Ben Bova - Wędrowcy

Здесь есть возможность читать онлайн «Ben Bova - Wędrowcy» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1994, Издательство: Orion, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Wędrowcy: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wędrowcy»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Albo jesteśmy sami we wszechświecie albo nie jesteśmy;każda z tych możliwości jest zaskoczeniem dla umysłu.
Lee Dubridge

Wędrowcy — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wędrowcy», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Markowa zaskoczyła nie tyle zagadkowa walizka, ile wyraz twarzy żony. Malowało się na niej poczucie winy przemieszane z gniewem i strachem. Przez szeroko otwarte oczy Marii mógł Markow niemal zajrzeć do wnętrza jej duszy. Wyglądała tak, jak musiał wyglądać Lucyfer, gdy zdał sobie sprawę, że Bóg zaraz strąci go w czeluście piekła.

— Co ty robisz? — ryknął Markow. — Co to jest?

Zapomniawszy w jednej chwili o bólu, jął się zbliżać do żony. Podniosła się szybko z łóżka i poczęła cofać się przed nim z wyrazem wstydu i zmieszania na twarzy.

Odwrócił się od niej i skierował wzrok na walizkę. Chwycił ją obiema rękami i podniósł do góry.

— Nie rób tego! — krzyknęła Maria, podbiegając do niego.

Markow z całą siłą cisnął walizkę o ścianę; w zetknięciu z twardym betonem rozpadła się na dwie części.

— Nie wiesz, co zrobiłeś! — skrzeczała Maria, rzucając się nań z pazurami.

Odepchnął ją i przewróciła się na łóżko, a on tymczasem podszedł do rozbitej walizki. Jedno czerwone światełko wciąż się paliło. Cały kipiąc z gniewu, zmiażdżył szczątki potężnym uderzeniem, obutej w sandał stopy. Trzasnęło pękające szkło i plastik, a Markow w napadzie furii jął teraz tratować aparat, aż pozostała z niego tylko niemożliwa do rozpoznania kupka sprasowanego plastiku z wystającymi tu i ówdzie płytkami obwodów drukowanych.

Oczy Marii niemal wychodziły z orbit.

— Zniszczyłeś — ważną część państwowej własności! — zawołała.

— Zamilcz! — warknął. — I ciesz się, że z tobą nie zrobiłem tego samego Nie wiem, do czego służyła ta aparatura, ale na pewno nie do dobrych celów. Na tyle się w tym orientuję.

Ze wzrokiem, utkwionym w rozbitej walizce, Maria wybuchnęła płaczem.

— Oni nas zabiją, Kirył! — mówiła przez łzy. — Zabiją nas oboje.

— Niech więc to zrobią! — rzekł gniewnie. — Może będzie nam lepiej na tamtym świecie.

ROZDZIAŁ XXXIII

Odrzucam jako bezwartościowe wszelkie próby teoretycznego wyliczenia częstości występowania inteligentnych istot we wszechświecie. Nasza nieznajomość procesów chemicznych, dzięki którym powstało na Ziemi życie, czyni takie rachunki bezsensownymi. Zależnie od przebiegu różnych reakcji chemicznych, życie albo może być częstym zjawiskiem we wszechświecie, albo może występować rzadko, albo też w ogóle nie istnieje poza naszą planeta. Niemniej jednak są uzasadnione powody naukowe, by prowadzić poszukiwania inteligencji pozaziemskiej z pewną nadzieją na sukces… Mamy największą szansę zaobserwować te istoty, które bądź w dobrych, bądź w złych celach wykorzystały do maksimum możliwości, jakie stwarzają prawa fizyki.

A teraz najważniejsze moje stwierdzenie: istnieje niewiele barier, których stechnicyzowane społeczeństwo nie mogłoby przekroczyć, mając na to dostatecznie dużo czasu. Rozważmy najpierw sprawę kolonizacji…

FREEMAN DYSON Zakłócając wszechświat Harper and Row, 1979

Stoner siedział samotnie w swej loży w kącie baru, oparłszy stopy przeciwległe siedzenie. Na stole przed nim stała w plastikowym pojemniku z lodem na wpół opróżniona butelka szampana.

„Niezły wieczór — myślał uśmiechając się kwaśno. — Zdecydowanie nie masz bracie szczęścia.”

Klub powoli wypełniał się ludźmi, którzy chcieli się rozerwać po kolacji. Z głośników płynęła ogłuszająca muzyka disco, tak iż chcąc się wzajemnie słyszeć, trzeba było do siebie wołać. Co jakiś czas ktoś chciał się przysiąść do Stonera, lecz on szybko i zdecydowanie odsyłał wszystkich gdzie indziej.

„Może powinienem pójść do przyczepy McDermotta i zobaczyć, czy ona tam jest” — przemknęło mu przez myśl. Zaraz jednak przyszła refleksja, że nawet jeśli Jo jest w przyczepie, będzie mógł niewiele zdziałać. Nie będzie przecież wyciągał jej stamtąd za włosy.

Wyjął butelkę i nalał sobie pełną szklankę szampana. Trunek nie był najlepszego gatunku. „Kalifornijski sikacz — próbował się domyślić, obracając butelkę, by zobaczyć etykietę. — O, Boże, nawet nie to — westchnął. — Ze stanu Nowy Jork!” Zniechęcony, wetknął butelkę z powrotem do pojemnika tak gwałtownie, że aż opryskała go lodowata woda. Zamrugał oczyma i opuścił stopy na podłogę.

„Do diabła! Dziś nawet nie mogę się upić, gdy chcę!”

Wtem drzwi wejściowe otwarły się z takim łoskotem, że wszyscy podskoczyli na swych siedzeniach. Stoner spojrzał w tamtą stronę i zobaczył Schmidta. Holender stał w drzwiach, zgarbiony i z opuszczoną głową, jakby zamierzał staranować nią którąś ze ścian.

Na moment ustały w sali wszystkie rozmowy i tylko głośniki wylewały z siebie ryczące dźwięki. Schmidt stał nieruchomo, z otwartymi ustami, a jego głośny oddech wydawał się harmonizować z rytmem dudniącej muzyki.

Stoner powrócił do swego szampana, inni goście podjęli przerwane rozmowy i klub szybko wypełnił się gwarem. Ludzie śmiali się, chodzili, pili. Tymczasem Schmidt, utkwiwszy wzrok w Stonerze, ruszył w stronę jego loży, przepychając się przez zgromadzony przy barze tłumek.

— To twoja wina — rzekł, stając obok niego.

Stoner spojrzał nań, zdziwiony.

— Siedzisz tutaj i pijesz szampana — mówił Schmidt, lekko tylko zamazując słowa — a my przez ciebie jesteśmy zapuszkowani na tej przeklętej wyspie.

— O czym pan mówi? — spytał Stoner.

— Siedź sobie i pij — ciągnął młody astronom, podnosząc głos. — Czekaj na nagrodę Nobla, podczas gdy reszta nas gnije.

— Niech pan siada i przestanie się wygłupiać — powiedział Stoner.

— To ci pokażę, kto się tu wygłupia! — ryknął Schmidt.

Chwycił Stonera za koszulę i wyciągnął go z loży z taką łatwością, jak dziecko, które podnosi zabawkę. Stoner poczuł, jak jego goleń trze boleśnie o kant stołu, a potem stracił zupełnie równowagę i ciężko upadł na podłogę.

Teraz w klubie zapanowała grobowa cisza. Ustała nawet muzyka.

— Szampan! — ryknął Schmidt, zmiatając ze stołu butelkę wraz z pojemnikiem.

— Co panu jest, do jasnej cholery? — spytał Stoner, podnosząc się z podłogi.

Nikt w klubie nie zrobił najmniejszego ruchu. Wszyscy stali osłupiali, jakby wrośli w ziemię, ze wzrokiem utkwionym w nich obu.

Schmidt skierował na niego wściekłe spojrzenie.

— To twoja wina! — ryknął ponownie i rzucił się na niego, chwytając go obiema rękami za gardło. Jego ręce zacisnęły się niby stalowe kleszcze na tchawicy Stonera, który nie mogąc złapać powietrza, zaczął się dusić. Ostatnim wysiłkiem woli zdołał jednak złączyć palce obu rąk i całą siłą rozepchnął łokciami na boki ręce Schmidta, rozrywając jego chwyt. Łapczywie nabrał w płuca powietrza.

— Jest pan szaleńcem! — wyszeptał chrypliwie.

Jednakże Schmidt ani myślał dawać za wygraną.

— Chcesz mi wszystko ukraść! — wołał, przewracając oczami.

Kątem oka Stoner zauważył, że drzwi klubu otworzyły się i stanęła w nich Jo. Jej włosy były jeszcze na wpół mokre i błyszczały w świetle lamp. Widząc ich obu gotowych rzucić się na siebie, otworzyła w przestrachu usta.

Schmidt zamachnął się na Stonera, który będąc wciąż pod wrażeniem wyglądu Jo, nie zdążył się uchylić i ciężka pięść Holendra wylądowała na go policzku. Siła ciosu obróciła go dookoła. Stoner runął twarzą w dół na stół w swej loży i zanim się zdołał odwrócić, Schmidt już na nim siedział, przyciskał go do stołu kolanami i młócił z całej siły po głowie i plecach.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Wędrowcy»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wędrowcy» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Отзывы о книге «Wędrowcy»

Обсуждение, отзывы о книге «Wędrowcy» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.