Wysunięte przez ładownik szkieletowe schodki z magnezu dotknęły powierzchni Marsa, ale Rogerowi nie były one potrzebne. Zeskoczył i z trzepotem skrzydeł — dla równowagi, nie dla utrzymania się w powietrzu — opadł leciutko na pomarańczową kredową skorupę, wymiecioną do czysta podmuchem z dysz hamujących. Chwilę stał w miejscu, mierząc swoje królestwo wielkimi fasetowymi oczami.
— Nie spiesz się tak — odezwał się w jego głowie głos pochodzący z nadajnika w skafandrze Dona Kaymana. — Lepiej przerób zestaw ćwiczeń.
Roger uśmiechnął się szeroko, nie obejrzawszy się za siebie.
— Jasne — rzekł i zaczął się oddalać.
Z początku szedł, potem puścił się truchtem, następnie biegiem. O ile ulicami Tonki pędził, tutaj śmigał jak strzała. Zaśmiał się w głos. Przestawił częstotliwość reakcji swoich oczu i odległe, wyniosłe wzgórza rozjarzyły się jaskrawym błękitem, a płaska równina mozaiką zieleni, żółci i czerwieni.
— Jak tu pięknie! — wyszeptał, zaś odbiorniki w ładowniku przechwyciły bezgłośne słowa i przekazały je na Ziemię.
— Roger — z rozdrażnieniem powiedział Brad — wolałbym, żebyś się uspokoił, dopóki nie przygotujemy jeepa.
Roger obrócił się. Pozostała dwójka znajdowała się daleko przy schodkach ładownika, za jego otwartym lukiem, zajęta przygotowaniem marsjańskiego pojazdu. Zawrócił do nich w radosnych podskokach.
— Potrzebna wam pomoc?
Nie musieli odpowiadać. Potrzebna im była pomoc: w ich skafandrach zsunięcie taśmy mocującej z plecionki bębnowego koła było poważnym przedsięwzięciem.
— Odsuńcie się — powiedział i szybko uwolniwszy koła rozsunął szczudłowate łapy ustawiając je w pogotowiu. Jeep był wyposażony w jedno i w drugie: w koła na tereny płaskie i w szczudła do wpinaczki. Miał to być najbardziej wszechstronny wehikuł, jaki człowiek stworzył do przenoszenia się z miejsca na miejsce na Marsie, ale nim nie był. Był nim Roger. Po uwinięciu się z robotą obiecał im przez radio:
— Będę się trzymał w zasięgu wzroku.
I już go nie było, już pędził w dal, ku plamom kolorów okalających wzgórza, żywych i porywających jak na obrazach Dalego.
— To niebezpieczne! — burknął Brad do nadajnika. — Zaczekaj, aż skończymy rozruch jeepa! Jeśli cokolwiek ci się stanie, będziemy w tarapatach.
— Nic się nie stanie — odparł Roger — nie mam zamiaru czekać.
Nie mógł czekać. Używał swego ciała do tego, do czego je stworzono, i jego cierpliwość się skończyła. Biegł. Dawał susy. Zanim się spostrzegł, był już dwa kilometry od ładownika; obejrzał się, zobaczył, że powoli pełzną za nim, i pomknął przed siebie. Jego układ natleniający zwiększył obroty, żeby zaspokoić dodatkowe zapotrzebowanie, mięśnie gładko pokonywały opór. Właściwie to napędzały go nie mięśnie, tylko układy serwomotorów, wbudowane w ich miejsce, kierowały jednak serwomotorami drobne mięśnie przy zakończeniach nerwowych. Opłacił się cały ten trening. Bez najmniejszego wysiłku osiągnął prędkość dwustu kilometrów na godzinę, przesadzając małe szczeliny i kratery, wskakując i zeskakując z większych stoków.
— Wracaj, Roger! — W głosie Dona Kaymana słychać było niepokój.
I cisza, kiedy Roger biegł dalej; nagle odczuł przyprawiający o zawrót głowy ruch w swym widzeniu, po czym inny głos rzekł:
— Zawracaj, Roger! Już czas.
Stanął jak wryty, cudem nie wywinął orła, ślizgając się i bijąc skrzydłami niewyczuwalne powietrze dla złapania równowagi.
Znajomy głos zachichotał.
— No chodź, kochanie! Bądźże grzecznym chłopcem i wracaj.
Głos Dorki.
I oto barwy z odległego zawirowania ruchomych piasków zlały się w odpowiednie do głosu kształty Dorki — uśmiechała się, niecałe dziesięć metrów od niego, w szortach, z których wystawały jej długie nogi, z biustem w efektownym staniku wiązanym na szyi, z włosami rozwianymi na wietrze.
Głos z radia zaśmiał się w jego głowie, tym razem śmiechem Dona Kaymana.
— Zaskoczyliśmy cię, co?
Minęła chwila, zanim Roger odpowiedział.
— Aha — wykrztusił.
— To był pomysł Brada. Nagraliśmy Dorkę jeszcze na Ziemi. Kiedy będziesz potrzebował ostrzeżenia, otrzymasz je od Dorki.
— Aha — znowu rzekł Roger.
Uśmiechnięta postać zwiotczała na jego oczach, kolory zblakły i wszystko się rozpłynęło. Obrócił się na pięcie i ruszył z powrotem. Droga powrotna trwała o wiele dłużej od radosnego biegu przed siebie i kolory nie były już takie jaskrawe.
Don Kayman prowadził powolutku jeepa w kierunku maszerującego Rogera Torrawaya, usiłując opanować sztukę takiego siedzenia w rozbrykanym fotelu, żeby go nie rzucało w pasach bezpieczeństwa to do przodu, to do tyłu. W żadnej pozie nie było mu wygodnie. Zrobiony na miarę kombinezon w ciągu długich miesięcy przebywania z dala od Ziemi stał się w jednych miejscach ciasny, w innych luźny czy też — upomniał sam siebie Kayman uczciwie — to on nieco pogrubiał w pewnych miejscach i skurczył się w innych, gdyż — jak przyznawał — niezbyt pilnie przykładał się do swojej gimnastyki. Na dokładkę chciało mu się iść do toalety. W skafandrze znajdowała się instalacja sanitarna. Wiedział, jak z niej korzystać,,ale jakoś nie miał ochoty. Na tę dokuczliwość nakładała się zawiść i troska. Zawiść to grzech, z którego może się oczyścić, jak tylko znajdzie kogoś, kto go wyspowiada — grzech co najwyżej powszedni — rozważał mając na myśli rzucającą się w oczy wyższość Rogera nad nimi obydwoma. Troska była gorszym grzechem, nie przeciwko jego Bogu, lecz przeciwko powodzeniu misji. Za późno teraz się martwić. Być może popełnili błąd wprowadzając symulację żony Rogera jako sposób na skuteczne wydawanie mu pilnych poleceń — w owym czasie nie wiedział dokładnie, jak skomplikowane są uczucia Rogera do Dorki. Ale teraz było za późno.
Brad nie sprawiał jakoś wrażenia zatroskanego. Chichotał życzliwie z wyczynów Rogera.
— Zauważyłeś? — pytał właśnie. — Ani razu się nie wywalił! Idealna koordynacja. Wzorcowe zestrojenie bio oraz serwo. Dobra nasza, Don!
— Trochę za wcześnie, żeby coś powiedzieć — rzekł niepewnie Kayman, ale Brad gadał dalej.
Kaymanowi przyszło na myśl, czy nie wyłączyć głosu w hełmie skafandra, ale niemal z równą łatwością mógł wyłączyć swoją uwagę. Rozejrzał się wokoło. Wylądowali przy terminatorze wschodzącego słońca, lecz ponad połowa dnia zeszła im na procedurze opuszczania statku i składania jeepa. Robiło się późne popołudnie. Będą musieli wrócić przed zapadnięciem zmroku — pomyślał. — Roger jest w stanie wędrować przy świetle gwiazd, ale byłoby to ryzykowne dla Brada i dla niego. Może innym razem, jak już nabiorą wprawy… Naprawdę bardzo pragnął przejść się po hebanowej powierzchni barsoomijską nocą, pod lampami gwiazd płonących kolorowymi ogniami na aksamitnie czarnym niebie. Ale nie teraz.
Znajdowali się na olbrzymiej usianej kraterami równinie. W pierwszej chwili niełatwo było połapać się w jej rozmiarach. Patrząc na wszystkie strony przez szybę swojego hełmu, Kayman miał trudności z przypomnieniem sobie, jak daleko od nich leży łańcuch gór. Jego umysł to wiedział, ponieważ znał on na pamięć każdy kwadrat marsjańskiej siatki kartograficznej w promieniu dwustu kilometrów od miejsca ich wylądowania. Lecz jego zmysły ulegały iluzji w warunkach absolutnie doskonałej widoczności. Góry na zachodzie — zdawał sobie sprawę — były oddalone o sto kilometrów i miały blisko dziesięć kilometrów wysokości. Wyglądały jak pobliskie wzgórza.
Читать дальше