Don Kayman wcale tak nie uważał. Taki zaściankowy pogląd na życie uważał za przejaw buty, a on czuł się marnym prochem w obliczu majestatu swojego wszechmogącego Stwórcy.
W każdym razie sprawa życia spokrewnionego genetycznie z życiem ziemskim była ciągle otwarta. No, powiedzmy uchylona. To prawda, że nie odkryto ani małpy, ani dębu. Ani nawet porostu. Ani chociażby rosnącej komórki. Ani (przyznać musiał z żalem, gdyż Dejah Thoris nie ze wszystkim umarła w jego sercu) takich wstępnych warunków, jak wolny tlen czy woda.
Lecz Don Kayman nie przyjął tego za fakt, że skoro nikt się nie pośliznął na marsjańskim mchu, to jak Mars długi i szeroki nigdzie już się nie można na nim pośliznąć. Niecała setka ludzi postawiła w ogóle stopę na Marsie. Łączny obszar ich badań to raptem kwestia paruset kilometrów kwadratowych. Na Marsie! Gdzie w ogóle nie ma oceanów, więc powierzchnia lądu do zbadadania jest większa od Ziemi! To zupełnie tak, jakby ktoś upierał się, że zna Ziemię, po dokonaniu czterech krótkich wypadów: na Saharę, na jakiś szczyt Himalajów, na Antarktydę i na lodową pokrywę Grenlandii…
No, niezupełnie — przyznał w duchu Kayman. To nie było takie całkiem uczciwe. Były przecież niezliczone sondy i satelity, lądowały tu surveyory pobierając próbki gruntu.
Co nie przeszkadza, że argument był logiczny. Zbyt dużo jest tego Marsa. Nikt się nie może upierać, że nie kryje już żadnych tajemnic. Może i woda jeszcze się znajdzie. Niektóre szczeliny mają obiecujący wygląd… Niektóre doliny mają kształty trudne do wytłumaczenia bez przyjęcia hipotezy, że zostały wyżłobione przez. strumienie. Nawet jeśli te strumienie są wyschnięte, to mimo wszystko może tam być woda, rozległe oceany, uwięzione pod powierzchnią. Jeśli chodzi o tlen, to stwierdzono, że jest. Średnio w niewielkiej ilości, ale średnie się nie liczą. Lokalnie może go być mnóstwo. A zatem może tam być…
Życie.
Kayman westchnął. Największy żal miał właśnie o to, że nie zdołał wpłynąć na wybór miejsca lądowania, w rejonie, Solis Lacus, jednym ze swoich oczek w głowie, jeśli chodziło o podejrzenie istnienia życia. Decyzja zapadła wbrew niemu. Została podjęta na bardzo wysokim szczeblu — w samej rzeczy to Dash we własnej osobie był tym, kto powiedział:
— Gówno mnie teraz obchodzi, gdzie może być jakieś życie. Chcę wysadzić naszego chłopaka tam, gdzie będzie mu najłatwiej żyć.
No i wybrali miejsce bliżej równika i na półkuli północnej, miejsce, w którym główne regiony nosiły nazwę Isidius Regio i Nepenthes, a rozdzielający je łagodny krater został przez Dona Kaymana po cichu ochrzczony mianem Domowego Ogniska. Również po cichu żałował Kayman straty Solis Lacus z jego okresowo zmieniającym się obliczem (wegetacja roślinna? chyba nie — ale zawsze przyjemnie mieć nadzieję), ze świecącą wokół kanałów Ulissesa i Fortuny chmurą w kształcie litery W, która formowała się i przeobrażała każdego popołudnia w czasie jednej długiej koniunkcji, żałował oślepiającego rozbłysku (odbicie promieni słonecznych? wybuch termojądrowy?), jaki Saheki zaobserwował w Tithonius Lacus pierwszego grudnia 1951 roku, tak jasnego jak gwiazda szóstej wielkości. Kto inny będzie badał te rzeczy. Nie on. Ale pomijając takie, żale, Kayman był całkiem zadowolony. Półkula północna to mądry wybór. Pory roku są na niej lepiej rozłożone, ponieważ północna półkula, tak jak to jest z Ziemią, przechodzi swoją zimę, kiedy znajduje się najbliżej Słońca, i dzięki temu pozostaje minimalnie cieplejsza przez okrągły rok. Zima panuje tu o dwadzieścia dni krócej niż lato; odwrotnie jest, oczywiście na południu. I jakkolwiek nikt nigdy nie zaobserwował, żeby Domowe Ognisko zmieniło oblicze bądź ciskało błyskawicami, to faktycznie utożsamiano je ze znaczną liczbą powstałych ostatnio chmur. Kayman nie tracił nadziei, że w tych chmurach jest odrobina wody ze stopniałego lodu, jeśli nie sama woda! Roił sobie popołudniowe, burze z piorunami nad marsjańską równiną, bardziej zaś na jawie rozmyślał o wielkich pokładach limonitu, jakie rozpoznano w sąsiedztwie. Limonit zawiera znaczne ilości związanej wody, która przyda się Rogerowi, nawet jeśli nie wyrosła żadna marsjańska roślina czy zwierzę, żeby z niego korzystać. Ogólnie biorąc, Kayman ze wszystkiego był zadowolony. Ciągle miał nadzieję, że tam jest życie, ale życie inteligentne, ale życie obdarzone duszą czekającą, aż ktoś ją zbawi, i przywiedzie do Boga.
Wszystko, co działo się na statku kosmicznym, było pod nieustannym nadzorem, a synoptyczne transmisje dochodziły do Ziemi regularnie. Tak więc miałyśmy ich na oku. Śledziłyśmy rozgrywki szachowe i sprzeczki. Obserwowałyśmy doszlifowywanie przez Brada czynności organizmu Rogera, zarówno ciała, jak i metalu. Widziałyśmy Tytusa Hesburgha owej nocy, kiedy płakał przez pięć godzin i uśmiechając się przez łzy odtrącał wszelkie próby pocieszenia podejmowane przez Kaymana. Pod pewnymi względami Hesburgh miał najbardziej wszawą rolę na pokładzie: siedem miesięcy lotu w jedną stronę, siedem miesięcy lotu w drugą, a pośrodku trzy miesiące niczego. Pozostanie sam jak palec na orbicie, podczas gdy Kayman, Brad i Roger będą brykać na powierzchni planety. On będzie samotny i znudzony. A będzie z nim jeszcze gorzej. Siedemnaście miesięcy w przestrzeni kosmicznej w praktyce gwarantowało mu, że przez ostatnie parę dziesiątków lat swojego życia będzie cierpiał na setki przeróżnych zaburzeń mięśniowych, kostnych i krążeniowych.
Gimnastykowali się gorliwie, mocując się ze sobą i ze sprężynami, młócąc ramionami powietrze i mordując nogi przysiadami — wszystko mało. Zachodziła nieuchronna resorpcja wapnia z kości i utrata napięcia mięśniowego. Dla tych, którzy mieli lądować, te trzy miesiące na Marsie będą stanowić ogromną różnicę. Przez ten czas wyrównają oni wiele z poniesionego uszczerbku i nabiorą lepszej kondycji do powrotu. Hesburgh nie będzie miał takiej szansy. W jego siedemnastu miesiącach stanu nieważkości nie będzie żadnej przerwy, doświadczenia zaś poprzednich kosmicznych podróży jednoznacznie określały skutki. Oznaczało to skrócenie jego średniej długości życia o dziesięć lat z hakiem. I nikt nie miał lepszego powodu niż on, żeby sobie od czasu do czasu popłakać.
Czas mijał. Miesiąc, dwa miesiące, sześć miesięcy. Za nimi trop w trop wspinała się w niebiosa kapsuła z 3070, za nią magneto-hydrodynamiczna elektrownia ze swą dwuosobową załogą. Kiedy pozostały dwa tygodnie, uroczyście przestawili nowiutkie chronometry kwarcowe na marsjańska dobę. Od tej pory żyli według czasu marsjańskiego. W praktyce różnica była niewielka — marsjańska doba jest tylko nieco ponad trzydzieści siedem minut dłuższa od ziemskiej — choć istotna dla ich ducha. Na tydzień przed przybyciem rozpoczęli przyśpieszanie Rogera.
Te siedem miesięcy wydały się Rogerowi trzydziestoma godzinami czasu subiektywnego. Wystarczyło mu tego czasu w zupełności. Zjadł parę posiłków, odbył kilkadziesiąt seansów łączności z resztą załogi. Otrzymał wiadomości z Ziemi i na kilka z nich odpowiedział. Zażądał swojej gitary, której mu odmówiono na tej podstawie, że gra będzie niemożliwa, mimo to zażądał jej z ciekawości i przekonał się, że tak jest naprawdę: mógł trącać strunę, ale nie mógł słyszeć wydawanego przez nią dźwięku. W istocie oprócz specjalnie zwolnionych taśm nie słyszał nic przez większość czasu, a jeśli już, to jedynie coś w rodzaju wysokiego, zanikającego dźwięku. Powietrze nie przewodziło tego rodzaju drgań, jakie mógł odbierać. Gdyby magnetofon nie stykał się z metalową ramą, do której Roger był przywiązany, nie słyszałby nawet magnetofonu, ani też jego własny głos nie dałby się nagrywać.
Читать дальше