Spojrzała w tył, na Robinsona i spostrzegła, że patrzy na nią. Uśmiechnął się i nie odwrócił w popłochu głowy, gdyż mogłoby to być poczytane za przejaw poczucia winy. Popatrzył więc na nią jeszcze przez chwilę, a potem bez pośpiechu zajął się rozgwiazdami. Może to nie był dobry pomysł — pomyślała. Nagość nie była w centrum niczym niezwykłym, ale tutaj byli tylko we dwoje. Wiedziała zresztą, że Robinson interesuje się nią, choć nigdy tego nie manifestował. Była przecież atrakcyjną kobietą, on — przystojnym mężczyzną, a łączyły ich też więzy zawodowe i intelektualne. Byliby dobraną parą, wszyscy w centrum tak uważali. Ona sama też tak czasem myślała. Nie chciała jednak wplątywać się w żadne związki ani z Danem Robinsonem, ani z nikim innym. To nie był czas na tego typu sprawy. Zastanowiła się, czy rzeczywiście nie miała zamiaru zachować się prowokująco albo wręcz okrutnie. Chyba nie — pomyślała zaniepokojona.
Postanowiła dłużej o tym nie myśleć. Ostrożnie weszła do wody po kostki i aż syknęła, jednak chłód zdawał się uśmierzać ból w skroniach.
— Myślałem o snach i widzę tylko jedno wytłumaczenie. Może ono zabrzmieć dziwnie, ale wydaje mi się, że jest mimo wszystko mniej dziwne niż utrzymywanie, że kilka osób ma identyczne, niesamowite sny zupełnie przez przypadek — powiedział Robinson.
Elszabet nie miała ochoty rozmawiać teraz o snach ani czymkolwiek innym. Zapytała jednak uprzejmie:
— Jaka jest twoja teoria?
— Odbieramy informacje nadawane ze zbliżającego się do nas obcego statku kosmicznego.
— Co!?
— Uważasz, że to głupie?
— Powiedzmy, że nieco zbyt śmiałe.
— Też tak myślę. Mam jednak powody, by obstawać przy swoim. Znasz historię programu sondy gwiezdnej?
Poczuła się niezręcznie stojąc nago po kostki w zimnej wodzie, odwrócona do niego bokiem. Wyszła na plażę i usiadła na piasku, opierając się plecami o wystającą skałę i przyciągając kolana do piersi. Słońce przyjemnie rozgrzewało jej skórę. Nie ubierała się jeszcze, lecz siedząc poczuła się pewniej. Odniosła wrażenie, że wraca ból głowy, leciutki ucisk pod brwiami.
— Program sondy gwiezdnej? — powiedziała. — Zaraz, zaraz, to chyba była bezzałogowa wyprawa kosmiczna, prawda?
— Tak, na Proximę Centauri, najbliższy Ziemi gwiezdny układ. Wysłano ją na krótko przed Wojną Pyłów, około roku 2050, może 2060. Sonda miała dotrzeć do Proximy w ciągu dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu lat, wejść na orbitę, szukać nowych planet, wysyłać transmisje…
Znowu ten ból głowy. Tym razem na dobre.
— Ale co to ma wspólnego z…
— Posłuchaj — odparł Robinson — nie liczyłem tego, ale wydaje mi się, że sonda musiała dotrzeć do Proximy dziesięć, piętnaście lat temu. To będzie może cztery lata świetlne stąd. Myślę, że statek przygotowany był do osiągania znacznych przyspieszeń, a jego prędkość dochodziła do jednej czwartej prędkości światła i… powiedzmy, że sonda dotarła do celu, a Proxima Centauri jest zamieszkana przez istoty rozumne. Te przybywają w swych statkach kosmicznych, badają sondę, stwierdzają, że pochodzi z Ziemi i wypełniona jest aparaturą szpiegowską, więc niepokoją się nieco. Rozbierają sondę — pewnie dlatego nie docierały już z niej żadne informacje — i wysyłają własną, żeby sprawdzić, co to jest planeta Ziemia, czy jest dla nich niebezpieczna i tak dalej.
— I ta misja szpiegowska ogłasza swoje przybycie bombardowaniem Ziemi na ślepo halucynacjami z innych światów? — spytała Elszabet. Dan był miły, ale wolałaby, żeby zostawił ją samą choć na chwilę. — Nie wydaje mi się to przekonujące. — Zamknęła oczy, odwróciła twarz do słońca i modliła się, żeby zakończył tę rozmowę.
Nie zauważył chyba sugestii, bo mówił dalej:
— Zresztą nie jest powiedziane, że przybywają z wrogimi zamiarami. Może jako, powiedzmy, ambasadorowie?
Proszę — pomyślała — niech on przestanie, niech przestanie!
— Emitują informacje drogą telepatii. W najbardziej podatnych umysłach pojawiają się wizje odległych systemów słonecznych.
Czy on nie może przestać? Otwarła oczy i popatrzyła na niego, wciąż nie mogąc się zdobyć na powiedzenie mu, by sobie poszedł. Bębnienie w głowie przybierało na sile. O ile przedtem wydawało jej się, że chce się z niej wydostać, to teraz jakby chciało w nią wejść.
— A może wysyłanie tych wizji poprzedza inwazję? Może ma rozsiać zamęt, strach, panikę? — mówił dalej. — Tak? Nie, wciąż cię to nie przekonuje. Nic nie szkodzi, ja tak tylko spekuluję. Dla mnie też nie brzmi to za mądrze, ale nie można tego całkowicie wykluczyć. No, powiedz, co o tym sądzisz?
Robinson uśmiechnął się do niej jak zmieszany szesnastolatek. Z pewnością oczekiwał potwierdzenia, że jego teoria nie jest zupełnie niedorzeczna. Ona jednak nie odezwała się. W pewnej chwili przestało ją to obchodzić, podobnie jak on sam i wszystko inne oprócz straszliwego bólu, który uderzył ją jak włócznią między oczy.
— Elszabet?
Wstała chwiejnie i omal nie upadła. Wszystko widziała zielone i zamazane, jakby ktoś zawiązał jej grubą wełnianą opaskę na oczach. Do tego wełna usiłowała wedrzeć się do jej mózgu; zielone witki gęstej mgły atakowały świadomość…
— Dan? Nie wiem, co się ze mną dzieje, Dan!
Wiedziała jednak. To Zielony Świat — uświadomiła sobie — próbuje wtargnąć w mój umysł. Sen na jawie, jakaś zwariowana halucynacja. Czy to możliwe? Zielony Świat? Chyba oszalałam.
Dysząc ciężko powlokła się do wody. Woda wznosiła się wokół niej jak ściana lodu, jak ogień, po uda, dłonie. Próbowała pozbyć się natrętnej wizji. Drapała głowę, jak gdyby chciała zedrzeć intruza. Potem potknęła się o skałę, straciła równowagę i upadła na kolana. Nadciągająca fala uderzyła ją w twarz. Zachłysnęła się przemarznięta do szpiku kości i na wpół oszalała.
Potem wszystko się skończyło. Tak szybko, jak się zaczęło.
Stała w zimnej wodzie trzęsąc się z zimna. Dan był przy niej. Objął ją ramieniem i zaprowadził do brzegu, okrył kocem. Miała gęsią skórkę. Przenikliwe zimno spowodowało, iż sutki nabrzmiały jej i stwardniały do tego stopnia, że gdy to spostrzegła, policzki spłonęły jej rumieńcem. Odwróciła się tyłem.
— Daj mi ubranie — powiedziała sięgając po stanik.
— Co to było? Co się stało?
— Nie wiem — odparła niewyraźnie. — Coś mnie nagle uderzyło. Jakiś atak, nie wiem. Coś dziwnego, trwało to sekundę, może dwie, chyba straciłam przytomność.
Nie chciała powiedzieć mu o wełnistej, zielonej mgle. Sama myśl, że mogła to być wizja Zielonego Świata usiłująca przeniknąć do jej mózgu, wydawała się jej absurdalna, na pograniczu horroru i urojeń. Choćby rzeczywiście to było to, nie odważyłaby się przyznać Danowi, mimo że zrozumiałby z pewnością, nawet byłby zazdrosny. Przypomniała sobie, z jakim żalem ledwie pół godziny temu mówił, że nigdy nie miał okazji doświadczyć któregoś z kosmicznych snów. Jednakże jej spojrzenie na tę sprawę było zupełnie inne. Po pierwsze, sny przerażały ją. Niech je ma ojciec Christie, niech ma je April Cranshaw i Nick Podwójna Tęcza. To są ludzie niezrównoważeni emocjonalnie i halucynacje są dla nich czymś normalnym. Niech je ma nawet Dan, skoro tego chce, ale nie ja. Na miłość boską, nie ja!
Była już ubrana, ale wciąż przemarznięta do szpiku kości tym kontaktem z Pacyfikiem. Robinson stał pięć, sześć metrów dalej wpatrując się w nią i za wszelką cenę starał się nie sprawiać wrażenia zbyt zaniepokojonego. Uśmiechnęła się z wysiłkiem.
Читать дальше