— Może po prostu potrzebne mi wakacje — powiedziała. — Przepraszam, że robię ci kłopot.
— Czujesz się już lepiej?
— Tak, to był tylko moment. Ojej, ależ ta woda zimna!
— Wracamy do centrum?
— Tak, tak, chodźmy.
Wyciągnął rękę, by pomóc jej wspiąć się na skały. Odepchnęła go gniewnie i ruszyła ścieżką jak kozica. Na górze zatrzymała się, żeby poprawić koc owinięty wokół bioder i nie czekając na niego, pomknęła sprintem w kierunku centrum.
— Hej, zaczekaj, już idę — zawołał, ale ona nie zwolniła.
Nie chciała dać mu się dogonić. Gdy dotarła do centrum, ledwo trzymała się na nogach i z trudnością łapała oddech, ale wyprzedziła go o sto metrów. Ludzie spoglądali na nią zdziwieni.
Zatrzymała się dopiero w biurze. Gdy była już w środku, zatrzasnęła za sobą drzwi, upadła na kolana i siedziała chwilę drżąc, dopóki nie upewniła się, że nie będzie wymiotować. Serce stopniowo uspokoiło się, oddech wracał do normy. Strasznie bolały ją uda. Spojrzała na ścianę danych. Czekała na nią jakaś wiadomość. Wyświetliła ją.
Dziękuję za informacje. Nasz wykaz snów dokładnie taki sam, szczegółowy opis w drodze. Podobne sny występują też aż w San Diego (właśnie to sprawdzam). Niedługo prześlę więcej informacji. Swoją drogą, co to się dzieje, na Boga?
Paolucci, San Francisco.
Niechaj myśl ckliwą na pozór
I dzban z kąkola polewki
Ześlą wam szczodre niebiosa:
Jam przyjął dar ten królewski.
Nie spałem od Podboju,
Choć przedtem trwałem w snu cieniach,
Aż amor złośliwy w kryjówki zaciszu
Mnie znalazł i odarł z odzienia.
A teraz śpiewam:
„Strawy, napoju,
Napoju, strawy, odzienia.
Pani czy dziewczę,
Nie lękaj się Toma,
On nie krzywdzi żadnego stworzenia.”
Pieśń Toma O’Bedlama
Czerwono-żółta ciężarówka sunęła wciąż na zachód. Drapacze nie chcieli zostawać dłużej w dolinie San Joaquin po morderstwach na farmie w widłach rzeki, jechali więc na powietrznym rydwanie unosząc się tuż nad zakurzoną — jak zwykle w sierpniu — drogą. Tom czuł się podczas takiej jazdy jak król, jak Salomon podróżujący w majestacie. Pozwolili mu siedzieć z przodu, obok kierowcy. Prowadzili Charley, Buffalo, czasami Nicholas, ten o chłopięcej twarzy i zupełnie białych włosach, który nigdy się nie odzywał. Rzadziej kierowali Mujer i Stidge. Tamale nigdy, podobnie jak Tom. Najczęściej jednak prowadził Rupe: krępy, barczysty, o czerwonej twarzy. Mógł siedzieć za drążkiem godzinami. Gdy prowadził, ciężarówka nigdy nawet o włos nie schodziła z kursu. Rupe nie lubił jednak, gdy Tom śpiewał w czasie jazdy. Charley owszem; zawsze gdy przychodziła jego kolej, upominał się o piosenki. „Graj stary”, mówił, a Tom grzebał już w swym tobołku.
Instrument dostał trzy lata temu na drodze do San Diego od jednego z afrykańskich uchodźców. Była to po prostu wydrążona drewniana deseczka z przymocowanymi metalowymi płytkami. Tom nauczył się na niej grać tak, że brzmiała jak gitara. Uderzając kciukiem w płytki wygrywał przeróżne melodie. Pamiętał teksty wielu piosenek i choć nie do wszystkich znał muzykę, to jednak miał dość wprawy, by naprędce ułożyć coś, co dobrze pasowało do słów. Śpiewał wysokim, czystym tenorem. Wszyscy, poza Rupe’em, lubili go słuchać. Gdy więc Rupe prowadził, Tom uważał, że nie powinien mu przeszkadzać i siedział cicho.
O Pani moja, dokąd wciąż błądzisz?
Zostań i słuchaj; Twa miłość nadchodzi,
Co śpiewać potrafi wysoko i nisko.
Nie wędruj już dalej słodka piękności,
Podróże się kończą w kochanków jedności,
Każdy mądry człowiek przecież wie to wszystko.
— Gdzie się tego nauczyłeś? — spytał Mujer. — Nigdy nie słyszałem takich piosenek.
— Znalazłem kiedyś książkę — odpowiedział Tom — i z niej nauczyłem się wielu wierszy, a potem sam dobrałem melodie.
— Nic dziwnego, że nigdy ich nie słyszałem — stwierdził Mujer. — Nic dziwnego.
— Zaśpiewaj tę o plaży — powiedział Charley. Siedział po prawej stronie Toma. Mujer prowadził, Tom tkwił między nimi. — Podobała mi się. Ta smutna, o plaży w świetle księżyca.
Zbliżali się do San Francisco, zostało im może jeszcze cztery, pięć godzin drogi. Tak mówił Charley. Napotykali na mnóstwo małych miasteczek, w większości wciąż zamieszkałych, choć średnio co trzecie zostało już dawno opuszczone. Ziemia była nadal sucha i gorąca, lato doskwierało okrutnie. Gdy ostatnim razem opuszczali ciężarówkę, koło jedenastej, żeby drapnąć trochę jedzenia, Tom miał nadzieję, że zobaczy pierwsze pasemka mgły i poczuje pierwszy chłodny powiew z zachodu, chłodne i czyste powietrze San Francisco. „Nie”, powiedział wtedy Charley, „nie poczujesz powietrza San Francisco, dopóki tam się nie znajdziesz. To nagła zmiana, tak jak wtedy, gdy jest ci gorąco i wjeżdżasz w górski tunel, i naraz jest zimno. To tak jakby zupełnie inny rodzaj powietrza”.
Tom nie mógł się doczekać. Męczył go już upał w dolinie. Tak się również składało, że jego wizje były wyraźniejsze w chłodnym powietrzu. Uderzył w klawisze i zaśpiewał:
Morze spokojne jest dzisiejszej nocy,
Przypływ już wezbrał, a księżyc
Łagodnie oświetla cieśniny.
Na francuskim brzegu światło
Rozbłyska i gaśnie.
Angielski klif lśni bielą
Ogromny w cichej zatoce.
Podejdź do okna,
Powietrze nocy jest słodkie.
— Piękne — powiedział Charley.
— Ta mi się też nie podoba — stwierdził Mujer.
— To nie słuchaj — odparł Charley. — Zamknij się i tyle.
Jedynie z długiej, rozmazanej linii,
Gdzie niebo styka się
Z rozjaśnioną księżycem ziemią,
Posłuchaj, a usłyszysz chropowaty głos
Kamieni targanych przez fale.
— Nic z tego nie rozumiem — powiedział Mujer. — To się nie trzyma kupy.
— Jeszcze ostatnia część — rzekł Charley. — Jest naprawdę piękna. Jeśli, oczywiście, w ogóle masz jakąś duszę. Zaśpiewaj końcówkę, Tom… Hej, co to za miasto? Może Modesto? Zbliżamy się do Modesto. Tom, zaśpiewaj końcówkę.
Tom nie miał nic przeciwko odśpiewaniu końcówki. Mógł śpiewać strofy w dowolnym porządku. Zaczął znowu:
Miłości! O pozwól nam być
Oparciem dla siebie wzajem,
Bo świat przed nami, co zda się być rajem
Tak pięknym, nowym, bogatym,
Nie przyda nam wcale radości, uczucia,
Pokoju ni bezpieczeństwa,
A w bólu pogrążon kto ponad siły,
Nie zrzuci swojego przekleństwa.
— Piękne — rzekł znowu Charley. — Posłuchaj tylko, to poezja, to prawdziwa poezja. Mówi wszystko. Jedź obwodnicą, Mujer. Nie chcemy przecież wjeżdżać do Modesto.
My zaś na mrocznej jesteśmy równinie,
Na odgłos walki w trwodze się szamocząc,
Gdy armie głupców ścierają się nocą.
— Zaśpiewaj do końca — powiedział Charley, gdy Tom zamilkł.
— Zaśpiewałem — odrzekł Tom. — Tak się to kończy: gdy armie głupców ścierają się nocą. — Zamknął oczy. Zobaczył nadchodzącą Wieczność; pierścień oślepiającego światła rozpościerający się od jednego do drugiego końca wszechświata. Pomyślał, że może zbliża się wizja, ale nie, wszystko natychmiast zniknęło. Szkoda — powiedział do siebie. Mimo to wiedział, że ona i tak wkrótce się pojawi. Czuł jej obecność na skraju świadomości. Pewnego dnia — pomyślał — wizja światłości nadejdzie i zabierze mnie do nieba, jak Eliasza, którego porwała trąba powietrza czy jak Enocha, który szedł z Bogiem i Bóg zabrał go do siebie.
Читать дальше