Ben Bova - Wędrowcy
Здесь есть возможность читать онлайн «Ben Bova - Wędrowcy» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1994, Издательство: Orion, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Wędrowcy
- Автор:
- Издательство:Orion
- Жанр:
- Год:1994
- Город:Warszawa
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Wędrowcy: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wędrowcy»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Lee Dubridge
Wędrowcy — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wędrowcy», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Odjął od głowy trzęsące się ręce. Chociaż był wciąż podekscytowany swym odkryciem, czuł teraz jakiś wewnętrzny spokój. Jego umysł znów należał tylko do niego, przynajmniej w tej chwili.
Wraz z przypływem świadomości, jaki towarzyszy oddaleniu natarczywych, niepokojących myśli, poczęła się w Cavendishu krystalizować decyzja.
Przypomniał sobie wyczytaną gdzieś maksymę, że osobą, która czyni niewolę możliwą, jest sam niewolnik. „To prawda” — rzekł do siebie. Ale teraz wiedział już z niesamowitą jasnością i wyrazistością, co powinien zrobić, aby położyć kres swej niewoli.
— Wiem, czego ode mnie chcecie — mruknął przez zaciśnięte zęby. — Ale nigdy mnie już nie zmusicie, abym to zrobił. Jestem człowiekiem, nie jednym z waszych tresowanych psów.
Z mocnym postanowieniem odwrócił się od szpitala i ruszył przed siebie. Ominął palmy i budynki. Po chwili znalazł się na głównej ulicy wyspy. Przeszedł na drugą stronę i minąwszy grupkę domków, usłyszał miarowy szum fal. Potrzebował jedynie kilku minut, by przemierzyć całą szerokość wyspy i znaleźć się na plaży wychodzącej na bezkresny ocean.
Fale uderzały tu o brzeg z wielokrotnie większą siłą niż od strony laguny. Przed Cavendishem rozciągała się tafla wody rozświetlanej migotliwymi błyskami. To zorza mrugała swym światłem zza chmur, jakby śmiejąc się ze starego uczonego.
— Wiem, czym jesteście i co wami powoduje — rzekł Cavendish do tańczących na niebie świateł. — Tyle musi mi wystarczyć. Nie będę już mógł poznać was osobiście, przybysze z gwiazd, ale mówi się: trudno. Żyłem dostatecznie długo na tym świecie.
Ocean podpłynął aż do jego stóp, jakby żył i oddychał. Cavendish uśmiechnął się do migocących fal.
— Sofokles słyszał wasz szum na długo przede mną — rzekł w zadumie.
— I to przywiodło mu na myśl „mętne przypływy i odpływy ludzkiej nędzy” — dokończył cytatem.
To miejsce było znane z prądów morskich, tak silnych, że mogły porwać człowieka i unieść go daleko od lądu. A tam czyhały na nieszczęśnika największe i najżarłoczniejsze drapieżniki, jakie zrodziła Ziemia.
Cavendish tylko przez chwilę stał na skraju wody. Żadna myśl o przeszłości nie zakłócała spokoju jego ducha. Myślał tylko o przyszłości, o nowym rozdziale ponurej egzystencji w bólu i niewoli, o podporządkowaniu nie znanym i nie poznawalnym panom.
Uśmiechnął się chytrze.
— Ale dopóki nie brak mi sił, mogę z tym wszystkim skończyć — mruknął, i tak, jak stał, wszedł do morza.
Ogarnęło go ciepło nagrzanych wód, niby ciepło płynu w łonie matki, które napawa płód spokojem i poczuciem bezpieczeństwa. Cavendish brnął coraz głębiej. Wiedział, że za chwilę jego ból skończy się na zawsze. Czuł, jak woda sięga mu do bioder, do piersi, do szyi. Teraz nie myślał juz o niczym. Ani o rekinach, ani o feerii świateł na niebie. Po chwili prąd oderwał go od dna i poniósł na pełne morze.
ROZDZIAŁ XXXIV
Jednostka ratownicza 504
Minio dźwiękochłonnego hełmu pilot ledwie wytrzymywał terkot i łoskot silnika helikoptera. Pod nim rozciągał się szary bezkresny ocean. Siedzący obok członek załogi przeszukiwał przez lornetkę powierzchnię morza.
— Jak można bez barwnika znaczącego znaleźć faceta w tej pieprzonej wodzie?! — klął pilot, przekrzykując hałas silnika.
Drugi z ratowników położył lornetkę na kolanach i przetarł zaczerwienione oczy.
— Taki jest rozkaz — odkrzyknął.
— Pieprzyć ich wszystkich! Przeklęty sukinsyn poszedł sobie popływać w środku nocy! Musiało go wciągnąć. Już się nim pożywiły pieprzone rekiny.
— Wiem o tym — wołał ratownik. — I ty wiesz o tym. Nawet komendant o tym wie, ale przepisy mówią, żebyśmy prowadzili poszukiwania, i kropka.
— Pieprzone przepisy! Strata pieprzonego czasu!
Gdy jednak przyszedł czas złożenia raportu z ich misji, wulgarny język pilota ustąpił miejsca gładkiej, profesjonalnej mowie.
— Jednostka 504 do ośrodka kontroli na Kwajalein. Pozycja sześć-dziewięć-alfa. Bez wyników.
Wyłączył radio i podjął przerwaną myśl.
— Następne pieprzone trzy godziny w tym pudle. Pieprzony, głupi Anglik.
Stoner siedział sztywno na drewnianym krześle w niewielkim biurze, Tuttle’a. Bolały go nieznośnie wszystkie mięśnie, a w głowie mu szumiało od kilkugodzinnego przesłuchiwania. Miary jego cierpień dopełniało nieznośne grzechotanie klimatyzatora w oknie biura komandora porucznika.
Naprzeciwko Stonera siedziało dwóch oficerów z Oddziału Bezpieczeństwa bazy — młody Murzyn w stopniu podporucznika i szpakowaty rudowłosy mężczyzna, który miał zdecydowanie za dużo lat, aby być tylko pełnym porucznikiem. Tuttle siedział w obrotowym fotelu za swym metalowym biurkiem.
— Ale dlaczego on pana zaatakował? — pytał po raz setny młodszy oficer Stoner zaczął kręcić głową, ale nieznośny ból w skroniach spowodował, że tylko się skrzywił.
— Już panu powiedziałem, że nie wiem — odparł.
— On coś mówił na temat pańskiej winy — wtrącił się starszy oficer. — O jaką winę mogło mu chodzić?
„W koło Macieju, wciąż to samo” — pomyślał Stoner i odpowiedział podobnie, jak na kilkanaście takich samych pytań, skierowanych doń wcześniej.
— Nie wiem, nie wiem i jeszcze raz nie wiem.
Niemniej jednak pamięć odtwarzała mu w wyobraźni szaleńczy wygląd twarzy Schmidta, uzmysławiała mu jego niezwykłą siłę i bezsensowność jego ataku. I Stoner był coraz bardziej przekonany, że to nie mógł być żaden ślepy przypadek; Schmidt musiał go szukać, aby go zabić.
— Skąd mógł zdobyć ten narkotyk? — zapytał porucznik, zaś jego czarny kolega szybko dodał, nie czekając na odpowiedź Stonera:
— Dostaliśmy informację, co to było: PCP. „Anielski pył”. Wystarczyłoby dla całego pułku; wszyscy po jego zażyciu chodziliby na rzęsach.
— Gdzie on mógł to dostać? — odezwał się Tuttle i na jego okrągłej twarzy odmalowała się troska.
— Panowie chyba żartują — zaśmiał się Stoner. — Przecież ta wyspa to raj dla handlarzy narkotyków. Przejdźcie się któregoś wieczoru ulicą. Tu nawet w powietrzu jest tyle marihuany, że wystarczyłoby dla was na wycieczkę do domu.
— „Anielski pył” jest znacznie silniejszy od marihuany — powiedział starszy oficer z powagą w głosie.
— Przecież ludzie ćpają tu, ile wlezie — rzekł Stoner. — Chyba musicie by tego świadomi.
— Ale nie „anielskiego pyłu” — rzekł stanowczo Murzyn.
Stoner wzruszył ramionami i umilkł. Taki powód mógł mieć Schmidt, aby pana zaatakować? Nic nie przychodzi mi na myśl — odparł Stoner znużony.
— Nigdy przedtem nie sprzeczaliście się?
— Prawie nie rozmawialiśmy przedtem ze sobą.
Zarzucali go coraz nowymi pytaniami na ten sam temat, a on zasłaniał się niewiedzą. W głębi duszy nie wątpił już jednak, że Schmidt miał jakiś powód, aby go zgładzić. Że jego atak nie był wynikiem naszpikowania anielskim pyłem”, lecz istniało coś głębszego, poważniejszego. „Szukał tylko mnie. Chciał mnie usunąć z drogi — myślał Stoner. — Ale dlaczego? Czy dlatego, że ktoś mu powiedział, iż jest to najprostsza droga do zakończenia projektu i powrotu wszystkich do domu?”
Tuttle przywołał swego pomocnika i kazał mu przynieść kanapki. Zaczęli się pożywiać, nie przestając wałkować sprawy Schmidta. Wreszcie Stoner wstał i rzekł:
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Wędrowcy»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wędrowcy» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Wędrowcy» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.
