Ben Bova - Wędrowcy

Здесь есть возможность читать онлайн «Ben Bova - Wędrowcy» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1994, Издательство: Orion, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Wędrowcy: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wędrowcy»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Albo jesteśmy sami we wszechświecie albo nie jesteśmy;każda z tych możliwości jest zaskoczeniem dla umysłu.
Lee Dubridge

Wędrowcy — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wędrowcy», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Zabębnił palcami po blacie biurka.

— Jo… jeśli ten wyjazd jest niebezpieczny dla mnie, będzie równie niebezpieczny dla wszystkich Amerykanów, którzy ze mną pojadą.

Mięśnie jej policzków lekko drgnęły.

— Uważasz, że jesteś tym jedynym, kto może być bohaterem?

— Nie jestem bohaterem, Jo — rzekł rozchmurzając się. — Jestem szaleńcem. Wiem o tym.

Mimo woli uśmiechnęła się do niego.

— Keith, powiedziałam ci już dawno temu, że jesteśmy do siebie podobni. A więc ja chcę tam jechać równie mocno, jak ty.

— Naprawdę?

— Tak jak powiedziałeś. To będzie ładny dodatek do mojego życiorysu.

— Mhm — westchnął. — Dobrze, niech będzie, jak chcesz. Idź teraz do szpitala i zrób sobie wszystkie badania.

Podniosła się z krzesła.

— Dzięki, Keith.

— Ale chyba wiesz, że jesteś szalona.

— Wiem — odparła. — Zupełnie jak ty.

Podniósł się z fotela, lecz nie wyszedł zza biurka. Stał i patrzył, jak skierowała się ku drzwiom i wyszła z jego biura.

— Jezu Chryste, patrz tam! Jakie cholerne tłumy!

Reporter telewizji spojrzał z ukosa na pilota helikoptera.

— Wyrażaj się przyzwoicie — rzekł do zamocowanego tuż przy wargach mikrofonu, nie próbując nawet przekrzyczeć ryczącej turbiny śmigłowca.

— Przecież dopiero za dwanaście minut będziemy na antenie — odkrzyknął pilot, nie odrywając oka od sznurów samochodów ciągnących w kierunku stadionu w Anaheim. Jak okiem sięgnąć, płynęły w żółwim tempie autostradami prowadzącymi do Los Angeles aż po Disneyland rzeki samochodów, niemal stykających się zderzakami.

— Gdzie oni wszyscy kupią benzynę? — zastanawiał się pilot.

Reporter podniósł na czoło swe ciemne okulary i potarł nos dłonią.

— Tak czy inaczej, staraj się wyrażać przyzwoicie, okay? — rzekł. — Teraz tylko brakuje, aby jakieś niewłaściwe słowo trafiło na antenę, a oni wszyscy będą się domagać naszych głów. — Wskazał ręką samochody nisko pod nimi.

Pilot potrząsnął głową, dobrze zabezpieczoną przez hełm.

— Nigdy w życiu nie widziałem takich tłumów — powiedział. — Jak oni wszyscy się tam zmieszczą?

W słuchawkach reportera zabrzmiało to jak szept. Przekręcił się na swym siedzeniu i syknąwszy z bólu, spowodowanego werżnięciem się pasa bezpieczeństwa w jego mięsiste ramię, powiódł wzrokiem po wieczornym niebie, szukając helikoptera z kamerą telewizyjną. Maszyna leciała wolno nad Pomarańczową Autostradą i filmowała gigantyczny korek drogowy dla dziennika telewizyjnego o jedenastej wieczór.

Reporter sięgnął ku swemu nadajnikowi radiowemu i wybrał gałką kanał, na którym porozumiewał się z kamerzystą.

— Harry, tu Jack. Słyszysz mnie?

— Aha, Jack.

— Aparatura w porządku?

— Wszystko w porządku. Żadnych problemów.

— Doskonale. Słuchaj: w połowie kazania Wilsona mają wygasić na stadionie wszystkie światła, żeby było dobrze widać zorzę. To ujęcie jest mi bardzo potrzebne… Stadion oświetlony tylko blaskiem zorzy…

— Nie ma sprawy, zrobi się.

— Na pewno?

— Jasne. Mam kamerę, która łapie wszystko nawet przy minimalnym oświetleniu. Wyjdzie fantastycznie.

— No to fajnie — ucieszył się reporter.

Stadion dosłownie pulsował obecnością nieprzebranych tłumów. Był ty jakaś przeogromna, nadprzyrodzona bestia — oddychająca i mrucząca w gasnącym świetle dnia. Wszystkie miejsca we wszystkich sektorach były zajęte. Masy ludzi wypełniały też wszystkie przejścia, uniemożliwiając poruszanie się sprzedawcom słodyczy i orzeszków ziemnych. Nie mogąc dotrzeć do klientów, stali ramię przy ramieniu na pomostach na szczycie stadionu i na murawie, na dole, wokół podium dla kaznodziei.

W jednym końcu gigantycznej niecki stała olbrzymia tablica świetlna, używana do wyświetlania wyników rozgrywek baseballa, a na niej napis: „DOM ANIOŁÓW”. Wierzchołek litery „A” otaczała świetlista aureola, jarząca się coraz mocniej na tle ciemniejącego nieba.

Na zewnątrz stadionu też roiło się od ludzi. W otwartych bagażnikach samochodów migotały ekrany przenośnych telewizorów. Rodziny piekły kiełbaski na węglu drzewnym.

W miarę, jak zapadał zmrok, rosła aktywność organizatorów i ich sympatyków. Co chwila wchodził na drewnianą platformę w środku stadionu jakiś zespół muzyczny, ewangelista czy nawet polityk pilnie śledzący swych rywali, i pobudzony przez nich tłum ryczał, śmiał się i śpiewał tysiącem swych gardeł.

W pewnej chwili do mikrofonu podszedł były astronauta, który zaangażował się głęboko w badanie zjawisk paranormalnych, — Ten ambasador z gwiazd stwarza nam szansę wstąpienia do galaktycznego bractwa — zawołał podekscytowany.

Tłum wydał z siebie westchnienie zgrozy.

Zaraz za nim na podium wszedł jeden z ewangelistów — z twarzą czerwoną od światła reflektora — i jął wzywać zgromadzonych do pokuty.

— To posłanie od Pana jest ostrzeżeniem — mówił — że musimy zacząć prostować nasze drogi, pokutować za nasze grzechy i oddać nasze ochocze serca naszemu Bogu i Zbawcy, Jezusowi Chrystusowi.

Ludzie całymi tysiącami padli na kolana, chwaląc Boga i błagając o przebaczenie.

— Niech ci, którzy z nas szydzą, wystąpią i przyznają się, że są w błędzie! — wołał znany ufolog. — Nie jesteśmy we wszechświecie sami i nigdy nie byliśmy!

Tłum głośno wyraził swą aprobatę.

Wreszcie, po kilku hymnach, po wyklaskanej melodii gospel, po ogłuszającym łomocie grupy rockowej, gdy na zewnątrz jasno oświetlonego stadionu zapanowały ciemności, megafony zapowiedziały uroczyście — Panie i panowie, człowiek, którego głos jest głosem wołającego na pustyni, zwiastun nadchodzących Wielkich Dni, Miejski Ewangelista Willie Wilson we własnej osobie!

Tłum, niby ogromne zwierzę o stu tysiącach gardeł, zerwał się na nogi i zaryczał z przejęcia. Willie Wilson, szczupły i gibki, ubrany w błękitny garnitur z denimu, sadził długimi susami ku podium, torując sobie drogę wśród stojących na murawie wielbicieli i sprzedawców. Dopadł stopni i podbiegł do mikrofonu.

„Nie dam rady” — szepnął do siebie. Natychmiast jednak zmobilizowała go potęga otaczającego tłumu, jego żarliwe oczekiwanie, którym była naładowana atmosfera stadionu. Potrząsnął stanowczo głową. „Nie mogę ich rozczarować — pomyślał. — Nie mogę dopuścić, aby rząd przeszkadzał w głoszeniu Słowa Bożego.”

Wzniósł ramiona w górę i wolno obrócił się w świetlistym kręgu punktowego reflektora, delektując się aplauzem, od którego trzęsła się ziemia.

Wysoko nad stadionem, niezauważalne w powodzi światła, krążyły bezustannie dwa helikoptery telewizji. Jeden filmował dramatyczny moment pojawienia się kaznodziei, zaś na pokładzie drugiego reporter komentował wszystko na żywo przez radio.

— Dziękuję wam wszystkim i niech Bóg błogosławi was wszystkich i każdego z osobna — zawołał Willie do mikrofonu, wyjmując go z uchwytu, by móc zrobić pełny obrót w środku plamy światła i być widzianym przez wszystkich zgromadzonych.

Ludzie z wolna uciszyli się i znów zajęli miejsca, lecz ci wokół podium pozostali w pozycji stojącej.

— Moje posłanie jest proste — zaczął Wilson. — Bóg was kocha. Kocha każdego i każdą z was. I zna was wszystkich osobiście, indywidualnie. Wie, co jest w waszych sercach i umysłach. I kocha was. Każdego z was. Mimo waszych wad, mimo waszych błędów Pan Bóg, Jezus Chrystus kocha was. — Willie zaczął wskazywać palcem różne miejsca stadionu. — Kocha ciebie, i ciebie, i ich, i was wszystkich.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Wędrowcy»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wędrowcy» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Отзывы о книге «Wędrowcy»

Обсуждение, отзывы о книге «Wędrowcy» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.