— Oddaj. — Zwrócił się znów do Stidge’a: — Miałeś szczęście, że wszedł tu Tom. Już prawie miałem pozwolić Mujerowi cię wykończyć. Przysparzasz nam kłopotów, Stidge.
— To ja wyłączyłem ekran, może nie? — odparł Stidge. — Ja was tu przyprowadziłem!
— Tak — stwierdził Charley — ale mogliśmy wejść i wyjść bez zabijania. Teraz mamy dwa trupy, a dwóch uciekło. Stidge, musisz panować nad bronią. Nie waż się zrobić znowu czegoś takiego, słyszysz? Następnym razem, gdy znów zachowasz się jak dzikus, załatwimy cię. Słyszałeś? — Charley machnął ręką na pozostałych. — Pakować wszystko, co może się do czegoś przydać. Żywność, broń i tak dalej. Nie możemy tu za długo zostać.
— To niemożliwe — mruczał Mujer gapiąc się na Toma. — On cię nienawidzi, wiesz o tym? Ja już go mam załatwić, a ty przychodzisz i chwytasz mnie za rękę. Nie mogę w to uwierzyć.
— Wychodź, wychodź, człecze przeklęty, synu Beliala — odrzekł Tom.
— Znowu Biblia — powiedział Mujer z niesmakiem. — Przeklęty wariat.
Tom uśmiechnął się. Wszyscy wpatrywali się w niego. Niech patrzą. Nie mógł przecież przyglądać się spokojnie morderstwu z zimną krwią. Nawet gdy chodziło o Stidge’a. Tom spojrzał w jego stronę. Stidge patrzył z zimną, ponurą wściekłością. Teraz jeszcze bardziej mnie nienawidzi — zrozumiał Tom — zawdzięczając mi życie. Ale nie boję się. Kochajcie wrogów swoich — tego przecież nas uczył — czyńcie dobro tym, którzy was nienawidzą, błogosławcie tych, którzy was przeklinają. Teraz dopiero zauważył, że nieco się uspokoiwszy, widzi już normalnie.
— Dziękuję — zwrócił się do Charleya — że go oszczędziłeś.
— Tak — mruknął Charley. — Jezu, Tom, przecież to nie był twój interes. To było zwariowane, co zrobiłeś. Przecież Mujer mógł was obu przebić jednym pchnięciem szpikulca. Wiesz o tym?
— Nie mogłem pozwolić, by jeszcze jedno życie zostało odebrane. Pan jest jedynym sędzią.
— Nikt cię nie prosił, żebyś się w to mieszał. Ty nie jesteś tu od decydowania. To było zwariowane, Tom. To, co zrobiłeś. Rozumiesz? Tak to tylko mogę określić: zwariowane. To nie było twoje miejsce. A teraz wynoś się stąd do diabła, dopóki nie skończymy. No, rusz się.
— W porządku — odpowiedział Tom. Wyszedł, ale zajrzał jeszcze przez okno i widział, jak Charley podnosi rękę z laserową bransoletką i kieruje strumień światła w stronę skulonego pod ścianą, przerażonego chłopca. Nim nieszczęśnik upadł na ziemię, był już zapewne martwy. Tom zachwiał się na nogach i wymamrotał słowa modlitwy. Po chwili Charley wyszedł z budynku.
— Widziałem wszystko — rzekł Tom. — Jak mogłeś to zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Wściekłeś się, gdy Stidge zabił tych ludzi, a za chwilę ty sam…
Charley splunął.
— Jeśli już raz się zabiło, to na tym się nie kończy. Zabiłeś rodziców, to lepiej zabij też syna, bo będzie deptał ci po piętach, gdziekolwiek pójdziesz. Dwaj pozostali chłopcy uciekli i mam nadzieję, że nie widzieli naszych twarzy. — Po chwili, kręcąc głową, dodał: — O co chodzi? Mówiłem, żebyś się tu nie kręcił. Ale ty musiałeś patrzeć, co? No to widziałeś. Myślisz, że jestem święty, Tom? — zaśmiał się. — To nie są czasy dla świętych. No dobrze, dobrze. Opowiedz mi jeszcze o Ludziach-Oczach. Ty naprawdę to wszystko widzisz? To naprawdę dla ciebie jest rzeczywistością? Zdumiewasz mnie, zwariowany sukinsynu. Opowiedz mi. Opowiedz, co widzisz.
— Czy możesz przysiąc, że tego nie zmyśliłaś? — powiedział Ferguson do April Cranshaw. — Niebo pełne światła? Latające stwory podobne do meduz? No, zrób mi przyjemność i przyznaj się. To po prostu wszystko dla kawału, prawda? Prawda?
— Ed — odpowiedziała z wyrzutem, jakby narzygał jej na wieczorową suknię. — Nie rób mi tego, Ed. Pójdę sobie, jeśli dalej będziesz mi mącił w głowie. Bądź miły, Ed.
— Tak — odparł. — Będę miły.
Ci wszyscy dranie z personelu pocili się strasznie, żeby wyjaśnić tę sprawę. Prawie o niczym innym nie mówili. Pierwszą rzeczą, o której chcieli wiedzieć rano, przed kasowaniem, były sny. Potem całymi popołudniami obradowali. Wzywali ludzi na specjalne badania, testy i co tylko.
Jego nie. Jeszcze nigdy go nie wezwali. Nigdy zresztą nie miał snów. Ani razu. To ich zdumiewało, jego oczywiście też. Dlaczego właśnie on jest jedynym? Czy te sny rzeczywiście są prawdą? Banda drani. Chcą go zostawić z boku, cały czas chcą go oszukać.
— Odpowiedz mi szczerze, nie zmyślasz? Naprawdę masz takie sny?
— Co noc — odpowiedziała. — Przysięgam.
Przyglądał się jej twarzy, jak gdyby był to prospekt programu rozwoju wybrzeża oceanicznego. Wyglądała łagodnie i krucho jak pudding. Była przy tym cholernie otwarta i szczera. Słodki, szeroki uśmiech, spokojne zielonkawoniebieskie oczy. Ferguson nie potrafił wyobrazić sobie, żeby mogła być zdolna do kłamstwa. Nie ona. Inni jasne że tak, ale nie ona.
— Czasami nawet w dzień — mówiła dalej — zamykam oczy na chwilę, ale nie śpię i widzę obrazy pod powiekami.
— Naprawdę? W dzień?
— Nawet dzisiaj. Ludzie-meduzy, dziś przed południem.
— Czyli po kasowaniu.
— Tak, to wciąż świeże.
— Mów dalej. Co widziałaś?
— Wiesz, że nie wolno nam o tym rozmawiać…
— Opowiedz mi — zażądał.
Zastanawiało go, czy spał z nią kiedyś. Chyba nie, miała osiemdziesiąt, może sto funtów nadwagi, zupełnie nie w jego typie. Jego rekorder nie miał żadnych danych na ten temat, ale nie znaczyło to, że nic takiego się nie stało; może po prostu nawet nie chciało mu się wprowadzić takiej informacji, a teraz już za późno, żeby się dowiedzieć. Może przeleciał ją z dziesięć razy w ubiegłym miesiącu, ale ani on, ani ona nie mieli możliwości zapamiętania tego. Sprawy przychodziły i odchodziły. Gdy miesiąc temu odwiedziła go Mariela, była dla niego jak obca, wcale jej nie znał. Albo nie chciał znać. Własnej żony. Gdyby nie zapisał tego na rekorderze, nawet nie wiedziałby, że była u niego.
April powiedziała z zakłopotaniem:
— Doktor Lewis mówiła, żebym nikomu nie opowiadała o moich snach, chyba że na badaniach, bo to może zniekształcić dane.
— Zawsze robisz to, co ci mówią?
— Jestem tu, żeby się wyleczyć, Ed.
— Sprawiasz mi ból, April. Ty i ten morski wiatr, który bez przerwy tu wieje.
— Przejdźmy się trochę — zaproponowała.
Znajdowali się na skraju lasu. Wybrali ścieżkę prowadzącą na wschód od centrum. Mieli właśnie popołudniowy czas wolny. Wiatr, chłodny i silny, uderzał od strony oceanu jak pięść, jak zawsze o tej porze dnia. Co dzień po południu dawali godzinę lub dwie wolnego. Nie było wtedy żadnych zabiegów. Ferguson wolałby teraz być z Alleluja, ale nie wiedział, gdzie się zawieruszyła, a akurat znalazła go April. Często się tak działo w czasie wolnym.
— Bardzo cię nurtuje ta sprawa kosmicznych snów, prawda?
— Chyba tak jak wszystkich.
— Ale ty wciąż o nie pytasz.
— Dlatego, że ja ich nie miewam.
— Przyjdzie na to czas — rzekła łagodnie. — Po prostu nie nadeszła jeszcze kolej na ciebie. Ale nadejdzie.
Tak — pomyślał — tylko kiedy? To wszystko się dzieje już od dwóch tygodni, może trzech? Trudno tu panować nad czasem. Po kasowaniu każdy dzień zlewa się z poprzednim i następnym. Ale sny mają wszyscy, kumple z pokoju i co najmniej jeden z pracowników, ten dziwny Lansford, a może nawet kilku lekarzy. Wszyscy tylko nie on. To było najgorsze: wszyscy oprócz niego. Tak jakby umówili się za jego plecami, żeby nazmyślać całą górę kosmicznego gówna i tym go poczęstować.
Читать дальше