Ben Bova - Wędrowcy

Здесь есть возможность читать онлайн «Ben Bova - Wędrowcy» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1994, Издательство: Orion, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Wędrowcy: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wędrowcy»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Albo jesteśmy sami we wszechświecie albo nie jesteśmy;każda z tych możliwości jest zaskoczeniem dla umysłu.
Lee Dubridge

Wędrowcy — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wędrowcy», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Pana bagaż pojedzie ciężarówką — powiedział kierowca, dziarsko wyglądający marynarz.

Posadził Reynauda obok siebie, a dwaj pozostali usadowili się na tylnych siedzeniach.

— Jest pan księdzem katolickim? — spytał uruchamiając silnik.

— Nie — odparł Reynaud po angielsku. — Jestem bratem zakonnym, dominikaninem. Należę do tego samego zakonu co Tomasz z Akwinu. I Torquemada — dodał po cichu.

— Och, zastanawiałem się, kim pan może być… w tym czarnym ubraniu… i w ogóle. — Jego słowa niemal tonęły w hałasie silnika. — Bo my tu mamy kapelana na wyspie, ale on nie jest katolikiem. Księdza katolickiego przywożą tu co niedziela samolotem z Jaluit, żeby odprawił mszę i wybuchał spowiedzi.

— A pan jest katolikiem? — spytał Reynaud, trzymając się kantu siedzenia gdy samochód toczył się już koralową drogą.

— Hm, czasami tak — zająknął się marynarz. — Pan wie, jak z tym jest.

Reynaud nic nie odpowiedział, ale pomyślał sobie, że faktycznie wie, jak z tym jest. I to bardzo dokładnie.

Po kilku minutach szaleńczej jazdy wzdłuż betonowych budynków które w oczach Reynauda zlewały się w jeden rozmyty ciąg, kierowca zjechał na skraj drogi i przystanął przy akompaniamencie piskowi zgrzytów swego wehikułu.

— Hotel „Kwajalein Hilton” — wyjaśnił mrugnąwszy okiem.

Reynaud zerknął przez okno i zobaczył dwupiętrowy, szarobury budynek.

— Kwatery dla oficerów kawalerów — wyjaśnił z uśmiechem, gdy wzbudzony przez niego tuman kurzu trochę się rozwiał. — My to nazywamy „Żłobek”. Ale to nie dla księdza. — Pociągnął Reynauda za rękaw, po czym zwracając się do Schmidta i drugiego naukowca, rzekł: — Wy dwaj tu zostaniecie.

Wygramolili się z samochodu, a Reynaud pozostał na swoim miejscu.

— Księdza bagaż będzie na miejscu za parę minut. — Marynarz włączył bieg i ruszył, a oni zostali w kurzu drogi. — Ksiądz ma tu specjalne względy — mówił marynarz. — Dostał ksiądz całą przyczepę kempingową dla siebie.

— Nie jestem księdzem — zaprotestował Reynaud. — Powinien mnie pan nazywać bratem.

Marynarz roześmiał się i zrobił zakłopotaną minę.

— To brzmi trochę dziwnie. Ale jak sobie życzysz… w porządku, bracie. Jesteśmy na miejscu. — Zahamował tak silnie, że wóz aż zarzuciło, po czym z gracją wskazał ręką przyczepę, jedną z kilkunastu stojących rzędem na piaszczystym podłożu i błyszczących metalem swej okładziny. — Cała dla księ… przepraszam, dla brata.

Weszli we dwóch do środka i marynarz pokazał Reynaudowi zlew, lodówkę, wąskie tapczaniki, szafy ścienne, ubikację.

— Jak na tutejszy standard, to jest „Ritz”.

Reynaud skinął głową i wymamrotał słowa podziękowania. Marynarz uśmiechnął się i włączył klimatyzację.

— Bielizna pościelowa jest tutaj. — Otworzył jedną z szaf. — Czy mam posłać łóżko?

— Och, nie, dziękuję. Pościelę sobie sam.

— W porządku. Jest tu bieżąca woda i nikt nie będzie przeszkadzał. Czego więcej chcieć? Do zobaczenia w niedzielę, na mszy.

Reynaud skinął głową w zadumie, a marynarz wyszedł, zamknąwszy starannie za sobą liche, metalowe drzwi. Naukowiec odniósł wrażenie, że uwolnił się od towarzystwa figlarnego pieska. Stał przez chwilę w miejscu, czując się zupełnie oszołomiony. Chcąc nie chcąc, słuchał grzechotu i jelców klimatyzatora, który szybko wypełniał przyczepę wilgotnym, kostniczym chłodem.

„To jest zesłanie — pomyślał. — Tak to określił Schmidt i miał rację. Zostaliśmy wszyscy zesłani do tego okropnego miejsca. Szukałem spokoju i ochrony w murach klasztoru, ale wyciągnęli mnie stamtąd i zesłali na tę koszmarna wyspę. Jeśli znów mnie coś napadnie, będzie to nie moja, lecz ich wina.”

Stoner wyszedł z klimatyzowanej lodowni budynku administracji i natychmiast ogarnęło go ciepło zachodzącego słońca. Było to słońce przymglone, ale działało na niego dobrze po sztucznej suchości powietrza wewnątrz budynku i upartym obstrukcjonizmie McDermotta.

„Muszę się przejść — postanowił, wciąż jeszcze kipiąc z gniewu. — Muszę znaleźć jakieś odludne miejsce na plaży i co najmniej godzinę poćwiczyć, zanim walnę Wielkiego Maca w jego durną gębę.”

McDermott robił wszystko co mógł, aby storpedować jego plan kosmicznego rendez-vous. Nie wysłał jeszcze do Waszyngtonu pisma ze swym poparciem dla takiej misji i nie pozwalał, aby zrobił to ktoś inny. Stoner spędził okrągłą godzinę na spieraniu się z nim. Wszystko na darmo.

„Dlaczego nie chce się na to zgodzić? — zapytywał Stoner samego siebie już po raz chyba dwudziesty. — Co mu jest, że nie może…?”

W tym momencie dostrzegł Jo, jak szła ku niemu jedyną ulicą osiedla od strony ośrodka komputerowego.

— Cześć, Keith! — pozdrowiła go wesoło, gdy już była blisko. — Jak się — Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że Stoner jest niemal zielony z gniewu. — Ua! — zawołała. — Co ci siadło na nosie?

— Twój kumpel, McDermott… — warknął.

Jej twarz stężała z gniewu.

— „Mój kumpel”, mówisz? Co on takiego zrobił?

— To samo, co od początku. Opóźnia wszystko, aż będzie za późno zrobić to, co powinno być zrobione.

Rzuciła mu przekorne spojrzenie.

— Przypuszczam, że to przez ten upal — rzekła wesoło. — Zupełnie powalił Wielkiego Maca. Dosłownie.

— Ja też mam ochotę go powalić — mruknął. — Dosłownie.

— Wciąż się nie zgadza na rendez-vous? — spytała.

— Nawet nie podpisał jeszcze memorandum w tej sprawie.

— No, cóż, to jest daleki lot — powiedziała.

— Jesteśmy tutaj, aby nawiązać kontakt z inteligentnym przybyszem z kosmosu, a ty mi tu mówisz o dalekim locie?

— A czemu ty bierzesz wszystko tak bardzo poważnie? — spytała, dotykając jego nosa koniuszkiem swego palca. — Rozluźnij się! Jesteśmy tu również po to, aby się tym cieszyć.

Odsunął od siebie jej rękę, jak gdyby to był jakiś natrętny owad.

— Jesteśmy tu, aby nawiązać kontakt z tym statkiem.

— Wiem o tym.

— A więc, jak to będzie wyglądało, jeśli pozwolimy temu diabelstwu odlecieć w siną dal?

— Nie pozwolimy — rzekła.

— Już wszystko wyliczyłaś, czy tak?

— Nie — odparła potrząsając głową. — Ale znam ciebie. Ty to wyliczysz w taki czy inny sposób. Postarasz się nawet, że Mac też wyjdzie na bohatera.

— I to nie przeszkodzi też tobie w karierze?

— Jak sądzisz, dlaczego ja jestem tutaj?

— Bo przywiózł cię tu ze sobą Mac — wybuchnął Stoner.

Przez chwilę na jej twarzy gościł smutek, tak jakby poczuła się zdradzona.

— Och, gdybyś ty wiedział — powiedziała cicho.

— Kiedyś będziesz musiała mi o tym opowiedzieć. Albo może lepiej napisz o tym w swoim życiorysie. To zrobi cholerne wrażenie na tych facetach z NASA.

— Wiesz, Keith? Ty, jak chcesz, to możesz być naprawdę sukinsynem.

— To ten upał. Zupełnie mnie powalił.

— Idź do diabła.

— Ale nie mów mi, że nie przerobiłaś już swojego życiorysu. Ja wiem, jak pracuje twój mały ambitny móżdżek.

— Naprawdę?

— Oczywiście. Widzę to dobrze. Na samej górze listy, gdzie wymieniasz swoje osiągnięcia napisałaś: „Pomocnik naukowy w projekcie »Jupiter«. Praca w międzynarodowej ekipie doborowych naukowców, w priorytetowym programie nawiązywania kontaktu z inteligentnymi istotami spoza Ziemi.”

— To brzmi fantastycznie — powiedziała Jo z uśmiechem zadowolenia. — Ile dziewczyn mogłoby tak napisać w swoich życiorysach?

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Wędrowcy»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wędrowcy» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Отзывы о книге «Wędrowcy»

Обсуждение, отзывы о книге «Wędrowcy» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.