłaś? Wszyscy chcieli jechać, ale oczywiście to było wszystko gówno. Mieliśmy później mieć problemy z uruchomieniem metempsychozy i zwrócić wszystkie wpłacone pieniądze, ale na razie robiliśmy interes na odsetkach, rozumiesz? Mnóstwo forsy, miliony. Potem nas nakryli. Mnie. Mnie zgarnęli, niektórym się udało. Ale gryzie mnie to, April, że transmisja staje się rzeczywistością, tyle że w drugą stronę. Pieprzona Betelguza V transmituje na Ziemię. To właśnie jest dla mnie niepojęte, że nagle umysły ludzkie jednoczą się z gwiazdami w kosmosie, dzieje się to, czym handlowałem. Wiedziałem, że jestem oszustem, ale to…
— Nie, to jest prawda, Ed.
— Skąd mogę to wiedzieć? Jak mam się przekonać? Czasem myślę, że te sukinsyny nabierają mnie. Zmyślają, żeby pomieszało mi się w głowie.
Byli już głęboko w lesie. Tylko we dwoje. Czy naprawdę tak myślę? — zastanowił się. — Czy to może być spisek? Nawet Lacy w San Francisco widziała tego wielkiego złotego stwora z rogami. Alleluja mówiła dokładnie o tym samym. Czy Lacy też mogłaby być w tej zmowie? Nie, jak Lacy mogłaby opowiedzieć o swoim śnie Allelui nie wiedząc nawet o jej istnieniu? Musiał przyznać, że wątpienie w te sny było bez sensu. A jednak wciąż wątpił.
— Opowiedz mi, co widziałaś dziś rano — powiedział. — O ludziach-meduzach.
— Nie wolno mi rozmawiać…
— Jezu — westchnął… Byli całkiem sami, nikogo oprócz wiewiórek. Uśmiechnął się i zbliżył się do niej. — Potrafisz być bardzo atrakcyjna, wiesz? — powiedział i przyciągnął ją do siebie. Miała na sobie niebieski, puszysty sweter z kaszmiru. Wsunął pod niego rękę i poczuł nagą pierś. Tak wielką, że nie mógłby przykryć jej całą dłonią. Zamknęła oczy i westchnęła. Odnalazł sutek i zaczął gładzić go z wolna kciukiem. Błyskawicznie stwardniał jak kamyk. Przylgnęła do niego biodrami poruszając nimi rytmicznie i wciąż cicho wzdychała.
Wyjął rękę spod swetra.
— Nie przestawaj — powiedziała.
— Chcę wiedzieć. Muszę wiedzieć. Powiedz, co widziałaś.
— Ed…
Uśmiechnął się. Pocałował ją w usta wsuwając język między jej wargi i znów dotknął jej piersi.
— Powiedz.
Westchnęła.
— Dobrze. Nie przestawaj, to ci opowiem. Niebo w tym świecie, który mi się śnił, jest całe rozświetlone. Milion miliardów gwiazd otacza planetę, cały czas jest dzień, wspaniały dzień. Te istoty unoszą się w atmosferze. Są ogromne, podobne do gigantycznych meduz; przezroczyste, z różnymi bardzo intrygującymi wypustkami. Och, Ed, nie powinnam ci tego mówić!
Ferguson gładził jej sterczący sutek.
— Świetnie ci idzie. Mów dalej.
— Każdy taki stwór jest jakby kolonią organizmów. W środku jest ciemny mózg, dalej te spiralne, dyndające wypustki, które chwytają pokarm i jeszcze te z nóżkami w kształcie wioseł, napędzające kolonie, i te, które… te od reprodukcji, i… och nie wiem, jeszcze chyba z pięćdziesiąt innych, wszystkie sczepione razem, splątane, każdy z rodzajem własnego umysłu, lecz zarazem wszystkie podłączone do centralnego mózgu. A na zewnątrz tego wszystkiego są receptory, które funkcjonują w tym oślepiającym świetle jak oczy, ale nie są oczami, bo otaczają to całe…
— Czy wyglądało to tak samo jak poprzednim razem, gdy miałaś ten sen?
— Nie wiem, Ed. Przecież miałam kasowanie. Uciekło mi, ale myślę, że musiało być wszystko tak samo, bo to prawdziwa projekcja prawdziwego świata, więc dlaczego miałaby być za każdym razem inna?
On nic nie wiedział o prawdziwej projekcji prawdziwego świata, ale jej opis z całą pewnością był identyczny. Używała nawet tych samych fraz co dzień, dwa, trzy albo cztery dni temu, gdy po raz pierwszy opowiedziała mu o ludziach-meduzach i niebie pełnym światła. Co prawda podobnie jak ona nie pamiętał tego, ale miał wszystko zapisane na rekorderze. Tak właśnie wtedy mówiła: „sczepione, splątane organizmy” i „ciemny mózg wewnątrz przezroczystego ciała”.
— Nie wolno ci mówić, że ci opowiedziałam, Ed.
— Oczywiście że nic nie powiem.
— Proszę, przytul mnie jeszcze raz.
Skinął głową. Jej twarz zbliżyła się do jego, zobaczył błyszczące oczy i rozchylone, wilgotne wargi odsłaniające koniuszek języka. Biedna, tłusta dziwka. Pewnie marzy jej się, by zostawić tu ciało, przenieść się do tamtego świata i żyć jak te meduzopodobne stwory z dyndającymi wypustkami. Długo i szczęśliwie.
Читать дальше